Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje w turcji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje w turcji. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 maja 2019

Wyspa dramatyczna



Jestem blogerką z szablonem wersja prosta super light, bo nie lubię jak mi co lata przed oczami albo mieni się nie wiadomo dlaczego. Ma być tekst i fotografia, najlepiej artystyczna. Dinozaur blogosfery, prawdziwy biały kruk. Oklaski.

Instagrama używam od lat niecałych trzech – czego spodziewać się po kimś, kto założył fejsbukowy fanpejdż bloga po prawie dekadzie pisarskich na nim uzewnętrznień. Mniej więcej w momencie, w którym okazało się, że fejsbuk jest passé.

W zaistniałej sytuacji nie wypada mi po raz kolejny prezentować wyspy w kolorach tęczy o smaku lodów owocowych. Nie będzie więc towarzyszących przy kotlecie kotków ani rzucających się na mnie na plaży piesków (dających znak, że należy udać się na ratunek delektującym się kąpielą właścicielom). Po pierwsze dlatego, że nie ogarniam takiego nagrywania w akcji (zanim wyciągnę z torebki telefon...). Poza tym wydaje mi się, że tysięczne zdjęcie czworonoga nikogo nie zainteresuje (wbrew temu, o czym świadczą kocie video-statystyki). Co zrobić, wychowałam się w czasach nieinternetowych.

Prezentuję w związku z powyższym dramatyczne ujęcia wyspy (wzbogacone foto filtrem o nazwie –jakżeby inaczej – dramatic), gdy ubiegłego tygodnia na kilka godzin zasnuły ją chmury (kot tym razem bez premedytacji).

  

piątek, 13 lipca 2018

Sezonowy ogórek




Życie to nie wczasy

Człowiek jedzie na wakacje – wreszcie! Siedzi na tych wczasach, a w tyle jego opalonej coraz bardziej głowy kołacze się coraz częściej myśl – nie wracam! Ten sam człowiek pod koniec turnusu zwija oczywiście manatki, powtarzając sobie, że przecież by tak nie mógł, a zresztą: kto tak w ogóle żyje? Wraca więc do szarej pogody, kredytów, open space, pogoni i korków. Od których podobno nie wariuje. Bo tak mają wszyscy, inaczej przecież nie można, a co najmniej – nie wypada. Z całą stanowczością: nie powinno się. Życie to nie wczasy.

A gdyby tak żyć życiem, od którego nie potrzeba ustalonej prawnie, 21 dniowej ucieczki… –  myśli sobie, gdy szef/pogoda/korki dają się po jakimś czasie we znaki. Że nie musi odkładać i odliczać. Żyć myślą o piątku. Czuć jak zaciska się na szyi niewidzialny węzeł poniedziałkowego poranka.
Czy musi?


Tak zwane wakacje

Tobie to dobrze, cały czas na wczasach! Naprawdę? Nawet wtedy, gdy jestem w pracy? Ale ci fajnie, urlopu brać nie musisz! Fakt – z tego, co się orientuję, wakacje bierze się dobrowolnie, nikt człowieka siłą na plażę nie zaciągnie. Ty to masz szczęście! Najwyraźniej złapałam je kiedyś za rogiem stambulskiej ulicy. W czepku urodzona!

Nie musiałam wcale nauczyć się „dziwacznego” języka – tak różnego od znanych nam romańskich, w którym mało co wydaje się – przynajmniej na początku – mieć sens. Nie jechałam sama, w nieznane, do kraju, w którym nie znałam nikogo i nie budowałam przez lata sieci kontaktów, grona znajomych – dotarli do mnie sami, jak pielgrzymi do Mekki, kiedy ja siedziałam sobie na piedestale. Nie użerałam z biurokracją, nie rozpracowywałam obcych kodów kulturowych, nie zderzyłam z całą masą nieporozumień – zamiast tego spadła mi z nieba turecka gwiazdka.

Brzmi strasznie? Nie dla mnie, bo ja to wszystko lubię.


