środa, 10 kwietnia 2019

Palmy z betonu




Na złość

Izmir – miasto słońca i palm. Nie ma to jak odwiedzić je podczas dwudniowego załamania pogody – na prawie wyludnionych ulicach słychać sporadyczne westchnienia wróciła zima… – ledwie słyszalne przez zacinający deszcz i hulający wiatr. City break z koszmaru? Temperatura spadła co prawda z 21 do 12 stopi, ale nie dramatyzujmy: do meteorologicznego Armagedonu sporo jeszcze brakuje. Miasto nabrało za to ciekawych kolorów – wiatr przepędza chmury: czasem słońce, czasem deszcz, czasem wszystko naraz… z tęczą w tle.


Na szczęście

Jeszcze w drodze do Izmiru znalazłam banknot o nominale 5 lira, a był to dopiero radosnych przygód początek. Za promową przeprawę z Alsancak do Karşıyaka nie zapłaciłam wcale – zepsuł się automat, ochrona przepuściła mnie szarmancko przez bramkę doradzając brak zakupu biletu także w drodze powrotnej – zapłaciłabym wtedy trzykrotność podróży, poza tym nie jest mi potrzebna karta miejska. Wystarczy, że poproszę posiadacza biletu o przepuszczenie mnie w zamian za trzy liry – koszt jednej wodnej przeprawy. Zanim zastosowałam się do złotych rad pracowników przystani, nacieszyłam się spacerem po drugiej stronie zatoki – a była to radość do ostatniej suchej nitki. Gorący napój miał stanowić nagrodę za odważną wyprawę, a kawiarniana temperatura posłużyć za darmową suszarnię. Nie liczyłam na kolejny prezent od losu w postaci kawy – moja polska karta płatnicza została odrzucona, a obsługa odrzuciła… moją szczerą propozycję wycieczki do najbliższego bankomatu. Nie oponowałam zbyt natarczywie – zaczęłam za to wyżymać sprawnie płaszcz, podczas gdy rękawiczki suszyły się grzecznie na kaloryferze.

Wyglądałam już mniej jak bezdomny, gdy współpasażer kolejnego promu nie przyjął zapłaty za użyczenie karty miejskiej. Tak, to był mój szczęśliwy dzień. Nie zagrałam jednak w tureckiego lotka, a przyspieszyłam kroku, oczekując od losu następnych niespodzianek. Dopłynęłam do Konak, gdzie mimo pięknego słońca przywitało mnie arktyczne powietrze. Poratowałam swoje uszy spontanicznym zakupem taniej czapki w sklepie lokalnej sieci odzieżowej, otrzymując – a jakże! – „prezent” w postaci 20 lir (przy kolejnych zakupach wartych 50 – bo bez przesady…).

Właściciel rybnej restauracji na Kemeraltı Çarşısı zapomniał wliczyć do rachunku ceny za napój. Przyznałam się – a jakże! – słuchając rewelacji na temat tego, że do Polski nie potrzeba już wiz i że w związku z tym on z całą rodziną być może wybierze się do nas już latem… Nie śmiałam wyprowadzać go z błędu. Ryba była bez ości.


Na zdrowie

Pierwszego, wiosennego jeszcze wieczoru, miasto żyło imprezą. Prawdopodobnie taką do rana, czego nie sprawdziłam, kładąc się spać wcześniej niż wszyscy jego mieszkańcy, może nawet ci najbardziej leciwi. Wąskie, klimatyczne uliczki Alsancak przypominają atmosferą moje ulubione stambulskie, a ceny są jednak (jeszcze!) nieco bardziej życzliwe. Gdy o papierosa / drobne / zakup chusteczek poprosiła mnie kolejna mijana osoba, sentymentalna łezka zakręciła się w oku na wspomnienie Beyoğlu i okolic placu Taksim oraz tamtejszych lokalnych sprzedawców / wyłudzaczy. Tego się nie zapomina.


Na… rozmiar?

Miasto prezentuje się z pewnością inaczej wiosną, gdy kwitną kwiaty, zieleni się wokół i świeci błogie, wakacyjne słońce, a morska bryza lekko orzeźwia, nie urywając przy tym głowy… Zimowa aura i burzowe chmury nadały monumentalnemu centrum porażającej wielkości – olbrzymie palmy, pomniki, wieżowce… Poczułam się mrówką w betonowej dżungli, innej niż pokrętna, chaotyczna dżungla stambulska. Takiej poukładanej, monumentalnej, prostopadłej, z budującymi się na obrzeżach miasta mega osiedlami. Urokliwa Saat Kulesi (osmańska wieża będąca symbolem miasta) ginie w natłoku tego miejskiego przepychu…









  






poniedziałek, 11 marca 2019

Wesołe jest życie wieśniaka



Moje największe marzenie z lat młodości: zamieszkać w Wielkim Mieście (miał być bardziej jakiś Nowy Jork niż Stambuł), żeby już nie dojeżdżać podmiejską kolejką do centrum (choć w tyle głowy zawsze kołatała też wyspa z palmą).

