poniedziałek, 7 stycznia 2019

Zimowa melancholia, letnie sentymenty


Morska woda karmi naszą skórę – składniki mineralne przenikają ją głęboko, działając kojąco i doskonale oczyszczając. Stymulują metabolizm, poprawiając ukrwienie i nawilżenie, stan włókien kolagenu oraz elastyny. Dzięki morzu młodniejemy więc nie tylko psychicznie, wypoczywając, ale też fizycznie – jego słona woda odejmuje lat, wzmacniając elastyczność skóry, wygładzając ją i zwyczajnie lecząc. Ma więc dobroczynny wpływ nie tylko na piękno, ale też zdrowie – zwłaszcza zimna kąpiel o poranku, która dodatkowo przyspiesza i tak już pobudzony pływaniem metabolizm.

Najlepiej poczuć jak ciepłe jest morze skacząc wcześniej do lodowatej rzeki. Gwałtowne zanurzenie się w niej powoduje wręcz fizyczny ból – skóra piecze, ale tylko przez krótki, ostry moment. Po chwili czujemy się sparaliżowani, odczuwając jednocześnie przyjemne mrowienie, które będzie nam towarzyszyć podczas całej wodnej przeprawy.

Płyniemy, a właściwie suniemy z wartkim nurtem, mijając kaczki, żółwie, niekiedy łódki pasażerskie – na te ostatnie lepiej uważać, choć rzeka jest na tyle szeroka, że pomieści wszystkich chętnych. Najlepiej wyjść na brzeg, gdy woda zwalnia na zakręcie, przy kolejnym pomoście. Można oczywiście dopłynąć aż do samego jej ujścia i znaleźć się w ciepłym Morzu Egejskim za jednym porządnym chluśnięciem. Opcja bezpieczniejsza zakłada asekuracyjne zakończenie wodnej zabawy tam, gdzie robią to tubylcy.

Na lądzie czujemy od razu kojące ciepło gorącego powietrza, jakby troskliwa ręka otuliła nas kaszmirowym kocem, chroniąc przed nieubłaganym przeziębieniem. Zanim dotrzemy do punktu wyjścia, czyli kolejnego skoku, skóra zdąży wyschnąć, a my będziemy wręcz marzyć o ponownym zanurzeniu w pozornie tylko wrogim nurcie.



środa, 2 stycznia 2019

Prawdziwe fale




Co zrobili ci przeszczęśliwi ludzie, którzy odważyli się zmienić swoje życie? – zaczynamy myśleć utartym schematem, obserwując uśmiechniętych plażowiczów. A może wszystko jest o wiele prostsze, niż nam się wydaje i to turyści, podobnie jak my? Są pewnie wśród nich urodzeni w nadmorskich miejscowościach, nam kojarzących się z rajem na ziemi. Inni dostali tu pracę albo pojechali za miłością lub przypadkiem, zwanym przez niektórych przeznaczeniem. Być może nie rozważali wcale metafizycznej przemiany, nie podejmowali życiowych decyzji z serii być albo nie być i wszystkie te wielkie słowa są zwyczajnie na wyrost?

Mam słabość do metropolii, a jednak wizualizując przyszłość widzę w niej zawsze wybrzeże: błękit wody w towarzystwie palm, które rysowałam chętnie jako dziecko. Nie pamiętam, kiedy nauczyłam się pływać, chyba zanim zdążyłam przestraszyć się żywiołu, zwyczajnie uznając go za swoje naturalne środowisko. Każdego roku jeździłam nad Bałtyk. Mieszkałam nad rzeką, ale dopiero Wielka Woda zrobiła na mnie adekwatne Wielkie Wrażenie. Teraz nie wyobrażam sobie takiej kąpieli z uwagi na temperaturę, wtedy rzucałam się na zimne fale nawet w czasie deszczu.

A potem zobaczyłam morza inne, południowe, cieplejsze, coraz bardziej niebieskie. Wracając z wakacji odczuwałam zawsze niemal fizyczny ból, jakby ktoś brutalnie wyrywał mnie z korzeniami i kazał przymusowo emigrować z domu. Nie chodziło wcale o powrót do codzienności, szkołę czy pracę. W takich momentach chętnie zostałabym choćby kelnerką w pierwszej lepszej kawiarni i harowała w pocie czoła za minimalną pensję, byle tylko na greckiej wyspie lub w bardziej egzotycznych okolicznościach przyrody. Randki na tle gorących, pomarańczowych zachodów słońca prezentują się w końcu bardziej wykwintnie i zostają podrasowane przez żądny piękna umysł do wspomnień z serii doskonałych.