Życie to przygoda

Jeśli lubisz zimę, jazdę samochodem, strukturę korporacji – świetnie, pruj przez śnieg do pracy! Gdy codziennie narzekasz na zimno, korki i wszystko w firmie – nie pomoże dwutygodniowa ucieczka od życia, podobnie jak desperacka decyzja o wyjeździe z nastawieniem, że nie trzeba będzie się narobić.

Narobić się trzeba wszędzie: i w europejskim kraju zasnutym mgłą i na południu, pod symboliczną palemką, która stanowi nagrodę za ciężki dzień w pracy, kilka stron dobrego tekstu, dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu. Dla kogoś, kto palemkę uważa za szczyt kiczu, nagrodą ona nie będzie.

Nie przepadam za górami. Uwielbiam wysokie szczyty w sąsiedztwie morza, ale nigdy nie czułam się dobrze otoczona wysokimi skalnymi formacjami – brakuje mi wtedy przestrzeni, powietrza. Kocham morze, ocean, wodę, wiatr, szum fal i cały ten bezkres, co nie znaczy, że nie mogę czasem odwiedzić gór. Przyjechać, zobaczyć, zachwycić się i wrócić. Tam, gdzie czuję się lepiej. Gdzie jestem bardziej „na wczasach” niż „za biurkiem w szarym boxie”.

* pojęcia typu wczasy, góry, morze, korporacja etc. są metaforyczne lub dosłowne, w zależności od osobistych preferencji Czytelników

środa, 30 maja 2018

Męczennicy i tatuaże



Taksówkarz oprowadzał w zeszłym tygodniu grupę 11 Polaków, tylko jedna osoba znała angielski, ale jakoś poszło – najtrudniej było z liczbami, a przecież kierowca rzuca nimi jak sztuczkami z rękawa. Tu poległo tylu, tam tylu, na tym wzgórzu zginęła liczba taka, za wzgórzem owaka… Acha, dlaczego? Bo ja też przewodnikiem turystycznym jestem, zapomniałem wspomnieć. Tu moja wizytówka. Za kurs płacicie mniej, choć licznik pokazał 40… Lubię Polaków. 

Polaków zdaje się darzyć sympatią także młody pracownik recepcji hotelu, który był w Gdańsku na Erasmusie. Oraz dwóch wiekowych panów cieszących się słonecznym dniem na niewygodnych, małych taboretach wystawionych przed lokalne biuro podróży. Skąd jesteście? Z Polski? Aaa… Wzdychają obaj. Okazuje się, że właściciel biura miał wiele lat temu ukochaną w… Gdańsku. Pisała do niego listy na różowej papeterii. Niestety, kontakt się urwał.

Historia miłosna w tle, ale przede wszystkim historia krwawa, i to na każdym kroku: zapisana na wzgórzu, widoczna wyraźnie z drugiego brzegu cieśniny. Wytłoczona na pocztówkach, namalowana na kubkach i talerzach dostępnych na zabytkowym targu, w jeszcze przedsezonowej cenie. Zwykle pod postacią żołnierza walczącego, padającego, podpierającego towarzysza walk lub wracającego z pola bitwy. Biuro podróży Truva (Troja) zaprasza na wycieczkę szlakiem walk i poległych. Lekko nie jest.

A wiecie, że nasza miejscowość aż w 78% głosowała w zeszłorocznym referendum na nie? Jako druga prowincja w kraju, zaraz po Tunceli – kontynuuje taksówkarz. Nie wiemy, ale krótka trasa na drugą stronę półwyspu to przyspieszona lekcja WOS i historii w jednym. Prom macie za dwie godziny, proponuję usiąść przy porcie i napić się herbaty. Çay, a to niespodzianka. Oczekiwania umila zabawa z dwoma szczeniakami (sprzedam za 10 lira – żartuje (?) właściciel kawiarni) i niespodziewana wizyta kolorowej grupy zmęczonych kolarzy. Obok niesportowa grupa dyskutuje z kolei o socjalizmie. I tak – wszyscy piją herbatę.

