czwartek, 20 marca 2014

Polak, Turek, dwa bratanki?


Na wesoło

Siedem lat temu pierwszy (i jedyny) raz wybrałam się ze znajomymi do Polonezköy*. Ostatni przystanek, pętla autobusowa w Beykoz. I beztroskie: no, to teraz jakiś minibus i jesteśmy w domu! Mimo braku oficjalnych informacji na temat transportu do polskiej wioski oraz zignorowanych sugestii, ze trzeba jechać własnym wozem, rozejrzeliśmy się uważnie, pełni wiary w turecką kreatywność, która niejednego potrafi zaskoczyć.

Transportu nie było.

Taskówka? Studenci i wolontariusze wolą nie szaleć z wydatkami. A przejdźmy się na razie – oto myśl!
Po chwili wędrowaliśmy już gęsiego wzdłuż szosy, prawie jak do ziemi obiecanej. Wizja jedenastu kilometrów krętą drogą  nie przerażała, ale też specjalnie nie zachęcała.

Autostop! Co za pech, ze minęły nas trzy samochody na krzyż… Jednak czwarty… O tak, zatrzymuje się!
„Piechotą? Do Polonezköy?”. Kierowca z politowaniem łapie się za głowę. „Wsiadajcie!”
Po chwili pagórki leśne i łąki zielone mijamy już w tempie ekspresowym.
„To skąd jesteście?” - pada pierwsze, standardowe pytanie.
„Z Polski!” - odpowiadamy chórem na cztery głosy.
Kierowca rozwesela się.
„No, kto by pomyślał! Trafić w Stambule na grupę Polaków wędrujących sobie szosą do polskiej wioski. Ha, ha! Miło mi będzie Was podwieźć!” - przyspiesza z impetem.

Do Polonezköy dojeżdżamy w niecały kwadrans.


Na poważnie

O polskiej wiosce wie prawie każdy stambulczyk. O słynnych słowach „Poseł Lechistanu jeszcze nie przybył”, wypowiadanych podczas przedstawiania sułtanowi zagranicznych ambasadorów w czasie rozbiorów – niektórzy. O tym, że Adam Mickiewicz zmarł w Stambule, a jego dom w stulecie śmierci poety został przekształcony w muzeum – niewielu.

Co łączy dziś Polaków i Turków? Na ile są świadomi wspólnej historii? Rocznica dziewięćdziesięciolecia podpisania umowy o przyjaźni między II Rzeczpospolitą a Republiką Turecką i sześćsetlecie nawiązania stosunków dyplomatycznych między Rzecząpospolitą a Imperium Osmańskim stanowią doskonały do pretekst do zadawania tego typu pytań.

W najnowszym numerze kwartalnika „Herito” (numer ukaże się 7.04) intelektualiści z Turcji oraz Polski stawiają pytania o wspólne dziedzictwo, współczesne podobieństwa i przyszłość relacji Turcji i Europy, zaznaczając słusznie, że „(…) nasze myślenie o Turcji obciążone jest balastem mitologii narodowej z przełomu XIX i XX wieku.”
Tematy historyczne uzupełniają teksty poświęcone współczesnej kulturze byłego imperium oraz rozważania dotyczące edukacji nowego pokolenia. W piśmie znalazły się także reprodukcje prac – najczęściej nieznanych – tureckiej sztuki.

Ze względu na zainteresowania najbardziej przykuł moją uwagę rozdział „Świeckie czy święte? Tureckie i polskie dylematy”. Autorzy czterech esejów podkreślają, że nie sposób wypowiadać się o tożsamości narodowej zarówno Polski jak i Turcji abstrahując od religii, która „odgrywa ogromną rolę jako środek w mobilizacji politycznej i samoidentyfikacji zarówno jednostek, jak i całych wspólnot – zwłaszcza w sytuacji pogłębiającego się kryzysu i niepewności.” Cytując za menedżerem programu kulturalnego Turcja 2014 (Instytut Adama Mickiewicza): „Polska i Turcja są wciąż krajami poszukującymi – zarówno siebie samych, jak i autentycznej rzeczywistości politycznej i społecznej.”

