Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 maja 2019

Wyspa dramatyczna



Jestem blogerką z szablonem wersja prosta super light, bo nie lubię jak mi co lata przed oczami albo mieni się nie wiadomo dlaczego. Ma być tekst i fotografia, najlepiej artystyczna. Dinozaur blogosfery, prawdziwy biały kruk. Oklaski.

Instagrama używam od lat niecałych trzech – czego spodziewać się po kimś, kto założył fejsbukowy fanpejdż bloga po prawie dekadzie pisarskich na nim uzewnętrznień. Mniej więcej w momencie, w którym okazało się, że fejsbuk jest passé.

W zaistniałej sytuacji nie wypada mi po raz kolejny prezentować wyspy w kolorach tęczy o smaku lodów owocowych. Nie będzie więc towarzyszących przy kotlecie kotków ani rzucających się na mnie na plaży piesków (dających znak, że należy udać się na ratunek delektującym się kąpielą właścicielom). Po pierwsze dlatego, że nie ogarniam takiego nagrywania w akcji (zanim wyciągnę z torebki telefon...). Poza tym wydaje mi się, że tysięczne zdjęcie czworonoga nikogo nie zainteresuje (wbrew temu, o czym świadczą kocie video-statystyki). Co zrobić, wychowałam się w czasach nieinternetowych.

Prezentuję w związku z powyższym dramatyczne ujęcia wyspy (wzbogacone foto filtrem o nazwie –jakżeby inaczej – dramatic), gdy ubiegłego tygodnia na kilka godzin zasnuły ją chmury (kot tym razem bez premedytacji).

  

piątek, 13 lipca 2018

Sezonowy ogórek




Życie to nie wczasy

Człowiek jedzie na wakacje – wreszcie! Siedzi na tych wczasach, a w tyle jego opalonej coraz bardziej głowy kołacze się coraz częściej myśl – nie wracam! Ten sam człowiek pod koniec turnusu zwija oczywiście manatki, powtarzając sobie, że przecież by tak nie mógł, a zresztą: kto tak w ogóle żyje? Wraca więc do szarej pogody, kredytów, open space, pogoni i korków. Od których podobno nie wariuje. Bo tak mają wszyscy, inaczej przecież nie można, a co najmniej – nie wypada. Z całą stanowczością: nie powinno się. Życie to nie wczasy.

A gdyby tak żyć życiem, od którego nie potrzeba ustalonej prawnie, 21 dniowej ucieczki… –  myśli sobie, gdy szef/pogoda/korki dają się po jakimś czasie we znaki. Że nie musi odkładać i odliczać. Żyć myślą o piątku. Czuć jak zaciska się na szyi niewidzialny węzeł poniedziałkowego poranka.
Czy musi?


Tak zwane wakacje

Tobie to dobrze, cały czas na wczasach! Naprawdę? Nawet wtedy, gdy jestem w pracy? Ale ci fajnie, urlopu brać nie musisz! Fakt – z tego, co się orientuję, wakacje bierze się dobrowolnie, nikt człowieka siłą na plażę nie zaciągnie. Ty to masz szczęście! Najwyraźniej złapałam je kiedyś za rogiem stambulskiej ulicy. W czepku urodzona!

Nie musiałam wcale nauczyć się „dziwacznego” języka – tak różnego od znanych nam romańskich, w którym mało co wydaje się – przynajmniej na początku – mieć sens. Nie jechałam sama, w nieznane, do kraju, w którym nie znałam nikogo i nie budowałam przez lata sieci kontaktów, grona znajomych – dotarli do mnie sami, jak pielgrzymi do Mekki, kiedy ja siedziałam sobie na piedestale. Nie użerałam z biurokracją, nie rozpracowywałam obcych kodów kulturowych, nie zderzyłam z całą masą nieporozumień – zamiast tego spadła mi z nieba turecka gwiazdka.

Brzmi strasznie? Nie dla mnie, bo ja to wszystko lubię.