A gdyby tak przenieść tą wakacyjną otoczkę i przełożyć ją na całe nasze życie? Może uda się  wtedy dokonać pozornie niemożliwego – zakochać w naszej codzienności, której stanie się bliżej do atmosfery letniego romansu? Łatwo mówić, trudniej zrobić, gdy nawet nad Morze Egejskie nadciągają zimowe deszcze, ulewy, zawieje i zamieci... Trzymajmy się ciepło w 2019!

wtorek, 18 grudnia 2018

Daleko od lądu


Dla mnie morze jest jak osoba – jak dziecko, które znam od dawna. To brzmi jak szaleństwo, wiem, ale gdy pływam w morzu to z nim rozmawiam. Nigdy nie czuję się tam samotna.
Gertrude Ederle 



Mały raj przypomina Grecję swym tawernowym, biało-błękitnym klimatem. Dociera się do niego drogą morską, co zajmuje zwykle dwie godziny, w zależności od aury. Jesienno-zimowe sztormy mogą pokrzyżować mieszkańcom plany i na dobre odciąć wyspę od miasta...

Wyspowy sezon to turyści, głównie tureccy, przeważnie stambulscy. Aby dotrzeć tu z Europy trzeba się nagimnastykować, wielu podróżników decyduje się więc na sprawdzone, śródziemnomorskie scenariusze pisane przez biura podróży, wygodniejsze i przede wszystkim dużo tańsze. Na wyspie słychać zatem turecki oraz... miauczenie uwielbianych tu kotów. W przeciwieństwie do stambulskich nie tylko dają się głaskać, ale okazywanie emocji wręcz wymuszają – potrafią biec za ofiarą, miaucząc, dopóki nie dostaną tego, czego chcą. Mniejsze kociaki mogą posunąć się do najgorszego – czepiając za nogawkę spodni dyndają na turystycznej nodze... Strzeżcie się, ludzie!

Wakacje to kilkutysięczne oblężenie, które zmienia zupełnie oblicze wyspy. Wtedy odbywają się słynne festiwale wina i lokalnych, organicznych produktów oraz chętnie uczęszczane przez stambulczyków festiwal jazzowy i międzynarodowy przegląd filmów dokumentalnych. W lokalnych meyhane rozsądnie jest robić na wieczór rezerwacje, a małe hotele i pensjonaty szaleją z cenami noclegów, bo turystów w czasie letniego prosperity przecież nie zabraknie. Galerie i atelier miejscowych artystów prezentują swoje dzieła, a knajpki z wyszukanymi tureckimi przystawkami dostają potężny zastrzyk gotówki w postaci hojnych napiwków.

W nadmorskiej restauracji wieczorną atmosferę upiększają wrażenia audiowizualne – na prawo podświetlony zamek, na lewo – koncerty na otwartej scenie: dźwięki unoszą się na falach, a zapach morza orzeźwia i relaksuje. Kieliszek zimnego białego trunku z lokalnych winogron oraz deska tureckich serów i sezonowych owoców – czy można prosić o bardziej doskonały zachód słońca?

Następnego ranka odwołane promy, a więc odwołane uśmiechy, co można podsumować jednym słowem: sztorm. Turyści nie wychodzą z hoteli – musiało ich zaskoczyć nagłe załamanie pogody, z 28 na 18 stopni, z dnia na dzień. Choć meteorolodzy sumiennie ostrzegali, nikt nie chciał wierzyć w epilog trwającej od maja pogodowej sielanki. Tak nie wypada, droga pogodo, nie tak się umawialiśmy, lato miało przecież trwać wiecznie! Co z tego, że mamy ostatni tydzień września. Dobrze, że nikt nie nawołuje do pozwu przeciw mieszkańcom wyspy – bezczelni, tak się dorobić na naszej niepogodzie!

Właściciele pensjonatów niewiele mogą zrobić w tej smutno-deszczowej sytuacji – obdarowują gości zimowymi zestawami pościeli. Surowy klimat i pustki w lokalnych knajpach – tak masowo obleganych latem – powoduje exodus miejscowych, którzy często mają też domy na stałym lądzie. W zielonym raju zostają jego prawdziwi miłośnicy w imponującej liczbie... dwustu osób. Bazar nadal zaprasza wczasowiczów, choć w znacznie uszczuplonej formie – wystawcy z miasteczka nie dotarli przecież na wyspę, muszą poczekać na spokojniejsze wiatry.
Poczekają do kwietnia...