Wyspa wita chmurami, wiatrem i krajobrazem, który z promu, z widokiem na port, przypomina Szkocję. Jest za duża, a my jesteśmy na niej za krótko – mamy za mało czasu, a za dużo bez samochodu zdziałać tu nie można. Za, za, za… Siadamy więc w świeżutkim Gastronomi Atölyesi (podsłuchujemy, że wczoraj była niezła impreza z okazji otwarcia!) – przy stoliku obok narada: uwagi doświadczonych restauratorów. W lokalnych sklepach oliwne mydełka w połączeniu z kozim lub oślim mlekiem, duży wybór (wyglądających na dobre!) win w cenach zdecydowanie niestambulskich. Wczorajsza wycieczka na dużo mniejszą wyspę to z kolei raj dla miłośników tawern – aż mdli od błękitnego piękna morza, nieba i restauracyjnych dekoracji. Oraz pięknych ludzi – już nie błękitnych, ale za to wytatuowanych.

Po całej okolicy kręci się podejrzanie dużo wydzierganej młodzieży – portowe, uniwersyteckie miasto, może dlatego? Z jakiegoś powodu nawet na jednym z ramadanowych stoisk w innej, oddalonej o dwie godziny jazdy samochodem, miejscowości, można sobie zafundować tatuaż. Post, iftar, na prawo lody z koziego mleka, na lewo muzułmańskie różańce. To jak, kotwica na przedramieniu, młody człowieku?














poniedziałek, 11 lipca 2016

Letnie miraże


Odwieczne rozterki mieszczucha: już czy jednak trochę później? Poczekać do trzydziestki? Czterdziestki…? A może zamiast w totalną głuszę coś pomiędzy: mniejsze miasto w miejsce dwudziestomilionowego molocha? A jeśli jednak dzicz, to jak? Co z pracą, z galeriami, wystawami, kinami, kawiarniami…? Lista urbanistycznych uzależnień nie ma przecież końca.

A skoro jednak mega-miasto, to na ile dłużej w tej kupie, czy raczej grupie? Gdzie schować się przed napływem coraz większej fali coraz bardziej zestresowanych stresami miasta? I jak sobie z tą czkawką stresu radzić?

A to dopiero początek pytań. Bo jeśli jednak morze i palmy, to które z mórz? Z dala od turystycznych szlaków, bo letnich turystów trudno zdzierżyć, a z dwustu tysięcy ludzi robi się wakacyjne półtora miliona? Czy kompromisowo gdzieś pomiędzy, bo z czegoś trzeba się przecież utrzymać, a kto zapłaci za droższego w lipcu drinka, jak nie turysta? Machnie ręką, bo w końcu wakacje, więc co z tego, że przeciętne wino z supermarketu przemnoży się w knajpie przez pięć.

A potem trzeba sobie jeszcze odpowiedzieć na pytanie: co z zimą? Czy uroczy studenci z hipisowskiego kempingu będą przygrywać na gitarze z podobnym zaangażowaniem na przemoczonej wydmie, gdy o skały zadudni zimowy wicher? Zasiądą raczej w studenckim barze z dala od wakacyjnej mieściny, a nadmorskie kamienie staną się za zimne nawet dla najbardziej zahartowanych ulicznych psów, które z nudów zapadną w zimowy sen.

Ciężkie to życie, ciężkie.



  



piątek, 15 sierpnia 2014

Detox


Nadmorski święty spokój. Błoga wakacyjna cisza. Mimo przewidywanych upałów – przyjemna bryza. Mimo sezonowego zalewu turystów – tylko nieliczne ranne ptaszki. Kto pędzi na plażę o dziewiątej rano? Przy brzegu dwie zaprawione w śródziemnomorskich bojach Polki mówią, że woda to w sumie jeszcze chłodna... Wskakuję do gorącej zupy. Wychodzę po dziesiątej, bo robi się za duszno. Na prawo – biało-niebieski gąszcz leżaków. Na lewo – biało-zielony gąszcz leżaków. Przed godziną prawie puste, teraz więcej na nich opalonych, ale wiecznie żądnych słońca ciał. Plaża coraz szybciej się zaludnia. Plaża jest w swoim żywiole.
Idę nad hotelowy basen.

