sobota, 30 kwietnia 2016

Podziemna medytacja


Niektórzy już tak mają, że lubią architekturę sakralną. A że w kraju muzułmańskim głównie meczety, dawno temu odhaczyli ze swojej turystycznej listy wszystkie Błękitne, Sulejmany i inne must go, must see.

Jest jednak miejsce, do którego nikt nie pędzi wypchanymi tour busami. Meczet, o którym słyszało niewielu stambulczyków. A szkoda.
Piękny w swej prostocie, skromny i surowy. Wybrany budynkiem roku 2015 przez czytelników ArchDaily (w kategorii architektura religijna), położony na obrzeżach miasta, komponuje się z otoczeniem, jakby był jego nieodłącznym elementem.


Podróż metrobusem do Hadımköy – przedostatniego przystanku tego jakże fascynującego pojazdu (na temat którego krąży wiele historii, a właściwie już niemal legend) i kołaczące w głowie pytanie: jak oni tak mogą? jak oni tak mogą… codziennie?! Wczesne popołudnie, żadne tam godziny szczytu, a walka o miejsce siedzące trwa w najlepsze. Uważna obserwacja trasy pokonywanej każdego dnia przez wielu miejscowych przyprawia o zawrót głowy, jeśli nie mdłości.

Bloki, bloki, bloki. Starsze i dopiero co muśnięte ostatnim pędzlem dekoratorów. Te na ukończeniu i te, których masowa produkcja dopiero się zaczęła. Bezbrzeżna kraina betonu, jeden wielki plac budowy. „Stambuł nie ma końca” – myśl przewodnia wycieczki.

Z metrobusa w autobus, a od autobusu z buta. Kwadrans szybkiego marszu w asyście lokalnego psa-anioła-stróża i oto w szczerym polu, na wprost kompleksu nowobogackiej rezydencji o fantazyjnej nazwie „Toskania” (tak, tak…) wyrasta coś na kształt komina. To znak, że dotarliśmy do Sancaklar Camii, czyli meczetu którego nie widać, bo… znajduje się pod ziemią.

Beton, kamień, szkło, metal i wszystkie odcienie szarości. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz – przychodzi od razu na myśl. Taki był też cel projektu: bez pompy i przepychu, cicho i skromnie, nierozłącznie z naturą, ziemią.
Wrażenie za to nieziemskie.














Strona twórców projektu TUTAJ
TU film na YouTube

niedziela, 17 kwietnia 2016

Kilka słów od kwiatka



Dużo nas, jak każdej wiosny. Zasadzone pod koniec marca, pokazałyśmy się od najlepszej strony tydzień temu. Teraz już nas trochę suszy...
Niektóre trzymają się świetnie, mimo żaru słońca i brutalnych inwazji selfie-maniaków depczących piszczące pod butami łodygi.
Większość rozkwitła jednak w pełni już jakiś czas temu, więc powoli opadamy – spieszcie się, zanim znikniemy w nieoczekiwanych kwietniowych upałach!
Zwykle tarmosiły nas stambulskie wiatry, biczowały ulewy. Zmiana klimatu dała się naszym płatkom we znaki dopiero w tym roku. Nasze małe tulipanowe główki tego nie ogarniają.


Cierpliwi amatorzy sztuki ebru nasz skromny wizerunek upodobali sobie już setki lat temu. Niektórym nadal się chce…






Jeśli chodzi o modowe stylizacje, stanowimy inspirację dla wielu...




Jeśli chodzi o inspiracje innego rodzaju: wolimy, żeby przestrzegano regulaminu i nie ryzykowano naszego podpalenia. Chyba że faktycznie trudno jest wytrzymać kilka godzin bez świeżo zaparzonej herbaty…



Osmańskie pantofelki zamiast holenderskich chodaków – w końcu jesteśmy z Turcji, a nie z kraju wiatraków…


  


Pozdrawiamy polskich czytelników bloga!