Życie to przygoda

Jeśli lubisz zimę, jazdę samochodem, strukturę korporacji – świetnie, pruj przez śnieg do pracy! Gdy codziennie narzekasz na zimno, korki i wszystko w firmie – nie pomoże dwutygodniowa ucieczka od życia, podobnie jak desperacka decyzja o wyjeździe z nastawieniem, że nie trzeba będzie się narobić.

Narobić się trzeba wszędzie: i w europejskim kraju zasnutym mgłą i na południu, pod symboliczną palemką, która stanowi nagrodę za ciężki dzień w pracy, kilka stron dobrego tekstu, dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu. Dla kogoś, kto palemkę uważa za szczyt kiczu, nagrodą ona nie będzie.

Nie przepadam za górami. Uwielbiam wysokie szczyty w sąsiedztwie morza, ale nigdy nie czułam się dobrze otoczona wysokimi skalnymi formacjami – brakuje mi wtedy przestrzeni, powietrza. Kocham morze, ocean, wodę, wiatr, szum fal i cały ten bezkres, co nie znaczy, że nie mogę czasem odwiedzić gór. Przyjechać, zobaczyć, zachwycić się i wrócić. Tam, gdzie czuję się lepiej. Gdzie jestem bardziej „na wczasach” niż „za biurkiem w szarym boxie”.

* pojęcia typu wczasy, góry, morze, korporacja etc. są metaforyczne lub dosłowne, w zależności od osobistych preferencji Czytelników

środa, 30 maja 2018

Męczennicy i tatuaże



Taksówkarz oprowadzał w zeszłym tygodniu grupę 11 Polaków, tylko jedna osoba znała angielski, ale jakoś poszło – najtrudniej było z liczbami, a przecież kierowca rzuca nimi jak sztuczkami z rękawa. Tu poległo tylu, tam tylu, na tym wzgórzu zginęła liczba taka, za wzgórzem owaka… Acha, dlaczego? Bo ja też przewodnikiem turystycznym jestem, zapomniałem wspomnieć. Tu moja wizytówka. Za kurs płacicie mniej, choć licznik pokazał 40… Lubię Polaków. 

Polaków zdaje się darzyć sympatią także młody pracownik recepcji hotelu, który był w Gdańsku na Erasmusie. Oraz dwóch wiekowych panów cieszących się słonecznym dniem na niewygodnych, małych taboretach wystawionych przed lokalne biuro podróży. Skąd jesteście? Z Polski? Aaa… Wzdychają obaj. Okazuje się, że właściciel biura miał wiele lat temu ukochaną w… Gdańsku. Pisała do niego listy na różowej papeterii. Niestety, kontakt się urwał.

Historia miłosna w tle, ale przede wszystkim historia krwawa, i to na każdym kroku: zapisana na wzgórzu, widoczna wyraźnie z drugiego brzegu cieśniny. Wytłoczona na pocztówkach, namalowana na kubkach i talerzach dostępnych na zabytkowym targu, w jeszcze przedsezonowej cenie. Zwykle pod postacią żołnierza walczącego, padającego, podpierającego towarzysza walk lub wracającego z pola bitwy. Biuro podróży Truva (Troja) zaprasza na wycieczkę szlakiem walk i poległych. Lekko nie jest.

A wiecie, że nasza miejscowość aż w 78% głosowała w zeszłorocznym referendum na nie? Jako druga prowincja w kraju, zaraz po Tunceli – kontynuuje taksówkarz. Nie wiemy, ale krótka trasa na drugą stronę półwyspu to przyspieszona lekcja WOS i historii w jednym. Prom macie za dwie godziny, proponuję usiąść przy porcie i napić się herbaty. Çay, a to niespodzianka. Oczekiwania umila zabawa z dwoma szczeniakami (sprzedam za 10 lira – żartuje (?) właściciel kawiarni) i niespodziewana wizyta kolorowej grupy zmęczonych kolarzy. Obok niesportowa grupa dyskutuje z kolei o socjalizmie. I tak – wszyscy piją herbatę.