Idę tempem stambulskim. Tempem z İstiklalu. Tempem, które krzyczy: nie chcę się tu z wami guzdrać, jak wy się wleczecie, którą stroną ulicy, dlaczego pod prąd, dlaczego znów ten niedopałek groźnie koło oka, nie mam czasu, przesuń się, gromado turystów, no przesuńcie sięęę, nie mam ani chwili, spieszę się na prom, spieszę się do praaaacy… zaraz, zaraz. To chyba wakacje.
Rozglądam się. Nikt nie biegnie. Nikt nie idzie pod prąd. Nie ma żadnego "prądu", bo nie ma żadnych tłumów. Jestem ja i paru ludzi na krzyż. Bynajmniej nie spieszą się do pracy. Bynajmniej nie próbują mnie zadeptać. Czuję się złapana na gorącym uczynku. Zwalniam.
Na krótko. Stare nawyki to w końcu stare nawyki – trudne do wyplenienia.
Na basen docieram w tempie ekspresowym.
Woda jest zimna a ja jestem szczęśliwa.


Różówo-waniliowy zachód słońca. Pokrzykiwania młodzieży grającej w siatkówkę. Niedobitki moczące się w wiecznie chyba parującej wodzie. Oświetlona promenada palm aż prosi się o spacer. Romantycznie. Podświetlony zamek na wzgórzu Kale jakby stanął w płomieniach. Dumnie. No i ten wieczorny ezan. Nic tylko iść wzdłuż brzegu, podziwiać uroki natury oraz wdychać i wydychać to zdrowe na pewno, tak zwane morskie powietrze.
Plaża – darmowe SPA. Fale – masaż jak w jacuzzi. Gruboziarnisty piasek – peeling naturalny. Woń słonego morza zmieszana ze słodkim zapachem mleczka do opalania – aromaterapia.

Naprawdę trzeba już wracać do Mordoru, przepraszam, Stambułu?

niedziela, 28 lipca 2013

Zen nad Morzem Czarnym


Jeśli zmęczony wzrok błądzi tęsknie w poszukiwaniu skrawka zieleni…


…należy dać mu szansę na rekonwalescencję, traktując takimi oto widokami:


Stambuł odsłania swe uroki chętniej, gdy damy mu szansę zatęsknić.
To powiedziawszy, spakowała się w mały plecak i wyruszyła na trzydniowy podbój ukochanego Karadeniz (Morze Czarne).

Morze Czarne, fale marne

Gdzie te złowrogie fale, ukryte w morskich otchłaniach wiry? Cieszące się złą sławą Morze Czarne po raz kolejny okazało się spokojnym, grzecznym bratem Bałtyku. Fale, zimno, niebezpiecznie? Zaniepokojonym proponuję popluskać się w naszym rodzimym morzu, gdy pada i wieje, a temperatura wody nie przekracza 20 stopni. Po takim treningu płaska, niewzruszona tafla rozgrzanego Karadeniz okaże się brodzikiem z podgrzewaną wodą.

Wbrew reakcjom niektórych tureckich znajomych pływam zarówno w Morzu Marmara („a fu, brudno!”) jak i Morzu Czarnym („ojej, niebezpiecznie!”). Jeśli nie skacze się z klifu na główkę wprost na podwodne skały, do tego w ciągu burzy, wychodzi się z morskiej przygody w jednym kawałku. Bez potłuczeń ani innych obrażeń, co najwyżej po niechcianym spotkaniu z meduzą – zdarzyło mi się musnąć stopą, nie doznałam nigdy poparzeń.

A wieczorem – rakı i meze, meze i rakı. Może nie do białego rana, a do ostatniego gościa. Do tego nie wszędzie, bo… z okazji ramazanu niektóre knajpy alkoholu nie serwują. Nie ma tragedii, jest tylko strata właścicieli. Finansowa, ma się rozumieć.
Turecka anyżówka obowiązkowo na tle pretensjonalnego zachodu słońca.

