środa, 1 maja 2013

Dom nad rozlewiskiem: wersja turecka, ulepszona

/z dedykacją dla Skylar/


Zabrzmi to jak niewybredny żart, a zaprawieni w boju śródziemnomorscy wczasowicze popukają się w opalone głowy, ale… Alanya to dla mnie na chwilę obecną wieś spokojna, wieś wesoła. W tureckim, nieco cieplejszym wydaniu.

Jedną z najpopularniejszych wakacyjnych destynacji odwiedziłam po raz pierwszy w maju, cztery lata temu. Spacery po skąpanej w słońcu promenadzie, wycieczka na wzgórze Kale, wygrzewanie bladego ciała na plaży Kleopatry, zbyt mocna Long Island Iced Tea. A wszystko to jeszcze przed turystyczną apokalipsą, bez depczących po piętach Rosjan, Niemców i Skandynawów oraz pokrzykujących z każdego sklepiku naganiaczy. Przestronne mieszkania z marmurowymi posadzkami za cenę stambulskich klitek ze ślepą kuchnią, tudzież cieknącym dachem. Podwórkowy basen, pięciominutowy spacer na plażę. Świeże warzywa i owoce z pobliskich wiosek – tak tanie i smaczne, że dieta sama zmienia się na zdrowszą, bez lamentów i poświęcenia.

Powrót do Stambułu przypłaciłam tygodniowym kryzysem. Pracowałam wówczas na przyspieszonych obrotach, co zapewne przyczyniło się do stanu lekkiej powakacyjnej nerwicy. Sielankowa wizja życia pod palemką wracała jak bumerang. W końcu trzeba się jednak było ogarnąć, zacisnąć zęby i wrócić do walki o przetrwanie w megametropolii. Co z oczu to i z serca, a wybrzeże śródziemnomorskie nie zając, wrócić przecież zawsze można…

Wielki wakacyjny come back nastąpił dopiero po czterech latach. Nie będę rozpisywać się o tym, jak to „czas szybko leci”. Chcę jedynie zaznaczyć, że mimo upływu lat Alanya nie zmieniła się, moim skromnym (i jakże mylnym) zdaniem, prawie wcale. Przybyło oczywiście betonu, ubyło zieleni. Jako uradowana turystka nie zauważyłam jednak zaniku natury na rzecz turystycznej koniunktury; o fakcie rozbudowy miejskiej tkanki zostałam poinformowana przez lokalnych starych wyjadaczy. Dla mnie Alanya to niezmiennie: świdrujący zapach jaśminu, oślepiający błękit nieba i różowe kwiatki, obowiązkowo za uchem – nieodłączny element pamiątkowych zdjęć z wakacji (jak one się nazywają…?).


Dr Jekyll and Mr Hyde

Alanijska wieś podobno zmienia się latem w turystyczną dżunglę. Nie było mi dane zobaczyć na własne oczy tej imponującej metamorfozy. Trochę żałuję, z czystej ciekawości. Nie dla mnie jednak spalona na skwarkę skóra, prysznic, który nie przynosi orzeźwienia, nastolatki skaczące na dyskotekowych stolikach w rytm hitów lata i przebojów z wakacji ubiegłych (których nie znam i znać pewnie nigdy nie będę). Stąd decyzja o turystycznym sezonie emeryckim – kwiecień czy maj to moim zdaniem pora wymarzona – na opalanie, na pływanie. Na konsumpcję drinków i odpoczywanie.

Kusi jednak, by poczuć choć przez chwilę słodko-gorzki klimat, dla którego z jakiegoś powodu uderzają do Alanyi tłumy spragnione czegoś, co w emeryckim kwietniu zapewne mnie omija. Jeszcze bardziej intryguje, kto przyjeżdża tu każdego lata. Czego szuka, do czego wraca? Czy aby tylko do mglistego wspomnienia romansu ubiegłego lata?

Ja wrócę pewnie za cztery lata do moich niemieckich emerytów opalających się nad piętnastometrowym, podwórkowym basenem.

Chyba, że... kaderYapacak bir şey yok.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Ćmy Barowe (vol.2): rakı is the answer


Można ją kochać albo z jeszcze większą pasją jej nienawidzić. Nie ma mowy o mieszanych uczuciach. Lwie mleko, turecki odpowiednik ouzo, wódka anyżowa. Zwał jak zwał – rakı to nie tylko 45 procentowy turecki trunek narodowy. Rakı to instytucja.

