Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taksim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taksim. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 marca 2016

Taksim

"Nie przyzwyczaimy się", czyli: nie chcemy się poddać terrorowi, nie damy się zastraszyć

Pierwszy dzień wiosny. We wczesnej podstawówce kojarzył się z topieniem marzanny. W późnej – ze szkolnym konkursem na najlepszy kostium. Liceum – wagary, studia – piwo w parku.

Od kiedy jestem w Turcji przywodzi na myśl święto Newroz (które oznacza dosłownie "nowy dzień") i jego huczne obchody na południowym wschodzie kraju.

W tym roku kojarzyć się będzie z uśpionym miastem, Taksimem w stanie totalnej śpiączki.

I pytaniem: co teraz?

Życzę wszystkim dobrego "nowego dnia" i prawdziwego początku wiosny.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Miejski błękit



Czwarty dzień Ramazanu. Wygląda na to, że restauracje w ciągu dnia otwarte, a stambulczycy bezpardonowo delektują się posypywanym hojnie solą lunchem. Na ulicach jednak puściej. Raczej nie Taksimie, ale w konserwatywnej dzielnicy Üsküdar – owszem. Choć i tu je się, pije, pali. Sprzedawcy tureckich obwarzanków na swoich odwiecznych posterunkach. Pracownicy promów zachwalają „świeżo zaparzoną i w ogóle wspaniałą” herbatę. Prawie nic się nie zmieniło.

Prawie, bo pości (oficjalnie) na oko połowa współpracowników.
Prawie, bo wieczorna grupa kończy lekcje o dwie godziny przed czasem, żeby zdążyć dojechać do domu na iftar – kolację kończącą całodniową głodówkę.
Prawie, bo niektórzy z grupy zasypiają na siedząco. Choćby lekcja trwała tylko kwadrans. Nie ma siły.
Prawie, bo nawet objadających się za dnia kuszą zapachy z kuchni głodnych sąsiadów. Nic dziwnego, że wiele osób w czasie Ramazanu tyje. To pewnie ci, co jedzą podwójnie, solidaryzując się z poszczącymi w czasie wieczornej uczty…

A każdego dnia coraz cieplej, coraz bardziej męczyć będzie pragnienie. Choć zainteresowani twierdzą, że to nie problem – najgorsze są pierwsze trzy dni postu, potem organizm się przyzwyczaja i jest już z górki.

Tak czy inaczej, strzeżmy się. Poszczący, nie poszczący – to dla upałów nie ma znaczenia. Summer is coming i walkę z wysokimi temperaturami będą musieli stoczyć wszyscy.

Letnie wojaże, letnie wyprzedaże. Takie, że aż nie wypada zostawać w mieście. Odruchem zdrowym i jak najbardziej oczekiwanym jest zaopatrzyć się w wielki wór na zakupy, a potem wszystkie te klapki, olejki i wodoodporne maskary zapakować do wielkiej walizy.

Walizę trzeba przytaszczyć na lotnisko lub dworzec autobusowy – dla wielbicieli podróży naziemnych (i fanów tureckich autobusów na trasach międzymiastowych – a jedna podróż futurystycznym autokarem firm Ulusoy lub Varan wystarczy, by stać się fanem wiernym i bezkrytycznym).

Trzy miesiące letnich wakacji ku radości pracowników państwowych placówek oświaty. Ku zgrozie rodziców. I zazdrości tych, którzy urlop mają tylko w czasie czterodniowego w tym roku Bayramu. Uwięzionym w Stambule pozostają wodne wycieczki.
Skandal, tak się męczyć w mieście...





środa, 12 lutego 2014

Jak zostać stambulskim hipsterem


1.
Sojowe mleko w trzech różnych wariantach, ryżowy chleb bezglutenowy („dlaczego nie ma go w dziale z pieczywem?”), elegancki słoiczek organicznego miodu. Nie mniej organiczne owoce i warzywa pachnące sadem zamiast szklarnią. Piwo belgijskie, wino argentyńskie. Na zagryzkę ser, jakżeby inaczej – francuski. Ani się obejrzeć a rachunek, nawet ze zniżką stałego klienta francuskiej sieci supermarketów, dobija do dwóch stów. Dla najbardziej wybrednych rezydentów dzielnicy Cihangir to jednak tyle, co bułka z masłem.
Organicznym, w wersji light.