O naszym życiu z punktu widzenia parkowego gościa TUTAJ

niedziela, 20 marca 2016

Taksim

"Nie przyzwyczaimy się", czyli: nie chcemy się poddać terrorowi, nie damy się zastraszyć

Pierwszy dzień wiosny. We wczesnej podstawówce kojarzył się z topieniem marzanny. W późnej – ze szkolnym konkursem na najlepszy kostium. Liceum – wagary, studia – piwo w parku.

Od kiedy jestem w Turcji przywodzi na myśl święto Newroz (które oznacza dosłownie "nowy dzień") i jego huczne obchody na południowym wschodzie kraju.

W tym roku kojarzyć się będzie z uśpionym miastem, Taksimem w stanie totalnej śpiączki.

I pytaniem: co teraz?

Życzę wszystkim dobrego "nowego dnia" i prawdziwego początku wiosny.

środa, 16 marca 2016

These shoes were made for walking


Bazar to był jej rytuał. Jechała metrem, a potem przesiadała się w tramwaj, który zawoził ją na sam targ. Bagaż zostawiała zawsze w lotniskowej przechowalni.
Uważała na „turystycznych” złodziei. Była niemal pewna, że jest w stanie rozpoznać ich po jednym spojrzeniu. Z taki doświadczeniem…

Tylko raz ją okradziono – przed samym lotniskiem. Zagadała się z (byłym) chłopakiem, tłum napierał na wejście, otwarty luk taksówki kusił prezentującą się drogo walizką. Jeden profesjonalny ruch, niedostrzeżony przez sprzeczającą się parę, i sprzęt elektroniczny ze Stanów wyparował. Nie mieli czasu, żeby szukać go pod osłoną nocy w zaułkach bocznych uliczek Eminönü, pośród kradzionych skarbów nielegalnych sprzedawców. Szkoda, bo bardzo lubiła zapuszczać się w takie okolice.

Tym razem wydawało jej się, że złodziej śledzi ją już od samego lotniska. Miała na szyi małą sakiewkę, a w niej gotówkę. Dużo gotówki. Po raz pierwszy i ostatni pozwoliła sobie na tak ekstrawagancką lekkomyślność. Po prawie godzinnej podróży była wręcz skłonna uwierzyć, że wpatrujący się w nią (gdy odwracała wzrok) i wyglądający za okno (kiedy rzucała mu przelotne spojrzenie) współpasażer leciał z nią samolotem. Za dużo ginu, za mało toniku – przeszło jej przez myśl, gdy chłopak wstawał powoli z siedzenia. Jeszcze wolniej szedł w jej kierunku, a potem skinął głową z dziwną, przestarzałą gracją, zupełnie niepasującą do dwudziestolatka. Nazywam się Ali. Jestem uczniem pani przyjaciółki. Spotkaliśmy się kilka lat temu, na pewno mnie pani nie pamięta. Po krótkiej wymianie nieistotnych zdań wysiadł na następnym przystanku. Tak, Uniwersytet Stambulski. Tak, studiuje tu na wydziale prawa, specjalizacja: prawo karne. Życzy miłego pobytu i prosi o przekazanie najszczerszych pozdrowień koleżance, dawno jej nie widział.
Turystka zdjęła z szyi woreczek z nadrukiem Oka Proroka i schowała gruby plik banknotów do torby. Gin mi zdecydowanie nie służy.