Wyspa wita chmurami, wiatrem i krajobrazem, który z promu, z widokiem na port, przypomina Szkocję. Jest za duża, a my jesteśmy na niej za krótko – mamy za mało czasu, a za dużo bez samochodu zdziałać tu nie można. Za, za, za… Siadamy więc w świeżutkim Gastronomi Atölyesi (podsłuchujemy, że wczoraj była niezła impreza z okazji otwarcia!) – przy stoliku obok narada: uwagi doświadczonych restauratorów. W lokalnych sklepach oliwne mydełka w połączeniu z kozim lub oślim mlekiem, duży wybór (wyglądających na dobre!) win w cenach zdecydowanie niestambulskich. Wczorajsza wycieczka na dużo mniejszą wyspę to z kolei raj dla miłośników tawern – aż mdli od błękitnego piękna morza, nieba i restauracyjnych dekoracji. Oraz pięknych ludzi – już nie błękitnych, ale za to wytatuowanych.

Po całej okolicy kręci się podejrzanie dużo wydzierganej młodzieży – portowe, uniwersyteckie miasto, może dlatego? Z jakiegoś powodu nawet na jednym z ramadanowych stoisk w innej, oddalonej o dwie godziny jazdy samochodem, miejscowości, można sobie zafundować tatuaż. Post, iftar, na prawo lody z koziego mleka, na lewo muzułmańskie różańce. To jak, kotwica na przedramieniu, młody człowieku?














niedziela, 28 lipca 2013

Zen nad Morzem Czarnym


Jeśli zmęczony wzrok błądzi tęsknie w poszukiwaniu skrawka zieleni…


…należy dać mu szansę na rekonwalescencję, traktując takimi oto widokami:


Stambuł odsłania swe uroki chętniej, gdy damy mu szansę zatęsknić.
To powiedziawszy, spakowała się w mały plecak i wyruszyła na trzydniowy podbój ukochanego Karadeniz (Morze Czarne).

Morze Czarne, fale marne

Gdzie te złowrogie fale, ukryte w morskich otchłaniach wiry? Cieszące się złą sławą Morze Czarne po raz kolejny okazało się spokojnym, grzecznym bratem Bałtyku. Fale, zimno, niebezpiecznie? Zaniepokojonym proponuję popluskać się w naszym rodzimym morzu, gdy pada i wieje, a temperatura wody nie przekracza 20 stopni. Po takim treningu płaska, niewzruszona tafla rozgrzanego Karadeniz okaże się brodzikiem z podgrzewaną wodą.

Wbrew reakcjom niektórych tureckich znajomych pływam zarówno w Morzu Marmara („a fu, brudno!”) jak i Morzu Czarnym („ojej, niebezpiecznie!”). Jeśli nie skacze się z klifu na główkę wprost na podwodne skały, do tego w ciągu burzy, wychodzi się z morskiej przygody w jednym kawałku. Bez potłuczeń ani innych obrażeń, co najwyżej po niechcianym spotkaniu z meduzą – zdarzyło mi się musnąć stopą, nie doznałam nigdy poparzeń.

A wieczorem – rakı i meze, meze i rakı. Może nie do białego rana, a do ostatniego gościa. Do tego nie wszędzie, bo… z okazji ramazanu niektóre knajpy alkoholu nie serwują. Nie ma tragedii, jest tylko strata właścicieli. Finansowa, ma się rozumieć.
Turecka anyżówka obowiązkowo na tle pretensjonalnego zachodu słońca.

środa, 1 maja 2013

Dom nad rozlewiskiem: wersja turecka, ulepszona

/z dedykacją dla Skylar/


Zabrzmi to jak niewybredny żart, a zaprawieni w boju śródziemnomorscy wczasowicze popukają się w opalone głowy, ale… Alanya to dla mnie na chwilę obecną wieś spokojna, wieś wesoła. W tureckim, nieco cieplejszym wydaniu.

Jedną z najpopularniejszych wakacyjnych destynacji odwiedziłam po raz pierwszy w maju, cztery lata temu. Spacery po skąpanej w słońcu promenadzie, wycieczka na wzgórze Kale, wygrzewanie bladego ciała na plaży Kleopatry, zbyt mocna Long Island Iced Tea. A wszystko to jeszcze przed turystyczną apokalipsą, bez depczących po piętach Rosjan, Niemców i Skandynawów oraz pokrzykujących z każdego sklepiku naganiaczy. Przestronne mieszkania z marmurowymi posadzkami za cenę stambulskich klitek ze ślepą kuchnią, tudzież cieknącym dachem. Podwórkowy basen, pięciominutowy spacer na plażę. Świeże warzywa i owoce z pobliskich wiosek – tak tanie i smaczne, że dieta sama zmienia się na zdrowszą, bez lamentów i poświęcenia.