Warto dodać, że w obu krajach z okazji tegorocznych obchodów mają miejsce liczne wystawy, pokazy filmów, koncerty. Od dwóch tygodni w muzeum Sakıp Sabancı oglądać można wystawę „Polska – Turcja 1414-2014. 600 lat stosunków dyplomatycznych i kulturalnych”. Muzeum Pera szykuje się na październik z przygotowaną przez warszawskie Muzeum Narodowe wystawą ukazującą polski orientalizm w malarstwie.
To tylko przykłady z długiej listy wydarzeń, które mają na celu prezentacje najbardziej wartościowych dokonań polskiej i tureckiej kultury. Po to, by zbliżyć do siebie oba środowiska artystyczne. By wzajemnie się poznać.


Na zakończenie

Nie muszę chyba dodawać, że do Polonezköy postanowiłam wybrać się ponownie w tym roku.
600 lat w końcu do czegoś zobowiązuje…

*Polonezköy (pol. Adampol) – polska wioska w Turcji, założona w poł. XIX w. Osada polskich emigrantów na obrzeżach Stambułu, położona po azjatyckiej stronie cieśniny Bosfor, w dystrykcie Beykoz na północny wschód od centrum metropolii. (za: Wikipedia)

_________________________________________________________________________________
Kwartalnik „Herito” (www.herito.pljest platformą do dyskusji nad ważnymi zagadnieniami z zakresu współczesnej kultury, dziedzictwa i sztuki. Punktem wyjścia dla rozważań jest region Europy Środkowej. Czasopismo jest cenionym uczestnikiem międzynarodowej debaty o kulturze. Wydawane jest w polsko-angielskiej wersji językowej.

Partnerem wydania jest Instytut Adama Mickiewicza. Numer „Herito” został wydany w ramach Programu kulturalnego obchodów 600-lecia polsko-tureckich stosunków dyplomatycznych 2014.

Autorzy tekstów w numerze: Adam Balcer, Tomasz Ciesielski, Hacer Topaktaş, Michał Jurecki, A. Halûk Dursun, Magdalena Piwocka, Piotr Nykiel, Beata Nykiel, Janusz Sepioł, Karol Bieniek, Hasan Ünal, Murat Belge, Hakan Yilmaz, Ayşe Çavdar, M. Özalp Birol, Ege Uluca Tumer, Janusz Smaza, Peter Michalík, Gündüz Vassaf.

środa, 12 lutego 2014

Jak zostać stambulskim hipsterem


1.
Sojowe mleko w trzech różnych wariantach, ryżowy chleb bezglutenowy („dlaczego nie ma go w dziale z pieczywem?”), elegancki słoiczek organicznego miodu. Nie mniej organiczne owoce i warzywa pachnące sadem zamiast szklarnią. Piwo belgijskie, wino argentyńskie. Na zagryzkę ser, jakżeby inaczej – francuski. Ani się obejrzeć a rachunek, nawet ze zniżką stałego klienta francuskiej sieci supermarketów, dobija do dwóch stów. Dla najbardziej wybrednych rezydentów dzielnicy Cihangir to jednak tyle, co bułka z masłem.
Organicznym, w wersji light.


2.
Niepozorna herbaciarnia przylegająca do meczetu Firuz Ağa ze swą mało skromną klientelą to doskonałe miejsce na po-zakupowy chill out. Zamiast kufla drogiego piwa można wychylić tu szklaneczkę taniej herbaty. Nie herbata jest jednak ważna, a to, kto przysiądzie się do stolika obok. Cierpliwość popłaca. Nie tylko w poszukiwaniu ryżowego chleba. Także podczas polowania na ulubionego reżysera.


3.
- Poproszę piwo z butelki.
Lokal pełen ekspatów, turystów i Erazmusów. Barman otwiera butelkę, sięga po szklankę.
- Dziękuję, nie trzeba, ja z butelki…
Nalewa, niezrażony.
- Muszę wlać do szklanki, taka polityka firmy.
Podaje trunek w turkusowym naczyniu przywołującym wspomnienie kubka na szczoteczkę do zębów.
Zerka na zegarek.
- Po ósmej wstęp pięć lira. Koncert jest. - dodaje, odwracając się na pięcie.
Na odchodne grupa backpackerów ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej rozprawia nad tym, która z pozycji na liście odhaczonych turystycznych destynacji jest bardziej „cool” – Stambuł czy… Belgia. Spór wydaje się trudny do rozstrzygnięcia.