środa, 1 maja 2013

Dom nad rozlewiskiem: wersja turecka, ulepszona

/z dedykacją dla Skylar/


Zabrzmi to jak niewybredny żart, a zaprawieni w boju śródziemnomorscy wczasowicze popukają się w opalone głowy, ale… Alanya to dla mnie na chwilę obecną wieś spokojna, wieś wesoła. W tureckim, nieco cieplejszym wydaniu.

Jedną z najpopularniejszych wakacyjnych destynacji odwiedziłam po raz pierwszy w maju, cztery lata temu. Spacery po skąpanej w słońcu promenadzie, wycieczka na wzgórze Kale, wygrzewanie bladego ciała na plaży Kleopatry, zbyt mocna Long Island Iced Tea. A wszystko to jeszcze przed turystyczną apokalipsą, bez depczących po piętach Rosjan, Niemców i Skandynawów oraz pokrzykujących z każdego sklepiku naganiaczy. Przestronne mieszkania z marmurowymi posadzkami za cenę stambulskich klitek ze ślepą kuchnią, tudzież cieknącym dachem. Podwórkowy basen, pięciominutowy spacer na plażę. Świeże warzywa i owoce z pobliskich wiosek – tak tanie i smaczne, że dieta sama zmienia się na zdrowszą, bez lamentów i poświęcenia.

Powrót do Stambułu przypłaciłam tygodniowym kryzysem. Pracowałam wówczas na przyspieszonych obrotach, co zapewne przyczyniło się do stanu lekkiej powakacyjnej nerwicy. Sielankowa wizja życia pod palemką wracała jak bumerang. W końcu trzeba się jednak było ogarnąć, zacisnąć zęby i wrócić do walki o przetrwanie w megametropolii. Co z oczu to i z serca, a wybrzeże śródziemnomorskie nie zając, wrócić przecież zawsze można…

Wielki wakacyjny come back nastąpił dopiero po czterech latach. Nie będę rozpisywać się o tym, jak to „czas szybko leci”. Chcę jedynie zaznaczyć, że mimo upływu lat Alanya nie zmieniła się, moim skromnym (i jakże mylnym) zdaniem, prawie wcale. Przybyło oczywiście betonu, ubyło zieleni. Jako uradowana turystka nie zauważyłam jednak zaniku natury na rzecz turystycznej koniunktury; o fakcie rozbudowy miejskiej tkanki zostałam poinformowana przez lokalnych starych wyjadaczy. Dla mnie Alanya to niezmiennie: świdrujący zapach jaśminu, oślepiający błękit nieba i różowe kwiatki, obowiązkowo za uchem – nieodłączny element pamiątkowych zdjęć z wakacji (jak one się nazywają…?).


Dr Jekyll and Mr Hyde

Alanijska wieś podobno zmienia się latem w turystyczną dżunglę. Nie było mi dane zobaczyć na własne oczy tej imponującej metamorfozy. Trochę żałuję, z czystej ciekawości. Nie dla mnie jednak spalona na skwarkę skóra, prysznic, który nie przynosi orzeźwienia, nastolatki skaczące na dyskotekowych stolikach w rytm hitów lata i przebojów z wakacji ubiegłych (których nie znam i znać pewnie nigdy nie będę). Stąd decyzja o turystycznym sezonie emeryckim – kwiecień czy maj to moim zdaniem pora wymarzona – na opalanie, na pływanie. Na konsumpcję drinków i odpoczywanie.

Kusi jednak, by poczuć choć przez chwilę słodko-gorzki klimat, dla którego z jakiegoś powodu uderzają do Alanyi tłumy spragnione czegoś, co w emeryckim kwietniu zapewne mnie omija. Jeszcze bardziej intryguje, kto przyjeżdża tu każdego lata. Czego szuka, do czego wraca? Czy aby tylko do mglistego wspomnienia romansu ubiegłego lata?