*
Tym razem podróż na Kryty Bazar nie zapowiadała się na łatwą. Pogoda była makabryczna, istny mały bosforski huragan. Krążyli nad lotniskiem ponad pół godziny, zanim kontrolerzy lotów zlitowali się i pozwolili odpocząć skołowanej maszynie. Ciekawe, ilu samolotom nie udało się wzbudzić ich współczucia. Pewnie kołują nadal razem z mewami – nie potrafiła ich jednak dostrzec, czarne chmury przesłaniały wszystko.
Nagły spadek temperatury o ponad dziesięć stopni, odczuwalnej pewnie więcej – rzecz niespotykana o tej porze roku. Do tego alarm bombowy. Po tylu wybuchach w centralnych częściach miasta kontrola na lotnisku była prawdziwą drogą przez mękę. Panika, omdlenia. Jakoś nie udało się tego sprawniej rozwiązać, jakoś znów wyszedł niechciany chaos, który tak kochała w tym mieście. Niewzruszona dopchała się w końcu do wyjścia. Potencjalne ładunki wybuchowe nie robiły na niej większego wrażenia, lata pracy w krajach dużo mniej stabilnych od Turcji nauczyły zdrowego dystansu. Albo niezdrowej obojętności.
Cóż, taki urok tego kraju – niezrażona dziesiątą chyba z rzędu kontrolą tajniaków ruszyła z misją zakupu ulubionych butów.

Można niesłusznie sądzić, że ceny najstarszego w Turcji centrum handlowego powinny być sztucznie zawyżone, pomnożone przez dwa, a przynajmniej podawane turystom w innych, bardziej docenianych walutach. Szkodliwy przesąd. Wystarczyło „poznać” jakiegoś Mehmeta lub Ahmeta, czyli wypić z nimi litr herbaty, zapamiętać imiona córek oraz nocujących w sklepie kotów, by witali jak rodzinę w swoich skromnych progach. Dotyczyło to każdej przybranej rodziny, bez wyjątku. Nawet Amerykanów nie wypada orżnąć, a już tym bardziej w czasie Ramazanu.

Buty na pewno czekały na nią w kilku wersjach kolorystycznych, w tym samym co zawsze rozmiarze 38,5. Weszła do sklepu z niezachwianą pewnością siebie stałej klientki, dlatego to, co zobaczyła, wytrąciło ją z równowagi i doprowadziło prawie do upadku. Potknęła się o zbyt wysoki próg, ale zamiast przewrócić, poleciała parę metrów do przodu, wprost na biurko zaczytanego sprzedawcy. To niemożliwe, dopiero co widzieliśmy się w tramwaju! – zaczęła nerwowo podnosić z podłogi porozrzucane książki. Słucham…? – zmieszany chłopak poprawił zjeżdżające z nosa okulary.

Po kwadransie masowania spuchniętego kolana, rytualnego picia herbaty oraz standardowej pogawędki o niczym, wiedziała już, że: – Hasan zastępuje dziś wujka, który nabawił się migreny przez to przeklęte załamanie pogody – serdecznie ją oczywiście pozdrawia; – spotkany przez nią w tramwaju Ali to brat bliźniak chłopaka; – Hasan tylko pozornie cieszy się sukcesami brata, w rzeczywistości jest piekielnie zazdrosny o jego uczelnię, udane życie prywatne i przyszłą prawniczą karierę. Miała nosa do ludzi, potrafiła od razu wyczuć fałsz rzucanych na prawo i lewo pochwał.

Po kolejnym kwadransie rytualnego przymierzania butów oraz profesjonalnego targowania, stanowiącego tylko grę dla wtajemniczonych (w której zawsze tak chętnie brała udział), nastąpiło równie rytualne zerknięcie na zegarek: ach, to już TA godzina! (choć miała jeszcze sporo czasu). Uścisnęła dłoń sprzedawcy, pogłaskała kota i wychodząc znów lekko potknęła się w progu. To na szczęście! – zaśmiał się Hasan.
Wydawało jej się, że w podanej przez niego torbie było jedno dodatkowe pudełko, ale była tak skołowana ginem, zbyt mocną herbatą, pogodą i bliźniaczym zbiegiem okoliczności, że – tak przecież zwykle pedantyczna – nie zwróciła na to specjalnej uwagi.