4.
Bar po przeciwległej stronie Alei İstiklal. Prawie po sąsiedzku, niecałe pięć minut szybkiego marszu. Częściej niż angielski słychać tu francuski. Za koncert dopłacać nie trzeba. Wypada natomiast przyjść z własnym instrumentem muzycznym. Gitarą, harmonijką, tamburynem. Wtedy zagrać trzeba. Obowiązkowo.

- Mogłem wracać do domu bezpośrednio, postanowiłem jednak zahaczyć o Stambuł.
Muzyk-podróżnik opiera się nonszalancko o gitarę, wyczekując cierpliwie swojej kolejki na scenę.
- When you ask me „why Istanbuuul?”… - mocny francuski akcent zdradza pochodzenie wielbiciela sesji jammingowych - the first thing that comes to my mind is… „why nooot?”. – kończy enigmatycznie i zamawia kieliszek wina. Tureckiego.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Ćmy Barowe (vol.3): Taksim


Być na Taksimie i nie pójść do baru to tak jakby odwiedzić Stambuł i nie wybrać się na Taksim.
Albo iść do baru i nie napić piwa.
Summa summarum: wstyd i hańba. A przede wszystkim obraza Stambułu, krainy rakı i piwem Efes płynącej.

Jak za zboże
Statystyki barowe są dla Taksimu wyjątkowo łaskawe. Ilość przybytków serwujących alkohol wszelaki przyprawi o zawrót głowy nawet najmniej stroniących od wysokoprocentowych trunków. Dlatego… skupmy się lepiej na jakości.
Ceny drogiego jak zboże alkoholu skoczyły do sufitu wraz z nowym rokiem. Nawet w tanim, choć przyzwoitym barze Rock and Rolla za małe piwo zapłacimy teraz pięć lir. Cóż począć, skoro sklepowe pół litra marki Efes to koszt podobny. Nie ma co się oszukiwać, mydlić sobie oczu, powtarzać, że kısmet (tur.: przeznaczenie) i Wola Najwyższego. Nastał czas abstynencji, sklepowych promocji oraz… domowej produkcji (dla zdolnych i wtajemniczonych).
Jeśli mamy szczęście (w nieszczęściu) zaliczać się do turystów, ucieszy nas smutny los tureckiej liry, która w stosunku do polskiego złotego ma się coraz gorzej. Przelicznik 1,3 napawa optymizmem. Nawet w najdroższym stambulskim barze.
A jest takich sporo. Szczególnie na Taksimie, mekki naganiaczy i turystów.

Na bogato
Mało zaskakująca refleksja: najciekawsze bary chcą wyssać z kieszeni uzależnionych bywalców jak najwięcej gotówki.
Jest więc Balkon z uroczym widokiem na Bosfor oraz miłą, niezobowiązującą atmosferą nadmorskiej knajpy. Piąte piętro, a wydawałoby się, że usłyszymy zaraz szum oceanu… Zamiast tego umila nam wieczór muzyczny chill out z głośników i skrzeczące w oddali mewy. Wakacje w centrum piętnastomilionowego miasta. I Bosfor zamiast oceanu. Nie wypada narzekać.
Nieco bardziej „miejski” (jak nazwa zobowiązuje) bar Urban sąsiaduje z wielką, piękną ścianą uroczych artystycznych bazgrołów. Nad wąską uliczką, rozświetloną wielokolorowymi lampionami, zwisają swobodnie pędy winorośli. Na chodniku i przy ścianie, na krzesłach, pufach, poduszkach lub zimnym betonie, relaksują się zmęczeni stambulskim pędem młodzi, modni Turcy i wszechobecni w tych okolicach yabancı (obcokrajowcy).
Małe piwo, bagatela – dwanaście lir (cena anno domino 2013; podwyżka możliwa i – prawdopodobnie – nieunikniona).


Biednie, ale godnie
Zamiast małego piwa w perfidnie drogim barze można śmiało udać się do pobliskiego parku, nabywszy uprzednio trzy duże butelki tego samego trunku w zbliżonej cenie. W sobotni, letni wieczór, cihangirskie schody pełne są wylansowanych i przypadkowych bywalców, którzy podziwiają jeden z najpiękniejszym widoków zwariowanego miasta kontrastów i drogiego alkoholu. Zdecydowanie warto.