Ja wrócę pewnie za cztery lata do moich niemieckich emerytów opalających się nad piętnastometrowym, podwórkowym basenem.

Chyba, że... kaderYapacak bir şey yok.

niedziela, 29 lipca 2012

Na wczasach w tureckich lasach


Stęskniony Stambuł powitał mnie gorąco. Buchnął żarem, serwując do tego – uwaga – 90 proc. wilgotność powietrza. Miniony tydzień spędzony w miejscowości Akyaka, choć ciepły i słoneczny, to jednak przyjemnie rześki: żadnych omdlewających, pocących się turystów na horyzoncie. Ukochane Stambuliszcze – wprost przeciwnie. Wystarczy wysiąść z samolotu – buch! Gorąc uderza w policzki. A to raptem preludium.

Hammam z prawdziwego zdarzenia czyha na wypoczętego turystę na Beyoğlu. Tu dopiero można się przyjemnie zgrillować!
Niezobowiązująca pogawędka z niewidzianym kilka dni sklepikarzem:
- Chleb i ser poproszę.
- A proszę, widzę, że na wakacjach się było, ja wróciłem właśnie z Kuşadası, niby taka sama temperatura, a jak przyjemnie, a tutaj… no właśnie, ta wilgotność, no niech ją – wzrusza ramionami i energicznie wyciera czoło chusteczką.
Na półce spleśniały chleb, klimatyzacji brak.

Z długiej listy miejscowości nad morzami: Egejskim i Śródziemnym odwiedziłam do tej pory tylko Alanyę, Antalyę oraz znajdującą się niedaleko Izmiru miejscowość Çeşme (podobno windsurfingowy raj).
Akyaka. Leciałam tu… z pewną taką niepewnością. Bynajmniej nie z obawy przed samolotami (loty i lotniska darzę wręcz niezdrową, choć z wiekiem coraz mniejszą, sympatią), a zamartwiając się, czy wytrzymam w tureckiej głuszy. Do tego w nadmorskim tureckim upale (miało przecież być skwarnie i koszmarnie!).
Akyaka jawiła mi się jako towarzyska pustynia, turystyczny raj dla odludków, wielbicieli karmienia kaczek (w rzece Azmak pływa ich zresztą pokaźna gromada) i innych dziwolągów, którzy przyjechali tu szukać świętego spokoju albo Bóg wie czego. Celowo wybrałam się na wakacje w ciemno, nie tracąc czasu na wertowanie stron w poszukiwaniu wyczerpujących i zbędnych zarazem informacji – wystarczyła opinia paru znajomych, rekomendacje Skylar oraz zapierające dech fotki, które ukazały się po wpisaniu w wyszukiwarkę nazw miejscowości „Gökova” i „Akyaka”. Na żadnym ze zdjęć nie było ludzi…

Ku memu wielkiemu zaskoczeniu i pewnej jednak uldze, Akyaka nie okazała się wcale pustynią ani żadnym podejrzanym buszem. Nie przemknęła mi pod nogami jaszczurka ani inny gad, nie owinął się wokół łydki nieżyczliwy wąż, nie nadepnęłam niechcący na żadną nieszczęsną ropuchę (opowieści strwożonej uczennicy, która ostrzegała przed otaczającą zewsząd „dziką naturą” tamtejszych okolic).

 
Knajpy – powolna, zrelaksowana i uśmiechnięta obsługa. Brak naganiaczy. W końcu obecność na liście miast spod znaku CittaSlow do czegoś zobowiązuje.
Ulice – małe pieski. Szokujący kontrast ze Stambułem, miastem wielkich, leniwie wylegujących się na ulicach psiaków.
Spokojni, sympatyczni turyści, w większości Turcy. Sporo Brytyjczyków, rodzin z dziećmi. Malutkie centrum, atmosfera swojskiej miejscowości, gdzie każdy zna się z każdym. Segregacja śmieci. Czyste powietrze.
Urocze, małe knajpy, stambulskie ceny. Ludzie wychylający się wieczorami z balkonów swoich mieszkań, śpiewający do akompaniamentu muzyki z pobliskich barów. A w barach – rakı i cider, na śniadanie: Turkish Breakfast obok English Breakfast. Miejscowość mała, ale nie zaściankowa. Nawet Mojito w promocyjnej cenie – dwa drinki za jedyne 25 lira.
I te cykady.
I te palmy.