*
Że torba zniknęła zauważyła dopiero wysiadając z metra. Na pewno miała ją ze sobą w sklepie z biżuterią, pamięta, że wychodziła z nią z Błękitnego Meczetu… Musiała zostawić ją w tramwaju. Nie było już czasu na powrót i poszukiwania, do lotu zostały niecałe dwie godziny. Wysłała szybko wiadomość do przyjaciółki, może ktoś zgłosi zgubiony pakunek kierowcy, w tym kraju ludzie przecież nie kradną... Jeśli nie, będzie to znak, że powinna rzucić swój obuwniczy nałóg. Udało jej się z papierosami, uda i z butami.

Czekając na samolot zadarła wysoko głowę z całą resztą okupujących zatłoczoną lotniskową poczekalnię. Setki głów wpatrywały się teraz ze skupieniem w monitory telewizorów wyświetlających wiadomość z ostatniej chwili.
Kolejny wybuch (westchnienia). Niewielki ładunek eksplodował na terenie wydziału prawa Uniwersytetu Stambulskiego (kolejne westchnienia). Zginął jeden student i samobójczyni, kilka osób zostało lekko rannych (westchnienie dziwnej ulgi). Świadkowie sporządzili portret pamięciowy sprawczyni, jej dane nie są jeszcze znane policji.
Tym razem westchnęła Turystka.
Na ekranie zobaczyła rysy twarzy bliźniaczo podobnej do swojej.


PS. powyższe opowiadanie stanowi oczywiście fikcję, studenci wspomnianego uniwersytetu mają się dobrze, a ja wybieram właśnie na spacer nad Bosfor.

niedziela, 21 lutego 2016

Jak przetrwać zimę



Wpis powstał w ramach kolejnego projektu Klubu Polek na Obczyźnie.
W lutym i marcu piszemy na przemian na 2 tematy:
- Jak przetrwać zimę w naszym nowym kraju
- Straszne lub śmieszne historie związane z krajami, w których żyjemy
Zapraszam, TUTAJ linki do wszystkich postów napisanych w ramach projektu żyjących zagranicą polskich blogerek.


Stambuł, miasto meteorologicznych niespodzianek i absurdów.
Kar geliyorrrrr (nadchodzi śniegggg): słychać już od września. Słonecznego i ciepłego, dodajmy, września. Trudno się dziwić – po wielu tygodniach w temperaturze powyżej 40 stopni i wilgotności 90%, „jedyne” plus piętnaście i zachmurzone niebo mogą wywołać pogodowy niepokój…

Wrześniowy niepokój przeradza się powoli w listopadowe dreszcze. Zaczynają się wietrzne, pochmurne, deszczowe dni. Lęki zdają się być uzasadnione… W ubiegłym roku było ciepło i słonecznie, co i tak nie przeszkodziło meteorologicznym dywagacjom (na pewno zaraz nastąpi załamanie pogody…) i awaryjnym kurtkom puchowym (bo przecież już listopad!!!).

W grudniu… ociepla się. Jest raczej bezchmurnie, do tego bezwietrznie. Nieraz zdarzało się stambulczykom witać Nowy Rok z rozpiętymi kurtkami, na świeżym powietrzu. Chyba, że to szampan tak grzał.

Prawdziwa zima nadchodzi w styczniu.
W styczniu spada pierwszy śnieg.
W styczniu temperatura może spaść do… minus kilku stopni.

Każdego roku odwiedza nas dwa, może trzy razy. Na tydzień, jeśli zliczyć wszystkie dni puchowej pierzyny, przez którą nie są w stanie przedrzeć się ani samochody, ani piesi. Może tylko niezawodni dostarczyciele pizzy na swoich rozklekotanych motorkach. Zamykane są wtedy szkoły publiczne i większość prywatnych (uczniowie szkół językowych lubią odwoływać lekcje nawet przy okazji deszczu...). Wreszcie można się bez wyrzutów sumienia zaszyć pod kocem z książką, herbatą (z prądem lub bez) i… czekać w tej pozycji do maja.