Niebezpiecznie
Niezależnie od tego, jak bardzo pragniesz skosztować lokalnych trunków, jak mocno spragnione twe gardło życzy sobie mrożonego Efes’a, jak wiele godzin spędziłeś drepcząc po wydeptanych przez backpackerów szlakach, bez kropli piwa czy wody – nie daj skusić się naganiaczom z nieznanych, szemranych barów, drogi turysto! Niech legendy na temat knajp bez menu, serwujących trunki „bezcenne” (dosłownie i w przenośni) będą dla ciebie przestrogą. Konsumpcja niewinnego piwa może okazać się bezwstydnie droga i brzemienna w skutkach. Przypadki skrajne, przypadki rzadkie… Strzeżonego wiadomo jednak, kto strzeże, dlatego… warto udać się do poleconej przez znajomych meyhane.
Skoro już przepłacać, to za turecką specjalność, rakı, i towarzyszące jej przystawki (meze).

Şerefe (na zdrowie)!



(dwie pierwsze części barowej trylogii: Ćmy Barowe (vol.1): Tytułem alkoholowego wstępu oraz Ćmy Barowe (vol.2): rakı is the answer).

wtorek, 14 stycznia 2014

Beykoz, czyli ryba i herbata


Jeszcze tam pojadę, nie ma się co spieszyć – myślisz sobie, leniwy człowieku, a tu siedem lat jak z bicza strzelił. Muzeum Archeologiczne nadal nieodwiedzone, szlaki na północ od Üsküdar nieprzetarte… To, że wielu lokalsów nie widziało nawet Bosforu, a jeszcze liczniejszej grupie obiboków nie chciało się przekroczyć murów pałacu Topkapı, stanowi marną wymówkę dla stambulczyka z wyboru. Trudno winić zimowe rozleniwienie – słoneczna, niemal wiosenna pogoda rozpuszcza mieszkańców i nastawionych na chłodniejsze powitanie turystów. Czas? Znajdzie się zawsze, a weekend przesunięty na poniedziałek tylko umila wycieczki. Bez deptania po piętach podróżuje się po Stambule dużo przyjemniej.



Beykoz. Ta zielona (jeszcze), pokaźnych rozmiarów dzielnica, leży na północnym wschodzie azjatyckiej części miasta; to tu Bosfor łączy się z Morzem Czarnym. Spacer z Paşabahçe (gdzie znajdowała się fabryka pięknych szklanych wyrobów tureckiej marki o tej samej nazwie) do Ortaçeşme chciałoby się uwieńczyć zasłużonym, pasującym do okoliczności posiłkiem. Nie wypada wyjechać z dzielnicy rybackich wiosek bez konsumpcji ryby! Po drodze setki kutrów, łodzi, małych rybnych knajpek, większych rybnych restauracji oraz… aile çay bahçesi. Rodzina (aile), herbata (çay) i ogród (bahçe) jakoś marnie się komponują z rybą. Spacer przedłuża się więc, bo o kombinację balık (ryba), İstanbul Boğazı (cieśnina Bosfor) i bira (piwo) w Beykozie „zor” (trudno), jak powiada sprzedawca sklepiku, w którym kupić można także piwo. Potwierdzają to zachwalający swoje rybne knajpy: „balık, kahve, cappucinooo…!”. „No… bez przesady” – myśli żołądek.



Za namową sklepikowego znawcy-sprzedawcy turystyczne nogi kierują się w stronę Anadolu Kavağı, małej rybackiej wioski położonej nad jedną z najwęższych części cieśniny. Pędzący wąskimi, malowniczymi dróżkami autobus miejski linii Kavacık-Anadolu Kavağı i jego wesoły kierowca-kamikadze dowożą bezpiecznie na miejsce. Turystyczny klimat wioski bije po oczach na dzień dobry: już na przystanku przedsiębiorczy taksówkarz zaprasza do swojego wozu, a parę metrów dalej… zaczyna się prawdziwa walka o klienta. Anadolu Kavağı bazuje na turystach i zawartości ich kieszeni, trudno więc dziwić się naganiaczom z prawie pustych o tej porze tygodnia (poniedziałek) i roku (mimo pogody jednak kalendarzowej zimy) knajp, którzy niemal biegną (!) za głodnym (inna opcja nie zostaje przewidziana) przyjezdnym, krzycząc słowo „ryba” we wszystkich językach świata.