U mnie zaczęło się od nienawiści. Szczerej i wieloletniej. Od samego zapachu robiło mi się słabo. Pamiętam pierwszy węch i pierwszą myśl – anyż, a fuj! Podejrzane podobieństwo do znienawidzonego ouzo, którego szklaneczkę sączyłam z grzeczności (poczęstowana przez miłą panią rezydentkę) na wakacjach w Grecji. Wzdrygałam się na samą myśl o przymusowej konsumpcji („No weź, spróbuj choć łyczek! Na pewno w końcu się przekonasz…”). Pierwszy i zwykle ostatni haust powodował grymas twarzy, dreszcze i zarzekania, że „już nigdy więcej”.

Aż tu pewnego razu, przez nikogo nie proszona, nie namawiana i nie besztana, wiedziona intuicją zamówiłam szklaneczkę, którą opróżniłam do dna, bez zbędnych histerii i grymasów. Jak widać nawrócenie na rakı jest możliwe nawet po czterech latach wyrażanej konsekwentnie niechęci. Kader (przeznaczenie).


Mleko dla odważnych mężczyzn

Słowo rakı pochodzi z arabskiego – araq oznacza w tym języku… pocenie się, które ma podobno odnosić się do skraplania zachodzącego w czasie procesu destylacji trunku. Przy piciu rakı można się też nieźle napocić.

Rakı zwie się lwim mlekiem (aslan sütü) – do szklanki wlewa się alkohol (rakı pojedyńcza: tek lub podwójna: duble) i dodaje zwykle zimną wodę. Powstaje mieszanka w kolorze mętnej bieli – barwy lwiego mleka, najwyraźniej… Potem już tylko lód, wedle uznania – i do dzieła. A raczej picia.

Rakı produkowana jest z winogron (Tekirdağ Rakısı) lub rodzynek (najpopularniejsza w Turcji Yeni Rakı). Zdecydowanie bardziej oldskulowa musi być aż 50 procentowa Kulüp Rakısı („normalna” rakı ma 45 procent). Albo rakı z fig, spożywana głównie na południu Turcji.


Przy stole rakı

...oczywiście pije się i je, ale też gada i wymyśla plany, najambitniejsze z ambitnych. Stół ugina się od zimnych i gorących przystawek (meze), a język nie nadąża za przychodzącymi do głowy z prędkością światła genialnymi pomysłami biesiadników. Fantasmagoriom przyklaskują zgodnie wszyscy, logiczne myślenie pozostało przecież za drzwiami wejściowymi do meyhane.

Rakı piję rzadko i czuję się po niej świetnie. Nie wiem, czy dzięki odpowiedniemu towarzystwu, instynktowi samozachowawczemu i względnemu umiarowi (ostrzeżenia tureckich znajomych: „z rakı trzeba uważać, to nie jest ZWYKŁY alkohol”, w tym uwaga przerażonej uczennicy, która, widząc, jak piję rakı bez jedzenia, prawie wyrwała mi szklankę z ręki: „Hocam, tak nie można!”), odpowiedniej konsumpcji meze, czy raczej temu, że na koniec nie zamawiam nigdy… piwa. Tak, drodzy państwo, jakby picia i jedzenia było mało, wielu bywalców meyhane na koniec takiej wielkiej uczty musi rakı zapić piwem. I stara mądrość ludowa (pijemy coraz mocniejsze trunki, nigdy odwrotnie) bierze w łeb.
Ach te różnice kulturowe.


czwartek, 21 marca 2013

Mutluluk


We wtorek obejrzałam film Glück (Szczęście). Wczoraj obchodzony był (tak sobie szacowna ONZ w ubiegłym roku wymyśliła) Międzynarodowy Dzień Szczęścia. Dziś postanowiłam na lekcji o szczęściu porozmawiać.
Teraz aż prosi się o tym nieszczęsnym szczęściu napisać.

Jak koncepcja szczęścia ma się do szerokości geograficznej? Czy średnio zamożnym mieszkańcom średnio zamożnych krajów południowych żyje się przyjemniej niż zimnokrwistym obywatelom Europy Północnej (którzy mają wymiernie więcej powodów do radości – choćby tych natury finansowej)? Czy brak słońca przyczynia się do braku szczęścia? Jak ma się do tego zamożność obywateli? Religia?