Powrót do Stambułu przypłaciłam tygodniowym kryzysem. Pracowałam wówczas na przyspieszonych obrotach, co zapewne przyczyniło się do stanu lekkiej powakacyjnej nerwicy. Sielankowa wizja życia pod palemką wracała jak bumerang. W końcu trzeba się jednak było ogarnąć, zacisnąć zęby i wrócić do walki o przetrwanie w megametropolii. Co z oczu to i z serca, a wybrzeże śródziemnomorskie nie zając, wrócić przecież zawsze można…

Wielki wakacyjny come back nastąpił dopiero po czterech latach. Nie będę rozpisywać się o tym, jak to „czas szybko leci”. Chcę jedynie zaznaczyć, że mimo upływu lat Alanya nie zmieniła się, moim skromnym (i jakże mylnym) zdaniem, prawie wcale. Przybyło oczywiście betonu, ubyło zieleni. Jako uradowana turystka nie zauważyłam jednak zaniku natury na rzecz turystycznej koniunktury; o fakcie rozbudowy miejskiej tkanki zostałam poinformowana przez lokalnych starych wyjadaczy. Dla mnie Alanya to niezmiennie: świdrujący zapach jaśminu, oślepiający błękit nieba i różowe kwiatki, obowiązkowo za uchem – nieodłączny element pamiątkowych zdjęć z wakacji (jak one się nazywają…?).


Dr Jekyll and Mr Hyde

Alanijska wieś podobno zmienia się latem w turystyczną dżunglę. Nie było mi dane zobaczyć na własne oczy tej imponującej metamorfozy. Trochę żałuję, z czystej ciekawości. Nie dla mnie jednak spalona na skwarkę skóra, prysznic, który nie przynosi orzeźwienia, nastolatki skaczące na dyskotekowych stolikach w rytm hitów lata i przebojów z wakacji ubiegłych (których nie znam i znać pewnie nigdy nie będę). Stąd decyzja o turystycznym sezonie emeryckim – kwiecień czy maj to moim zdaniem pora wymarzona – na opalanie, na pływanie. Na konsumpcję drinków i odpoczywanie.

Kusi jednak, by poczuć choć przez chwilę słodko-gorzki klimat, dla którego z jakiegoś powodu uderzają do Alanyi tłumy spragnione czegoś, co w emeryckim kwietniu zapewne mnie omija. Jeszcze bardziej intryguje, kto przyjeżdża tu każdego lata. Czego szuka, do czego wraca? Czy aby tylko do mglistego wspomnienia romansu ubiegłego lata?

Ja wrócę pewnie za cztery lata do moich niemieckich emerytów opalających się nad piętnastometrowym, podwórkowym basenem.

Chyba, że... kader. Yapacak bir şey yok.

piątek, 12 czerwca 2009

Gorączka stambulskiego lata

Burgazada. Wyspa Książęca No.2
Niebiesko-turkusowa
Wbrew pozorom – wcale nie bezludna




Napastnik z wyspy atakuje
Pytanie do znawców: czy czerwone mocniej parzą?




Suadiye
Jak widać nie tylko na Bağdad Caddesi trudno o miejsce parkingowe




Cudze chwalicie, a swego nie znacie
„A my nawet w centrum miasta fajne plaże mamy”
Pan z niebieskim ręczniczkiem słońca się nie boi
Suadiye również. Nieco bliżej portu Bostancı. Widok na wyspy




Kolorowe jarmarki. Blaszane zegarki
Bazar w Örtaköy
Zapraszamy w każdą niedzielę
Chętnych, jak widać, nie brakuje
Mimo cen…




Haydarpaşa i tysiące minaretów
Zachód słońca w centrum Kadıköy
Czas wracać do domu