Niekrzycząca i niebiegająca obsługa jednej z mniejszych restauracji zostaje nagrodzona obecnością ceniących sobie wolny wybór trzech polskich turystów, którzy po konsumpcji grillowanych kalmarów, małży, sałatki oraz piwa wiadomej marki udają się w ponad godzinną podróż powrotną promem. Bilet z Anadolu Kavağı do Eminönü: 15 lira (w obie strony: 25), wrażenia z podróży: bezcenne.


  

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Apetycznego dwa tysiące czternastego



Stambuł to gastronomiczny zawrót głowy, turecka kuchnia w pigułce. Długa i smaczna wyliczanka dla spragnionych kulinarnych doznań. Misz masz smaków i zapachów potraw z siedmiu regionów kraju. Uczta o każdej porze dnia i na każdą kieszeń.

Małe knajpki z domowym jedzeniem, gdzie właściciele witają się z klientami jak z przyjaciółmi. Wielkie śniadania z kilkoma rodzajami białych serów, oliwek i hektolitrami mocnej herbaty. Lokanta, turecki odpowiednik baru mlecznego, raczej nie dla jaroszy: zamiast naleśników i leniwych znajdziemy tu wiele mięsnych potraw, w tym osławione tureckie kebaby. Stoły uginające się wieczorami pod ciężarem meze, przystawek na zimno i ciepło, oraz rakı, tureckiej anyżówki. Uliczno-gastronomiczny zawrót głowy: ryż z ciecierzycą i kurczakiem, prażone kasztany, obwarzanki, ociekające lukrem słodycze. A to tylko początek wyliczanki dla spragnionych kulinarnych doznań…


O stambulskim jedzeniu piszę w styczniowym wydaniu magazynu VOYAGE.
Już dawno po świętach, można więc bez wyrzutów sumienia zafundować sobie turecką ucztę… Życzę miłej lektury. I smacznego w nowym, 2014 roku.


czwartek, 3 października 2013

Błękitny Meczet kontra Ulica Barowa



Stambulskie frustracje

Sultanahmet Camii

Rozglądasz się wokół i myślisz: dywan jest, jaki być powinien, lampki nastrojowe, kafelki niczego sobie. Minaretów aż sześć. Ochów i achów jednak brak.
Skąd ten chłód uczuć? Jeśli widziało się w życiu niejeden meczet, Błękitny nie powali na kolana. Tym bardziej, gdy obskoczyliśmy też stambulskie Süleymaniye, Yeni Camii, meczety w dzielnicy Eyüp, Fatih, Ortaköy… Możemy cierpieć wówczas na pewnego rodzaju architektoniczny, minaretowy przesyt. Nie ustawiajmy meczetowi Sultanahmet poprzeczki zbyt wysoko – ot, jedna z wielu stambulskich atrakcji, a nie siódmy cud świata. Zdroworozsądkowe nastawienie uprzyjemni zwiedzanie.


Stygmat turysty

Nie dadzą nam spokoju. Jak w każdym masowo odwiedzanym wielkim mieście pracownicy knajp i sklepów z pamiątkami zapraszają, zagadują, zachwalają. Im bardziej turystyczna okolica, tym większe ryzyko nagabywania. nie do końca więc niemiła niespodzianka, raczej nieuniknione doświadczenie.

Mieszkamy w Stambule od lat? Żadne tłumaczenia nie pomogą, jeśli snujemy się po turystycznie utartych szlakach, a tureckość nam z oczu nie patrzy. Stambuł mówi introwertykom stanowcze NIE.

Jak żyć, jak sobie radzić? To oczywiście, że w zagłębiach turystycznych jest zwykle drożej. Nie dziwią próby naciągania, zawyżania cen, niewielkich finansowych machlojek (nie zamawialiśmy wody, która widnieje na rachunku?). Goście, którym zachciało się masochistycznej wyprawy w okolice Błękitnego Meczetu latem, w dodatku w czasie weekendu, muszą sobie radzić sami. Na Taksim w sobotni wieczór wyciągnąć nas może jedynie powalająca na kolana promocja ulubionych drinków. Letnia niedzielna wyprawa na Wyspy Książęce to samobójstwo – prom przypomina nagrzaną puszkę z sardynkami, a spacer po wyspie – dreptanie w gęsim stadzie.