środa, 12 grudnia 2018

Witamy w raju



Sobota, dziesiąta rano. W najpopularniejszej studenckiej knajpie – tanie śniadania z herbatą bez limitu, a jakże – pierwsi goście zamawiają... piwo. Patrzę na zegarek – nie, nie przewidziało mi się. Jest sporo czasu do dwunastej, więc pijacka zasada po południu to nie alkoholizm nie ma jeszcze racji bytu. Szybka analiza: studenci, wczoraj był piątek. Zerkam znów na telefon – to jednak o wiele za wcześnie! Moja polska głowa pęka od szoku kulturowego, i to po dwunastu latach życia w kraju gwiazdy i półksiężyca, gdy kolejna para zamawia lanego Efesa. Proszę o podwójne espresso.

Piwo serwują typowe herbaciane ogródki, w których zasiadają chętnie również konserwatywni i wiekowi goście. Trzy najbardziej oblegane znajdują się nad samym brzegiem morza, dlatego w czasie zachodu słońca można zapomnieć o wolnym stoliku. Grupa starszych przyjaciółek przyszła tu z planem doskonałym, bo nawet przesadnie zwykle uprzejmy kelner mruczy pod nosem, że ich banda siedzi już od południa o jednej szklaneczce czaju. Nic sobie z tego nie robią, plotkują i śmieją się, nie zwracając uwagi na zazdrosne spojrzenia rzucane przez przechodniów.

Właściciel innej herbaciarni o nostalgicznej nazwie Istanbul przekonuje, że zdjęcie pobliskiego meczetu najlepiej zrobić o zmroku, gdy minaret zostanie podświetlony na zielono – prezentuje się wówczas imponująco na tle przylegającej doń palmy. Biorę sobie te uwagi do serca.

W kolejnej panowie i panie grają w karty, turecki backgammon i inne aktywności mające na celu nie tyle rozrywkę czy zabicie czasu, co przede wszystkim wzmocnienie więzi społecznych. Tu nawet emeryci prowadzą bujne życie towarzyskie: Turcja żyje w końcu życiem ulicy, bez dyskryminacji w postaci ograniczeń wiekowych.

Na wsiach i w konserwatywnych miasteczkach na południowym wschodzie świat męski i żeński często są od siebie oddzielone. Panowie przesiadują w herbaciarniach, przy meczu, nad gazetą, panie – w domach, przy cieście i kawie. Jednak nad Morzem Egejskim damsko-męskie rytuały mieszają się ze sobą: kobiety grają w karty razem z mężczyznami – czasem nad piwem, bywa, że przy herbacie. Wiosenne i letnie miesiące szkoda marnować na domową wegetację, jeśli można w tym czasie poplotkować z rówieśnikami w lokalnej kawiarni. Co słychać u córek? Wnuk zaczął chodzić? Kiedy na wczasy do Grecji? Herbata podrożała? Niemożliwe!




środa, 5 grudnia 2018

Stan umysłu H2O





Za każdym razem gdy idziemy po plaży jakiś pradawny popęd nawiedza nas i zmusza do zrzucenia butów i odzieży, do broczenia pośród wodorostów i wyblakłych kawałów drewna, do bycia niczym powracający z długotrwałej wojny uchodźcy, stęsknieni za ojczyzną.
Loren Eiseley


Istnieje wiele atrybutów subiektywnie rozumianego luksusu: drogi samochód, złoty zegarek, „wyjściowy” partner... Dla mnie jest nim widok na morze.

Dom może się sypać, ale po rozsunięciu zasłon musi być słońce i błękit – H2O oraz nieba. Podczas nadmorskich spacerów pomysły idą razem z nami; bywa, że nas przeganiają. Idealna byłaby praca nad brzegiem oceanu: stół i krzesło w wodzie, fale uderzają o kolana, a strony piszą się same.

Życie na łódce musi być podobnie ekstremalne do tego spakowanego w jeden plecak – dla posiadacza dwustumetrowej rezydencji brzmi to pewnie jak obłęd. Dla cierpiących na hydrofobię lub chorobę morską – największa z możliwych kar. Dla tych, którzy w taki sposób żyją – wolność i spokój.

Morze to także siła, przemijanie, tęsknota i wspomnienie. Jego żywioł jest metaforą naszej egzystencji, całej ludzkiej kondycji. Twórczą inspiracją, symbolem i odwiecznym motywem: w muzyce, kinie, literaturze. Kojarzy się z brakiem granic oraz żądzą poznania.