Zgodnie z opublikowanym niedawno raportem Tureckiego Instytutu Statystycznego (2012 Life Satisfaction Statistics) 61 procent społeczeństwa jest bardzo szczęśliwa, a 29 procent –  szczęśliwa. Tylko co dziesiąty Turek uważa się za nieszczęśliwca, a 76 procent (!) z nadzieją spogląda w przyszłość.
Jak na kraj na dorobku – rewelacja!
Skąd tyle radości? Może stąd, że to najwyraźniej nie pieniądze dają szczęście tureckim obywatelom. Potrzebne jest, banalnie, zdrowie (70.8 proc.). Na drugim, odległym miejscu, znajduje się miłość (13,8 proc.). Sukces i pieniądze – gdzieś na szarym końcu.

Co innego mieli na ten temat do powiedzenia uczniowie.
„Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby odebrano nam trochę godzin pracy, a dodano nieco do pensji.” Turecki tydzień pracy wynosi teoretycznie 45 godzin. W praktyce rzadko zdarza się, by ktokolwiek harował poniżej 50. Na porządku dziennym są tak zwane soboty „półpracujące” (8-12, 10-16 – w zależności od fantazji szefa) lub sześciodniowy tydzień pracy. Dlatego tak bardzo lubię swoje pracujące niedziele – Taksim przeżywa wtedy oblężenie powodujące palpitacje serca, z przyjemnością siedzę sobie wtedy w szkolnej twierdzy. Co ciekawe i do dziś budzące moje zdziwienie – większość Turków uważa się za leniwych. W jakiejkolwiek dyskusji na temat stereotypów, negatywnych narodowych cech, słyszę: „jesteśmy leniwi.” Pytam wtedy – jak wasze rzekome lenistwo przekłada się na 50-60 godzinny tydzień pracy? Chwila ciszy. „Pracujemy może więcej niż Europa Zachodnia, ale za to nieefektywnie.” Potakiwania. Czy możecie wyjść z biura po ośmiu godzinach efektywnej pracy? – kolejne pytanie. Śmiech. „Nie no, gdzież…” Nie uważacie w takim razie, że to błędne koło? Zdajecie sobie sprawę, że bezpłatne nadgodziny są obowiązkowe, pracujecie więc nieefektywnie, bo ponad 10 godzin efektywnej pracy to czysty masochizm? Cisza. Zaskakujący samokrytycyzm.

„Tempo życia i korki sprawiają, że ludzie są tu nieszczęśliwi.” Temat korków sprawia, że nie mogę powstrzymać się od komentarza na temat wzrastającej liczby samochodów, ukrywając swe intencje poprzez porównanie Polski i Niemiec (przeczytałam niedawno, że mamy podobno więcej samochodów niż nasz zamożny zachodni sąsiad; Niemcy przesiadają się ochoczo do komunikacji miejskiej oraz… na rowery). Skoro wszyscy do tego pękającego w szwach Stambułu walą drzwiami i oknami, miasto magicznie się nie rozrasta, a każdy stambulczyk chce mieć przynajmniej jeden samochód… nie należy się dziwić, że dojazd z punktu A, zwanego domem, do punktu B, zwanego znienawidzonym biurem, zajmuje w godzinach szczytu półtorej godziny zamiast wymarzonych trzech kwadransów. Stambulczyku, przesiądź się do metrobusa! – ciśnie się na usta, gdy… przypominamy sobie naszą ostatnią podróż wspomnianym środkiem komunikacji miejskiej, kiedy to przywarci twarzą do okna odliczaliśmy sekundy do kolejnego przystanku. Większość nie może sobie pozwolić na swobodę w wyborze miejsca zamieszkania czy też względną swobodę w wyborze miejsca pracy, toteż stwierdzenia typu „Od lat mam do pracy nie więcej niż kwadrans piechotą” lub „Ze środków komunikacji miejskiej wybieram zwykle prom, bo widoczki ładne, a ja lubię robić zdjęcia” zostałyby (słusznie zresztą) uznane za oznakę chamstwa. Staram się unikać jakichkolwiek odpowiedzi na pytania z serii życie prywatne, dopiero przyparta do muru wyduszam z siebie: no, ja tu za rogiem sobie rezyduję. Chcieli wiedzieć, to mają.

No i ta wolność. A raczej jej brak. Coś o presji rodziny, parę słów o presji w pracy, po chwili jeden z bardziej charyzmatycznych (mówiąc eufemistycznie) uczniów zaczyna antyreligijną tyradę na temat „wolności od religii” i szczęścia, która nie do końca (sądząc po minach) przypada do gustu większości. Minęło czterdzieści minut, żegnam się więc serdecznie, licząc na to, że „charyzmatyczny” uczeń nie znajdzie się nigdy w mojej grupie. Tyle wystarczy mi do względnego szczęścia. Wolność od irytujących indywiduów.