Dopiero wtedy bowiem robi się – zdaniem lokalnych – ciepło.
Zdaniem turystów (i moim skromnym również) są to już… trudne do zniesienia upały.

"Jak przetrwać lato w Stambule?" - to dopiero projekt! 

Zimowy ewenement. Trzy dni mrozu zrobiło swoje: totalny paraliż miasta.
Odgarnianie śniegu? A po co, zaraz i tak się roztopi.
Zimowe opony? A co to takiego? Brzmi jak fanaberia kiepskich kierowców.

A za tydzień 22 stopnie i piękne słońce.
Tak, to samo miasto, ten sam kraj.
Faktycznie, po co było odśnieżać...


poniedziałek, 11 stycznia 2016

Galaktyka Stambuł


Jesteśmy jakąś tam cząstką Kosmosu, niewielkim fragmentem jednej z wielu galaktyk. Nasze małe, niepozorne istnienia orbitują wokół większego celu, ośrodka. Mijają na mlecznej drodze, czasem obijają o siebie, kolidują.
Stambulczyk w mieście-galaktyce Stambuł.

Typowa galaktyka zawiera od 107 do 1012 gwiazd orbitujących wokół wspólnego środka masy. Prowincja Stambuł dzieli się na trzydzieści dziewięć dystryktów. Środek wspólnej masy? Europejczycy głosowaliby na Beyoğlu, stambulczycy z azjatyckiej części miasta upieraliby się na Kadıköy. Turyści, jakżeby inaczej – „Świętą Trójcę” (Hagia Sophia, Sultanahmet, Topkapı). To wszystko nieważne – środka nie ma. Nie ma centrum, a właściwie – jest ich kilka, może nawet kilkanaście. Jedyny prawdziwy środek wspólnej masy to Bosfor.

Ważną cechą galaktyk jest ich jasność. Stambuł to miasto które nie zasypia: „Z tego, co pamiętam, w Stambule nie zdarzało mi się być samotną zbyt często. (…) Brakuje mi chaosu i tego, że zawsze można było się z kimś umówić na piwo Efes. Do tego każdy przyprowadzał znajomych, można było poznać mnóstwo ciekawych osób.”

Niedzielne popołudnie, pilne zakupy, jedyny sklep wybranej marki znajduje się w centrum handlowym… Centrum handlowe? W Stambule?? W niedzielę??? Po trupie moim i weekendowych zakupoholików, którym zachciało się konsumenckich ekstrawagancji w jedyny dla wszystkich stambulczyków dzień wolny od pracy. Zderzenie galaktyk to zjawisko astronomiczne, które zachodzi, gdy dwie lub więcej galaktyk nachodzi na siebie, zaburzając nawzajem swoje pola grawitacyjne. Zderzenie takie nie stanowi jednak totalnej katastrofy. W przypadku zderzeń stambulczyków katastrofa jest gwarantowana. „Wyjechałam, bo brakowało mi ludzi, którzy mają otwarte umysły, są ciekawi świata i są w stanie dyskutować na wszelkiego rodzaju tematy.”

Galaktyki dzieli się na cztery główne typy; jednym z nich są galaktyki nieregularne. Takie, które nie mają określonego symetrycznego kształtu. „Stambuł kojarzy się z chaosem, który można tylko częściowo ogarnąć, miejscem, w którym nie można się nudzić i zróżnicowaniem wszelkiej maści.”

Ewolucja gwiazdy – w astronomii sekwencje zmian, które gwiazda przechodzi podczas całego swojego życia. „Nie mogłam przyzwyczaić się do ogólnie panującej niewiedzy. Przekonania, że Turcja to kraj cud-miód, najlepszy na świecie. Do stuprocentowego posłuszeństwa wszelakim szefom i dyrektorom. Tego, że tyle rzeczy było ayıp (tur.: wstyd), a przejawy indywidualizmu: rzadkie i niemile widziane.”