2.
Niepozorna herbaciarnia przylegająca do meczetu Firuz Ağa ze swą mało skromną klientelą to doskonałe miejsce na po-zakupowy chill out. Zamiast kufla drogiego piwa można wychylić tu szklaneczkę taniej herbaty. Nie herbata jest jednak ważna, a to, kto przysiądzie się do stolika obok. Cierpliwość popłaca. Nie tylko w poszukiwaniu ryżowego chleba. Także podczas polowania na ulubionego reżysera.


3.
- Poproszę piwo z butelki.
Lokal pełen ekspatów, turystów i Erazmusów. Barman otwiera butelkę, sięga po szklankę.
- Dziękuję, nie trzeba, ja z butelki…
Nalewa, niezrażony.
- Muszę wlać do szklanki, taka polityka firmy.
Podaje trunek w turkusowym naczyniu przywołującym wspomnienie kubka na szczoteczkę do zębów.
Zerka na zegarek.
- Po ósmej wstęp pięć lira. Koncert jest. - dodaje, odwracając się na pięcie.
Na odchodne grupa backpackerów ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej rozprawia nad tym, która z pozycji na liście odhaczonych turystycznych destynacji jest bardziej „cool” – Stambuł czy… Belgia. Spór wydaje się trudny do rozstrzygnięcia.

4.
Bar po przeciwległej stronie Alei İstiklal. Prawie po sąsiedzku, niecałe pięć minut szybkiego marszu. Częściej niż angielski słychać tu francuski. Za koncert dopłacać nie trzeba. Wypada natomiast przyjść z własnym instrumentem muzycznym. Gitarą, harmonijką, tamburynem. Wtedy zagrać trzeba. Obowiązkowo.

- Mogłem wracać do domu bezpośrednio, postanowiłem jednak zahaczyć o Stambuł.
Muzyk-podróżnik opiera się nonszalancko o gitarę, wyczekując cierpliwie swojej kolejki na scenę.
- When you ask me „why Istanbuuul?”… - mocny francuski akcent zdradza pochodzenie wielbiciela sesji jammingowych - the first thing that comes to my mind is… „why nooot?”. – kończy enigmatycznie i zamawia kieliszek wina. Tureckiego.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Ćmy Barowe (vol.3): Taksim


Być na Taksimie i nie pójść do baru to tak jakby odwiedzić Stambuł i nie wybrać się na Taksim.
Albo iść do baru i nie napić piwa.
Summa summarum: wstyd i hańba. A przede wszystkim obraza Stambułu, krainy rakı i piwem Efes płynącej.

Jak za zboże
Statystyki barowe są dla Taksimu wyjątkowo łaskawe. Ilość przybytków serwujących alkohol wszelaki przyprawi o zawrót głowy nawet najmniej stroniących od wysokoprocentowych trunków. Dlatego… skupmy się lepiej na jakości.
Ceny drogiego jak zboże alkoholu skoczyły do sufitu wraz z nowym rokiem. Nawet w tanim, choć przyzwoitym barze Rock and Rolla za małe piwo zapłacimy teraz pięć lir. Cóż począć, skoro sklepowe pół litra marki Efes to koszt podobny. Nie ma co się oszukiwać, mydlić sobie oczu, powtarzać, że kısmet (tur.: przeznaczenie) i Wola Najwyższego. Nastał czas abstynencji, sklepowych promocji oraz… domowej produkcji (dla zdolnych i wtajemniczonych).
Jeśli mamy szczęście (w nieszczęściu) zaliczać się do turystów, ucieszy nas smutny los tureckiej liry, która w stosunku do polskiego złotego ma się coraz gorzej. Przelicznik 1,3 napawa optymizmem. Nawet w najdroższym stambulskim barze.
A jest takich sporo. Szczególnie na Taksimie, mekki naganiaczy i turystów.