Moja największa fantazja po ponad dekadzie życia w Wielkim Mieście (jednak Stambule, a nie Nowym Jorku): zdobyć się na miejski detoks i uciec pod wspomnianą palmę.

Moja największa obawa po ucieczce na wieś (czyli do 180 tys. miasta): paraliż od świeżego powietrza oraz atak paniki od braku rozrywek, kultury i sztuki. Okazuje się, że jeżdżące po mieście samochody dostarczają odpowiedniej do szczęścia ilości spalin, a taka ukulturalniona to ja znowu nie jestem, skoro byłam od lipca na jednym koncercie i kilku wernisażach (kiedyś bywało ich kilka na tydzień), zapominając zupełnie, że mam też do dyspozycji jedno kino.

Mimo tych problemów pierwszego świata jeszcze nie umarłam – przeczytałam za to kilka książek i zrobiłam wiele kilometrów spacerów. W czerwcu wracam w podskokach do słonej wody, najchętniej tej dookoła wyspy.

Szkoda, że jej klimat przypomina karaibski tylko kilka miesięcy w roku, zimą nokautując wiatrem, deszczem, niesympatycznie odczuwalną temperaturą powietrza i śniegiem-niespodzianką od święta. Nie po to emigrujemy do „ciepłych krajów”, żeby odśnieżać palmy w ogródku. Prawda?

To już dziewiąty miesiąc… Jesteśmy prawie na finiszu. Na początku było jak w raju – uderzenie hormonów szczęścia oraz słońca i witaminy D. Drugi trymestr przeszedł lekko i bezboleśnie dzięki zgromadzonej latem energii. Trzeci dał popalić, ale mamy już za sobą najgorsze. To najważniejsze – wiedzieć, że da się przeżyć podobny cykl w kolejnym roku. W kwietniu narodziny – wiosny oraz zasłużonej, zapracowanej i wyczekiwanej plebejskiej radości. Jak na proste, „wiejskie” życie przystało.


PS. Autorka przyznaje się, że odwiedziła Stambuł trzykrotnie i sączyła wino na wernisażach.




poniedziałek, 11 lutego 2019

Stambulski głód


Londyńczycy mówią – jeśli zmęczył cię Londyn, zmęczyło cię życie. A Stambuł?


Miasto, które nie może się nażreć: wchłania nowych ludzi, nowe budynki, nowe pomysły – przeżuwa i mieli mimo tego, że za chwilę pęknie. Ma się jednak w tym swoim napompowaniu całkiem nieźle – redefiniuje granice i tożsamość, zamiast dopasować się do wyznaczonych przez kartografa szlaków, przyjętych powszechnie norm, akceptowanych konturów rzeczywistości. Tworzy bezczelnie własny świat – zagmatwany i pozornie nieracjonalny, ciekawy przez swoje nienasycenie.


Stambuł nakarmi tych, którzy nie umieją usiedzieć w jednym miejscu, bo w swej wielowątkowej jednostkowości jest wieloma miejscami równocześnie. Można znaleźć w nim korki, tłumy i sąsiadkę z trzeciego piętra trzepiącą dywan nad naszym balkonem. Można też: Bosfor, historię, inspirację. Wszystko zależy od tego, czym chcemy się karmić.




piątek, 1 lutego 2019

Stambulskie fragmenty



Ze Stambułu nigdy nie wraca się w jednym kawałku. Coś tam zawsze zostaje, niech będzie patetycznie, że kawałek serca albo duszy. Nie są to, niestety, zbędne kilogramy, których po każdej kulinarnej uczcie raczej przybywa.

Z łatwością zostawić można portfel, nie tylko przez roztargnienie i raczej nie fanaberie kieszonkowca (choć oczywiście i takie przygody się zdarzają). Gdy przybywa zbędnych kilogramów, wprost proporcjonalnie ubywa jego zawartości, bo najlepsze jedzenie z najpiękniejszymi widokami ma swoją cenę.

Pieniądze to jednak nie wszystko – nawet najbogatsi mogą uzależnić się od Stambułu, a wtedy nie pomoże najdroższy detoks świata. Wszystkie inne miejsca wydają się nie dość ciekawe, niewystarczająco duże, mało skomplikowane, zbyt przewidywalne. Wszystko jest… niewystarczająco stambulskie. Wtedy dla Miasta Miast traci się głowę.