Równowaga jest dynamiczna, a jej warunki zmieniają się w miarę upływu czasu. Zmiany mogą być powolne, ale mogą też być w pewnych obszarach gwiazdy gwałtowne, co obserwujemy pośrednio jako rozbłyski. Ale globalnie gwiazda jest stabilna przez dłuższy czas. „Wracam do Turcji średnio co dwa lata i czuję się lepiej jak w domu.”

A może Stambuł to czarna dziura, która wchłania niewinne ciała niebieskie? „Jeśli miałbym wrócić, to tylko pod warunkiem, że nie będzie to na dłuższy czas.”.
W końcu nie zostaje już nic prócz ciemnej, zimnej masy, która zwana jest czarnym karłem.


cytaty kursywą: Wikipedia
cytaty w cudzysłowach: wypowiedzi byłych stambulczyków, którym dziękuję za poświęcony czas.

czwartek, 31 grudnia 2015

W którą stronę popłynie wrzucony do Bosforu patyk?

Zanim tu przyjechałam, Stambuł kojarzył mi się z beztroskim spacerem po dzielnicy Sultanahmet, sprintem po pałacu Dolmabahçe. Z wariatami za kierownicą, którzy w deszczowy dzień potrafią z rozpędem wjechać w kałuże i z całej siły ochlapać pieszego, nic sobie zupełnie z tego nie robiąc. Z  nieopisanym poczuciem ekscytacji w momencie, kiedy usłyszeć można nawołującego do modlitwy muezzina.
W którą stronę popłynie patyk wrzucony do cieśniny Bosfor? – spytał na klasówce z geografii irytujący nauczyciel.
Stambuł. Pierwsze skojarzenia, pierwsze wrażenia.

Przyjeżdżasz tu i piejesz z zachwytu. Wzdychasz do zachodzącego nad Bosforem słońca. Pływasz promem w tą i z powrotem, ciesząc się jak dziecko (ojej, jestem w Europie! ojej, to już Azja!). Pochłaniasz w ekspresowym tempie małże z ryżem, o których opowiadali kiedyś rodzice. Szukasz na straganie słynnych marmurkowych jeansów.
Niby takie duże miasto, prężna gospodarka i pracujący na najwyższych obrotach plac budowy, a ty kręcisz się po utartych turystycznych szlaczkach i chłoniesz oklepany Orient: mistycyzm, dywany, lampy z tykwy. I te meczety. Mewy latają lirycznie nad głową. Bywa, że są to, niestety, jakże mniej liryczne gołębie.

Z czasem Stambuł przestaje kojarzyć się z wąsatym mężczyzną we wzorzystym swetrze, a zaczyna z mężczyzną brodatym. Takim bardziej w typie drwala niż pociesznego wujka.
Nie ulega wątpliwości, że na zawsze kojarzyć się będzie z jednym, a właściwie: tym jedynym. Atatürkiem.

*
Jeżeli zostaję w domu to piję wino albo sprzątam, albo sprzątam pijąc wino.
Cokolwiek bym nie robiła kieliszek wina w ręku zawsze mam.
Sobotni stambulski wieczór spędzam sprzątając restaurację, potem w domu przed komputerem plus jakaś książka. I na szklaneczkę czerwonego wina czas też się znajdzie.
W sobotni wieczór Polak-stambulczyk nie widzi się bez lampki wina.
Oby czerwone. Oby lampka, a nie butelka. I oby na zdrowie.

*
Na niedzielne popołudnie… dwie skrajne strategie.
Chowam się w domu przed natłokiem niedzielnych zakupowiczo-spacerowiczów.
Spaceruję po jakiekolwiek dzielnicy Stambułu, byle nie mojej własnej, bo zawsze od razu czuję się jakbym była na urlopie, w dodatku za granicą.
Większość w tłoczno-niedzielnych okolicznościach przyrody barykaduje się w czterech ścianach lub wyjeżdża poza miasto – w miarę możliwości tam, gdzie nie dociera turystyczna noga. Jeśli są jeszcze takie miejsca… Może las Belgradzki? O Wyspach Książęcych nie ma mowy. Tam czeka najazd turystów z Arabii Saudyjskiej. Też można poczuć się jak na wakacjach. Za granicą.