Na bogato
Mało zaskakująca refleksja: najciekawsze bary chcą wyssać z kieszeni uzależnionych bywalców jak najwięcej gotówki.
Jest więc Balkon z uroczym widokiem na Bosfor oraz miłą, niezobowiązującą atmosferą nadmorskiej knajpy. Piąte piętro, a wydawałoby się, że usłyszymy zaraz szum oceanu… Zamiast tego umila nam wieczór muzyczny chill out z głośników i skrzeczące w oddali mewy. Wakacje w centrum piętnastomilionowego miasta. I Bosfor zamiast oceanu. Nie wypada narzekać.
Nieco bardziej „miejski” (jak nazwa zobowiązuje) bar Urban sąsiaduje z wielką, piękną ścianą uroczych artystycznych bazgrołów. Nad wąską uliczką, rozświetloną wielokolorowymi lampionami, zwisają swobodnie pędy winorośli. Na chodniku i przy ścianie, na krzesłach, pufach, poduszkach lub zimnym betonie, relaksują się zmęczeni stambulskim pędem młodzi, modni Turcy i wszechobecni w tych okolicach yabancı (obcokrajowcy).
Małe piwo, bagatela – dwanaście lir (cena anno domino 2013; podwyżka możliwa i – prawdopodobnie – nieunikniona).


Biednie, ale godnie
Zamiast małego piwa w perfidnie drogim barze można śmiało udać się do pobliskiego parku, nabywszy uprzednio trzy duże butelki tego samego trunku w zbliżonej cenie. W sobotni, letni wieczór, cihangirskie schody pełne są wylansowanych i przypadkowych bywalców, którzy podziwiają jeden z najpiękniejszym widoków zwariowanego miasta kontrastów i drogiego alkoholu. Zdecydowanie warto.

Niebezpiecznie
Niezależnie od tego, jak bardzo pragniesz skosztować lokalnych trunków, jak mocno spragnione twe gardło życzy sobie mrożonego Efes’a, jak wiele godzin spędziłeś drepcząc po wydeptanych przez backpackerów szlakach, bez kropli piwa czy wody – nie daj skusić się naganiaczom z nieznanych, szemranych barów, drogi turysto! Niech legendy na temat knajp bez menu, serwujących trunki „bezcenne” (dosłownie i w przenośni) będą dla ciebie przestrogą. Konsumpcja niewinnego piwa może okazać się bezwstydnie droga i brzemienna w skutkach. Przypadki skrajne, przypadki rzadkie… Strzeżonego wiadomo jednak, kto strzeże, dlatego… warto udać się do poleconej przez znajomych meyhane.
Skoro już przepłacać, to za turecką specjalność, rakı, i towarzyszące jej przystawki (meze).

Şerefe (na zdrowie)!



(dwie pierwsze części barowej trylogii: Ćmy Barowe (vol.1): Tytułem alkoholowego wstępu oraz Ćmy Barowe (vol.2): rakı is the answer).

wtorek, 20 sierpnia 2013

Miasto



Trasa dom-praca. Niecały kwadrans a tyle potencjalnych przygód. Deptanie stóp, szturchanie ramion, ocieranie zderzaków taksówek o posiniaczone od kopnięć turystów łydki. I klaksony, klaksony, klaksony. Jakby orszak weselny przejeżdżał przez miasto dzień i noc. Gruba przesada? Na tle czarnomorskich lub alanijskich plaż, różowych kwiatków i malowniczych zachodów słońca, Stambuł to trudna do ogarnięcia hybryda. Łatwa do pokochania, łatwa do znienawidzenia.