Egejskie równa się stan umysłu – jest kulturą i stylem, nie tylko kolorową widokówką. To tolerancja i otwartość na nieoswojone, przekonanie, że jest się we właściwym miejscu, które traktuje nas dobrze – daje słońce, zdrowe jedzenie, głaszcze i dopieszcza. Choć zimą sadystycznie okłada deszczem i wiatrem, robi to dla naszego dobra. Żebyśmy za kilka miesięcy docenili w pełni letni raj…


czwartek, 1 listopada 2018

Dlaczego nie ma mnie w Stambule


Nie ma mnie w Stambule, bo jestem w okolicy Troi. Chętnie znajdowałabym się w wielu miejscach na raz: budziła na karaibskiej wyspie, po porannej kąpieli w oceanie szła do biura wypłacającego pensję w funtach, by po pracy skoczyć na wernisaż do stambulskiej galerii. Albo koncert do jazzowego baru w Londynie lub Nowym Jorku.

Jestem jednak pod Troją, gdzie galerii znacznie mniej niż w mojej dawnej stambuskiej dzielnicy. Często odbywają się tu koncerty, czasem nawet jazzowe. Nie ma mnie w wielu miejscach na raz – jestem więc w tej jednej jedynej Troi, choć konie trojańskie widziałam dwa – jeden pręży się na terenie pozostałości starożytnych ruin. Drugi – mniejszy, za to w centrum miasta, na wprost hotelu o nazwie – nomen omen Troja – brał nawet udział w filmie z Bradem Pitem. Lucky horse.

Nie ma mnie w Stambule, choć byłam tam na chwilę miesiąc temu i będę pewnie za kolejny, bo nie mogę usiedzieć długo w jednym miejscu. Szkoda, że pracuje się regularnie, od-do, zamiast wtedy, gdy ma się czas, energię i ochotę. Ja na przykład mam je często, jeśli robię sobie krótkie przerwy od rutyny. Znudzone powtarzalnością dziecko kombinuje: może chociaż w drodze powrotnej do domu wejść na to duże drzewo? Zgadzam się z tym dzieckiem, i swoim wewnętrznym dzieckiem również.

Trzeba czasem wdrapać się na drzewo, a nawet spektakularnie z niego spaść, żeby zobaczyć pozornie dobrze znany świat z innej perspektywy: liściastej korony, potłuczonego tyłka. Tylko komu chce się tak eksperymentować? Nikt za to nie głaszcze, przynajmniej na początku. Na nagrodę trzeba sobie ciężko zapracować, czasem nigdy się jej nie dostanie – przynajmniej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Trzeba samodzielnie ją zdefiniować, rozpoznać i zdobyć – niezależnie od tego, czy rozentuzjazmowany tłum klaszcze, czy wychodzi z naszego przedstawienia ziewając.

Siedzę więc w towarzystwie trojańskiego konia i oboje zastanawiamy się, na jak długo lokalna cieśnina zastąpi mi Bosfor. Koń twierdzi, że wytrzymam do września. Jeśli przegram zakład, mam napisać o nim osobnego posta na blogu. Trzymajcie kciuki.

wtorek, 16 października 2018

Gra w zielone



Pani ze Stambułu? Ojej, to pewnie zmęczona...
Stambuł? Byłem tydzień temu, jeszcze boli głowa.
Do Stambułu? Nie jeżdżę, tu jest mój mały Bosfor.
W Stambule? Żyć się nie da. Odwiedzić i wyjechać! 

Trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie murku, płotu lub innych ogrodzeń. To prawda, zwłaszcza gdy zieleńsza jest naprawdę – stanowi zieleń obiektywnie bardziej zieloną. Mniej poszarzoną kurzem, podtrutą spalinami, mniej sztuczną, zdeptaną. Taką, jaką życzylibyśmy sobie zieleń widzieć: prawdziwszą od prawdziwej.

Taką zieloną zielenią jest Stambuł. Po dwunastu latach nadal nie jestem w stanie odpowiedzieć na pozornie proste pytanie dlaczego inaczej niż a dlatego. Bo tak. Bo nie zrozumiecie, dopóki nie przyjedziecie, nie zobaczycie, nie potkniecie się, nie zakochacie, nie sparzycie, nie trafi was szlag, nie wyjedziecie, nie wrócicie, nie dacie drugiej szansy, nie wyrżniecie się jeszcze mocniej, nie wyjedziecie ponownie... by znów wrócić. Taka zieleń subiektywna.

Jest w tym mieście (poza oczywistym wizualnym pięknem pomieszanym z pociągającą brzydotą) jakaś niesamowita energia, której nie da się odkryć nigdzie indziej. I to poczucie, że każda następna minuta może przewrócić wszystko do góry nogami… co i tak jest nieważne, bo podejdzie ktoś, kto poda rękę, a potem zaprosi do domu na kolację z rodziną... i w ogóle to zostaniecie w pół godziny najlepszymi przyjaciółmi.