*
Rozstanie:
Kiedy widzę się tu za dziesięć lat… obawiam się, że mogę być znowu turystką, odwiedzającą Stambuł tylko na chwilę, gdzieś z doskoku. Pewnie będę wtedy zaabsorbowana robieniem jakichś szalonych zakupów (typu przyjazd na zakupy ciężarówką, do której będę pakować kafelki, tonę baklawy, jakieś gadżety ze sklepu Paşabahçe i zapas butelek z figową wodą kolońską), mając nadzieję na to, że będę mogła w taki sposób nasycić się miastem na zapas.
… i stabilizacja:
Marzy mi się, że w końcu uda nam się nazbierać na maleńki domek z ogródkiem na Burgazada, w którym będzie zawsze pachniało świeżo pieczonym chlebem i ciastkami. A my wieczorami będziemy siedzieć na werandzie z widokiem na Stambuł i popijać wino.

*
Nawet po wieloletniej wprawie w stambulskich bojach trudno znieść trzepanie dywanów z okien (chociaż prosi się sąsiadów, by tego nie robili). Wyrzucania śmieci gdzie popadnie. Domów bez ładu i składu, mieszkań-muzeów.
Tego, że nie można w spokoju dokończyć piwa, bo już chcą zabrać (ci źli kelnerzy).
Deseru tavuk göğsü  (mlecznego puddingu z piersią kurczaka).
Kłamania z rozpędu.
Niepowtarzanej tureckiej ciekawości: intymnych pytań, nawet na rozmowie o pracę. I tym podobnych kwiatków od przypadkowych osób.
Nigdy nie przyzwyczaję się do… dziwna sprawa, ale przyzwyczaiłam się już chyba do wszystkiego, nawet do tej niepewności i wariactwa na co dzień. Teraz mam raczej obawy związane z tym, jak to będzie, kiedy zdecyduję się wyjechać ze Stambułu, w jaki sposób będę mogła się przestawić na inne miasto, w którym na pewno będzie większy ład i porządek. Chyba, że moim kolejnym przystankiem będzie miejsce typu Bombaj albo Szanghaj...

*
Wyjadę stąd, jeśli…
Przestanę czuć przyjemność z przepływania Bosforu (uśmieszek).
Znajdę porównywalny chaos gdzieś indziej (uśmieszek).
Wybuchnie wojna lub będzie trzęsienie ziemi, które przeżyję (uśmieszek).

Marzenie o Stambule po latach zostało zrealizowane, więc może czas pomyśleć nad zmianą, by móc skupić się na planach na przyszłość bez tych dodatkowych stambulskich doznań…

*
Mam nadzieję, że nigdy nie wyjadę, bo tęskniłabym za wszystkim. Nawet za tym, co na co dzień mnie irytuje.
Prawie wszystkim brakowałoby Bosforu.
Właściwie to wszystkim.

To w którą stronę popłynie ten patyk?

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Poprosiłam 20 stambulczyków o dokończenie zdań:
1.         Zanim tu przejechałem/łam, Stambuł kojarzył mi się z…
2.         A teraz raczej z…
3.         Sobotni stambulski wieczór spędzam…
4.         A w samotne niedzielne popołudnie najchętniej…
5.         Kiedy widzę się tu za dziesięć lat…
6.         Nigdy nie przyzwyczaję się do…
7.         Wyjadę stąd, jeśli…
8.         A jeśli wyjadę, brakować mi będzie…
Post powstał na podstawie ich ciekawych i inspirujących odpowiedzi.