Aleja


İstiklal (Aleja Niepodległości) to osobna kategoria. Niby ulica, aleja, deptak: unikalny twór miejskiej tkanki. Strumień ludzi, miliony stóp i obuwia – zarówno tych z najwyższej półki jak i najtańszych plastikowych podróbek z ulicznego bazaru. Mix kultur, języków i trendów. Turyści mieszają się tu z ekspatami, rezydenci Beyoğlu z zakupoholikami z czterech stron miasta. Farbowane na blond właścicielki oryginalnych lub podrabianych torebek Louis Vuitton mijają zakrywające chustą włosy religijne muzułmanki.
Aleją Niepodległości maszerują codziennie trzy miliony przechodniów, Stambulczyków i przejezdnych. Jak na zaledwie trzykilometrową trasę – liczba imponująca. Sklepy, kawiarnie, bary i kluby przyciągają jak magnes. Taksim nie wyklucza. Mieszają się tu języki, kultury, narodowości. İstiklal nie zna podziałów wiekowych ani społecznych. Można przysiąść na niepozornym taborecie i wypić mikroskopijnych rozmiarów herbatkę za półtora lira albo lekką ręką wydać połowę średniej pensji w restauracji z widokiem na Bosfor.


Ulice


Za Aleją İstiklal  kryją się wąskie, kręte uliczki. Małe knajpki z domowym jedzeniem, gdzie właściciele witają się z klientami jak z przyjaciółmi oraz tradycyjne herbaciarnie z ich młodymi (i modnymi) bywalcami. Coraz popularniejsze knajpy specjalizujące się w serwowaniu imponujących śniadań, celebrowanych przez wiele godzin, zwłaszcza w weekendy (króluje Van kahvaltısı – śniadanie-gigant z miasta Van położonego na wschodzie kraju). Hipsterskie bary pełne ekspatów, turystów i tureckiej młodzieży.


Uliczki Cihangir i Galata to wymarzone miejsce dla wszelkiego rodzaju aspirujących artystów. W lokalnych knajpach przesiadują dziennikarze, pisarze, świat filmu i reklamy. Za aspirowanie do tego światka nie trzeba koniecznie słono płacić. Ceny w barach i restauracjach oscylują co prawda powyżej stambulskiej średniej, tanią opcją są natomiast tak zwane cihangirskie schody. Alternatywa dla tych, którzy na działalności artystycznej nie zdążyli się jeszcze dorobić. Tańsze (choć nadal – w porównaniu z Polską – drogie) piwo z marketu, paczka pestek prażonego słonecznika i bezdyskusyjnie najlepszy widok na Bosfor, do tego atrakcyjni współbiesiadnicy. Trudno o lepszy zachód słońca.


Galata, Cihangir, Çukurcuma. Tu, w malowniczych uliczkach, wyrastają jak po deszczu sklepy ze starociami. Na prawie każdym rogu kuszą winyle, czarno-białe zdjęcia i pocztówki po kilka lir za sztukę. Sklepy vintage z ciuchami droższymi niż w polskich second-handach. Mniej lub bardziej warte swej ceny Znajdziemy tu istniejące od lat antykwariaty jak i nowe, powstające na fali popularności powieści Orhana Pamuka. W Çukurcuma znajduje się zresztą chętnie odwiedzane Muzeum Niewinności (powieść noblisty o tym samym tytule). Przynosząca wymierne zyski nostalgia za Stambułem lat 70-tych spowodowała wysyp sklepików z winylami, muzyką filmową epoki, plakatami ubóstwianych wówczas gwiazd ekranu, dla których niejedna Turczynka dałaby się w tamtych latach pociąć na kawałki.


Wieś

Ja za to dałabym się pociąć za letnią rezydencję nad Morzem Czarnym lub Egejskim. Niekoniecznie pokaźnych rozmiarów willę, wystarczyłaby na wpół rozpadająca się chatka (życie na Beyoğlu uczy pokory) z obowiązkowym widokiem na błękit wody. Im więcej stambulskiego gwaru, tym większa potrzeba ucieczki, podróży, wakacji.


Tyle, że Stambuł trzyma w swoich szponach i nie puszcza.