Stambuł jest jak fascynujący sen, którego nie da się wytłumaczyć. Żeby zrozumieć, trzeba go wyśnić: poczuć wszystkimi zmysłami, a potem bez końca analizować, bo podlega nieskończonej liczbie interpretacji. Ci na jawie przyglądają się podejrzliwie i z lekkim współczuciem, węsząc brak logiki i sensu.

Ale na co komu sens, skoro mamy Bosfor? I trochę bałaganu wokół, którego z każdym rokiem przybywa. Stracona dla Stambułu głowa jest w stanie ogarnąć i tolerować nawet te niechciane fragmenty.





poniedziałek, 7 stycznia 2019

Zimowa melancholia, letnie sentymenty


Morska woda karmi naszą skórę – składniki mineralne przenikają ją głęboko, działając kojąco i doskonale oczyszczając. Stymulują metabolizm, poprawiając ukrwienie i nawilżenie, stan włókien kolagenu oraz elastyny. Dzięki morzu młodniejemy więc nie tylko psychicznie, wypoczywając, ale też fizycznie – jego słona woda odejmuje lat, wzmacniając elastyczność skóry, wygładzając ją i zwyczajnie lecząc. Ma więc dobroczynny wpływ nie tylko na piękno, ale też zdrowie – zwłaszcza zimna kąpiel o poranku, która dodatkowo przyspiesza i tak już pobudzony pływaniem metabolizm.

Najlepiej poczuć jak ciepłe jest morze skacząc wcześniej do lodowatej rzeki. Gwałtowne zanurzenie się w niej powoduje wręcz fizyczny ból – skóra piecze, ale tylko przez krótki, ostry moment. Po chwili czujemy się sparaliżowani, odczuwając jednocześnie przyjemne mrowienie, które będzie nam towarzyszyć podczas całej wodnej przeprawy.

Płyniemy, a właściwie suniemy z wartkim nurtem, mijając kaczki, żółwie, niekiedy łódki pasażerskie – na te ostatnie lepiej uważać, choć rzeka jest na tyle szeroka, że pomieści wszystkich chętnych. Najlepiej wyjść na brzeg, gdy woda zwalnia na zakręcie, przy kolejnym pomoście. Można oczywiście dopłynąć aż do samego jej ujścia i znaleźć się w ciepłym Morzu Egejskim za jednym porządnym chluśnięciem. Opcja bezpieczniejsza zakłada asekuracyjne zakończenie wodnej zabawy tam, gdzie robią to tubylcy.

Na lądzie czujemy od razu kojące ciepło gorącego powietrza, jakby troskliwa ręka otuliła nas kaszmirowym kocem, chroniąc przed nieubłaganym przeziębieniem. Zanim dotrzemy do punktu wyjścia, czyli kolejnego skoku, skóra zdąży wyschnąć, a my będziemy wręcz marzyć o ponownym zanurzeniu w pozornie tylko wrogim nurcie.



środa, 2 stycznia 2019

Prawdziwe fale




Co zrobili ci przeszczęśliwi ludzie, którzy odważyli się zmienić swoje życie? – zaczynamy myśleć utartym schematem, obserwując uśmiechniętych plażowiczów. A może wszystko jest o wiele prostsze, niż nam się wydaje i to turyści, podobnie jak my? Są pewnie wśród nich urodzeni w nadmorskich miejscowościach, nam kojarzących się z rajem na ziemi. Inni dostali tu pracę albo pojechali za miłością lub przypadkiem, zwanym przez niektórych przeznaczeniem. Być może nie rozważali wcale metafizycznej przemiany, nie podejmowali życiowych decyzji z serii być albo nie być i wszystkie te wielkie słowa są zwyczajnie na wyrost?

Mam słabość do metropolii, a jednak wizualizując przyszłość widzę w niej zawsze wybrzeże: błękit wody w towarzystwie palm, które rysowałam chętnie jako dziecko. Nie pamiętam, kiedy nauczyłam się pływać, chyba zanim zdążyłam przestraszyć się żywiołu, zwyczajnie uznając go za swoje naturalne środowisko. Każdego roku jeździłam nad Bałtyk. Mieszkałam nad rzeką, ale dopiero Wielka Woda zrobiła na mnie adekwatne Wielkie Wrażenie. Teraz nie wyobrażam sobie takiej kąpieli z uwagi na temperaturę, wtedy rzucałam się na zimne fale nawet w czasie deszczu.

A potem zobaczyłam morza inne, południowe, cieplejsze, coraz bardziej niebieskie. Wracając z wakacji odczuwałam zawsze niemal fizyczny ból, jakby ktoś brutalnie wyrywał mnie z korzeniami i kazał przymusowo emigrować z domu. Nie chodziło wcale o powrót do codzienności, szkołę czy pracę. W takich momentach chętnie zostałabym choćby kelnerką w pierwszej lepszej kawiarni i harowała w pocie czoła za minimalną pensję, byle tylko na greckiej wyspie lub w bardziej egzotycznych okolicznościach przyrody. Randki na tle gorących, pomarańczowych zachodów słońca prezentują się w końcu bardziej wykwintnie i zostają podrasowane przez żądny piękna umysł do wspomnień z serii doskonałych.