Stambulskie niespodzianki


Kız Kulesi

Widok na słynną wieżę z brzegu azjatyckiej dzielnicy Üsküdar. Pufy pokrywające betonowe schody niejedno już przeżyły; upływający czas odebrał im jednak tylko nieco urody, nie wygodę.
Wspomniane schody to wielka, tania kawiarnia na świeżym powietrzu. Herbata lub puszka coli – najczęściej zamawiane napoje. Alkoholu brak. Jest za to prażony słonecznik, zachwalany przez (często małoletnich) sprzedawców, którzy krążą niestrudzenie między podziwiającymi zachód słońca stambulczykami i turystami. Nikt nie pogania, nie wyprasza. Nawet, gdy dawno już ujrzeliśmy dno szklaneczki zamówionej herbaty. Tylko nowo przybyli amatorzy romantycznych wieczorów mogą rzucać niecierpliwe spojrzenia, jeśli wolnych miejsc brak. A zdarza się.
Zachód słońca ze słonecznikiem w dłoni i z Kız Kulesi w tle obowiązkowym punktem programu.


Ulica Barowa

Z konserwatywnego Üsküdar ruszamy do skrajnie odmiennej dzielnicy Kadıköy. Położone rzut beretem od siebie (łatwy i szybki dojazd dolmuşem), a różne jak woda i ogień (lub ayran i Efes).
Wiem… wielu turystów powie: nic specjalnego, na Beyoğlu są ciekawe architektonicznie budynki, a tu to jakaś taka komuna. Wiem, że radykalni turyści rzekną: nie ruszamy się z okolic Błękitnego Meczetu. A ekspaci-świeżynki nie przepadają, bo orientalistyczne ciągotki silniejsze są od prawdy. A prawda jest taka, że… Turcja to też zwykłe budynki, zwykli ludzie i zwykłe, fajne bary.

Pamiętam jak dziś pierwsze dni pobytu w Kayseri, milionowym mieście położonym w centralnej Anatolii. Gdzie te „tureckie” knajpy z „turecką” muzyką, gdzie nargile i ayran z metalowych mis? Gdzież podziały się słynne tureckie dywany ścielące podłogi tradycyjnych domostw? W skansenie, moi drodzy, w skansenie. Dla fanów kilimów, glinianych cudeniek i „niepowtarzalnej, orientalnej atmosfery” jest położona niecałą godzinę od miasta, nastawiona na turystów Kapadocja. Dla mieszkańców miasta – są i kilimy i nargile, a i owszem. Kayseri to jednak nie türkü evi, a prężnie rozwijające się miasto, którego młodzież lubi jeść fast food i snuć się po centrach handlowych. Łzy i smuteczek? Cóż, globalizacja. McDonald’s dotarł do Turcji lata świetlne temu i ma się tu równie dobrze jak sąsiadujący z nim Starbuck’s.

Wracając do barów z Ulicy Barowej, o których pisałam szerzej TUTAJ – nie znajdują się może w budynkach w stylu art nouveau z początku ubiegłego stulecia, wąsaci muzykanci nie przygrywają tu smętnie na bağlamie, jest za to nieodzowne Efes o średnio imponującym smaku i stali bywalcy – w 90% mieszkańcy dzielnicy spragnieni piwa, nie turyści spragnieni „tureckości”.

środa, 25 września 2013

We used to share the same love for grey

Stambulskie odcienie szarości.

Przewrotnie, bo dziś słońce, błękit nieba i 23 stopnie w cieniu.
Ale - jak mawiają lokalsi - czuć już powiew zimy na karku...

Mewy nad przystanią promów Karaköy, gdzie nie żałuje im się rybnych kolacji.

Święta a'la Turka.

Stambuł się buduje. Eyüp.

I nie spocznie, póki kilkudziesięciopiętrowe wieże nie pokryją całej miejskiej przestrzeni. Beyoğlu.

Okupowana przez turystów wieża Galata.

Znoszone buty za znośną cenę. Vintage shop, Cihangir.

Zabytkowa przystań promów, Moda.

Bazgroły Beyoğlu. Nie do wyplenienia. Do patrzenia i podziwiania.

Most Galata i to, co na moście robi się na co dzień: połów ryb, które jemy potem w lokalnych knajpach lub kupowanych na ulicach bułkach za 6 lira.

Most Galata i to, co na moście robi się na co dzień: zdjęcia.

Księżycowy krajobraz skalistych plaż nad Morzem Czarnym.

Melancholijny krajobraz widziany z europejskiego brzegu (Bebek): spowita mgłą strona azjatycka. 

Caddebostan. Ryby z wyższej półki.