Ale przede wszystkim: rzeka. Może pobrzękują polskie sentymenty, może wspomnienia i tęsknota za rzeką dzieciństwa (nad którym od lat bywam tylko od wielkiego dzwonu) dają o sobie znać. Jedno jest pewne – zimna, rwąca, zacieniona rzeka Azmak zrobiła na mnie większe wrażenie niż pełna palm i słońca plaża Akyaki. Orzeźwiająca temperatura 15 stopni ponoć przez okrągły rok. Kaczki, gęsi, żółwie i ryby.
Żadnej ropuchy, ani jednej jaszczury.


Po sielskich anielskich wczasach w tureckich lasach wcale nie chce się wracać do miasta. Szczególnie, gdy jest nim Miejski Moloch i kontrast z turecką wsią spokojną aż bije po oczach. I tych rozgrzanych policzkach.
Nim się jednak obejrzymy, Beyoğlu niepostrzeżenie wessie ponownie w szaloną rutynę stambulskiego dnia codziennego. Aż do następnych wakacji, które… już za niecałe trzy tygodnie, zaraz po Ramadanie!



czwartek, 21 maja 2009

Alanya: mały raj turystyczny



Ale jak tu się nie zachwycać, skoro zachwyca? Na zdjęciu: plaża Kleopatry, pierwsi bladzi amatorzy słońca, gorący piasek. W tle: okręty pełne turystów




Atrakcje dzienne

Na początku trzeba wejść (opcja dla leniwych: wjechać) na wzgórze Kale, obowiązkowy punkt programu każdego szanującego się turysty. Ze wzgórza rozpościerają się widoki zapierające dech, a przynajmniej miłe dla oka.






Po Alanyi można oczywiście bez końca spacerować, pływać w turkusowej wodzie, wygrzewać się na słońcu oraz… jeździć na rowerze. Lokalne władze dbają najwyraźniej o tężyznę fizyczną mieszkańców i przejezdnych. Przechadzając się nadmorską promenadą napotkamy zgrupowania rowerów – chwytamy jeden, gnamy, póki starczy nam sił, następnie porzucamy pojazd w wyznaczonym miejscu, by mógł cieszyć się nim inny amator sportu. Mała lokalna inicjatywa, a cieszy. Rzecz nie do pomyślenia w Stambule.




Do atrakcji nadmorskich należy oczywiście łowienie ryb i innych stworzeń słonowodnych (na zdjęciu: stary człowiek i morze) …




… oraz rejs statkiem. Port aż pęka w szwach od ilości jachtów, łódek, łódeczek i niezliczonej ilości naganiaczy. Warto wybrać sprzęt i załogę wzbudzające zaufanie. Kapitan Serap kusił, zdrowy rozsądek podpowiadał jednak, że mógł to być rejs nie tyle udany, co ostatni…




Rozkoszowanie się urokami natury to także zachód słońca. Trudno o bardziej romantyczną scenerię sprzyjającą randkowaniu. W lewym dolnym rogu: para młodych alanijskich zakochanych, ukryta (nieudolnie) w ruinach czerwonej wieży.




Atrakcje nocne

Pamiętajmy, że Alanya to jednak przede wszystkim mekka nocnej, dyskotekowej, nastawionej na turystów rozrywki. Nawet przed sezonem może zakręcić się w głowie od dudniącej muzyki (zgadnijcie, jakiej), laserów i migoczących światełek portowych dyskotek. Aż strach pomyśleć, co będzie się działo za dwa miesiące!




ps. po tym wszystkim biuro ds. promocji miasta Alanya powinno mi coś zafundować ;)