A gdyby tak przenieść tą wakacyjną otoczkę i przełożyć ją na całe nasze życie? Może uda się  wtedy dokonać pozornie niemożliwego – zakochać w naszej codzienności, której stanie się bliżej do atmosfery letniego romansu? Łatwo mówić, trudniej zrobić, gdy nawet nad Morze Egejskie nadciągają zimowe deszcze, ulewy, zawieje i zamieci... Trzymajmy się ciepło w 2019!

wtorek, 18 grudnia 2018

Daleko od lądu


Dla mnie morze jest jak osoba – jak dziecko, które znam od dawna. To brzmi jak szaleństwo, wiem, ale gdy pływam w morzu to z nim rozmawiam. Nigdy nie czuję się tam samotna.
Gertrude Ederle 



Mały raj przypomina Grecję swym tawernowym, biało-błękitnym klimatem. Dociera się do niego drogą morską, co zajmuje zwykle dwie godziny, w zależności od aury. Jesienno-zimowe sztormy mogą pokrzyżować mieszkańcom plany i na dobre odciąć wyspę od miasta...

Wyspowy sezon to turyści, głównie tureccy, przeważnie stambulscy. Aby dotrzeć tu z Europy trzeba się nagimnastykować, wielu podróżników decyduje się więc na sprawdzone, śródziemnomorskie scenariusze pisane przez biura podróży, wygodniejsze i przede wszystkim dużo tańsze. Na wyspie słychać zatem turecki oraz... miauczenie uwielbianych tu kotów. W przeciwieństwie do stambulskich nie tylko dają się głaskać, ale okazywanie emocji wręcz wymuszają – potrafią biec za ofiarą, miaucząc, dopóki nie dostaną tego, czego chcą. Mniejsze kociaki mogą posunąć się do najgorszego – czepiając za nogawkę spodni dyndają na turystycznej nodze... Strzeżcie się, ludzie!

Wakacje to kilkutysięczne oblężenie, które zmienia zupełnie oblicze wyspy. Wtedy odbywają się słynne festiwale wina i lokalnych, organicznych produktów oraz chętnie uczęszczane przez stambulczyków festiwal jazzowy i międzynarodowy przegląd filmów dokumentalnych. W lokalnych meyhane rozsądnie jest robić na wieczór rezerwacje, a małe hotele i pensjonaty szaleją z cenami noclegów, bo turystów w czasie letniego prosperity przecież nie zabraknie. Galerie i atelier miejscowych artystów prezentują swoje dzieła, a knajpki z wyszukanymi tureckimi przystawkami dostają potężny zastrzyk gotówki w postaci hojnych napiwków.

W nadmorskiej restauracji wieczorną atmosferę upiększają wrażenia audiowizualne – na prawo podświetlony zamek, na lewo – koncerty na otwartej scenie: dźwięki unoszą się na falach, a zapach morza orzeźwia i relaksuje. Kieliszek zimnego białego trunku z lokalnych winogron oraz deska tureckich serów i sezonowych owoców – czy można prosić o bardziej doskonały zachód słońca?

Następnego ranka odwołane promy, a więc odwołane uśmiechy, co można podsumować jednym słowem: sztorm. Turyści nie wychodzą z hoteli – musiało ich zaskoczyć nagłe załamanie pogody, z 28 na 18 stopni, z dnia na dzień. Choć meteorolodzy sumiennie ostrzegali, nikt nie chciał wierzyć w epilog trwającej od maja pogodowej sielanki. Tak nie wypada, droga pogodo, nie tak się umawialiśmy, lato miało przecież trwać wiecznie! Co z tego, że mamy ostatni tydzień września. Dobrze, że nikt nie nawołuje do pozwu przeciw mieszkańcom wyspy – bezczelni, tak się dorobić na naszej niepogodzie!

Właściciele pensjonatów niewiele mogą zrobić w tej smutno-deszczowej sytuacji – obdarowują gości zimowymi zestawami pościeli. Surowy klimat i pustki w lokalnych knajpach – tak masowo obleganych latem – powoduje exodus miejscowych, którzy często mają też domy na stałym lądzie. W zielonym raju zostają jego prawdziwi miłośnicy w imponującej liczbie... dwustu osób. Bazar nadal zaprasza wczasowiczów, choć w znacznie uszczuplonej formie – wystawcy z miasteczka nie dotarli przecież na wyspę, muszą poczekać na spokojniejsze wiatry.
Poczekają do kwietnia...