I może jeszcze pierwszy dzień wiosny.

piątek, 1 lutego 2013

Ćmy Barowe (vol.1): Tytułem alkoholowego wstępu


"Witajcie w klubie". Nawiązanie do filmu Kaybedenler Kulübü (Klub Przegranych), którego akcja toczy się min. w jednym z barów na Kadife Sokak


Barowe potwory w najlepszym barze przy barze

Jest takie miejsce po azjatyckiej stronie miasta, którego nie trzeba przedstawiać. Którego nie sposób pominąć. Którego nie wypada ignorować. Na rogu kina REXX nogi same skręcają w prawo. Nieproszone kroczą bezwiednie w oświetlony kuszącymi światełkami zaułek. Ćmy Barowe suną zahipnotyzowane w kierunku pulsujących świateł, wibrujących dźwięków, lgną zwartą masą do rozlewanego szczodrze piwa Efes. W piątkowy wieczór, w sobotnią noc. W dzień wolny od pracy i w dzień roboczy. Ćma Barowa jest tu zawsze i od zawsze. Ćma Barowa nie wybiera.

Sławetna lokalizacja, pozornie tylko niepozorna, znajduje się – jakżeby inaczej – w dzielnicy Kadıköy i zwie oficjalnie/administracyjnie: Kadife Sokak (ulica Aksamitowa). Jej nazwa nieoficjalna mówi sama za siebie: Ulica Barowa (Bar Sokak).

Bar i Aksamit, połączenie niemal poetyckie.


Jak łatwo się domyślić, nazwa nieoficjalna pochodzi od lokali, które na ulicy Aksamitowej się rozpleniły i plenią po dziś dzień. Barowa wyliczanka jest doprawdy imponująca: Teacher's, Bardan Adam, Zincir, Lal, Dunia, Trip, Hera, Buddha Bar, Karga, Arkaoda, İncir, Kahve Bahane, Ağapia, İsis, Masal Evi, Karin, Liman Kahvesi. Z pewnością niejeden przybytek alkoholizmu i barowej kultury nieopatrznie w tym miejscu pominęłam.



Karga. Bezdyskusyjnie najlepszy stambulski bar. Świetny wystrój, doskonała muzyka. Obsługa – ani nachalna, ani nieuprzejma. Słowem, idealna. Bywalcy intrygujący i nienagabujący. Do tego kominek ze skwierczącym drwem. Nawet najbardziej wybredna Ćma Barowa czuje się tu jak ryba w wodzie. Ułomności? Karga to niekoniecznie knajpa na letnie, upalne wieczory – ogródek jest mały i ciasny, upchany po brzegi palaczami. Paskudni nałogowcy, a fuj.

W Kardze usiąść należy przy barze. To świetny punkt obserwacyjny Ćmy, doskonały barowy panoptikon. Młody, profesjonalny, pracowity barman nie zagada i nie wysłucha naszych żali, dosiąść się jednak mogą (i zwykle to właśnie czynią) stambulskie osobowości i osobliwości.

Człowiek od Sera. Wchodzi do baru krokiem charyzmatycznym, nie mniej charyzmatycznym ruchem odgarnia długi, kręcony włos i poprawia klapy sztruksowej marynarki. Zamawia wielki talerz apetycznych serów, których nie raczy nawet tknąć. Leżą więc smętnie te drogie, smaczne mleczne produkty, wołają o konsumpcję, krzyczą o degustację, płaczą o uwagę. Człowiek od Sera siedzi jednak niewzruszony serowymi żalami i pretensjami. Pogrążony w lekturze, spowity aurą tajemniczości, łypie tylko od czasu do czasu na siedzących w pobliżu towarzyszy barowej niedoli. A kiedy w końcu odzywa się, wszystkim Ćmom przychodzi do głowy myśl jedna: lepiej, żeby już jadł te swoje sery.


Człowiek otwierający pistacje (jeśli nie potrafimy samodzielnie poradzić sobie z perfidną łupinką).
Człowiek bawiący się szklaną kulą ze sztucznym śniegiem (która nie należy do niego).
Człowiek z małpą (gdy brakuje nam w życiu rozrywek z upiornego cyrku rodem).
Człowiek od niczego i do niczego (który nie posiada żadnych cech szczególnych ani niecodziennych zwyczajów i stanowi jedno wielkie rozczarowanie wieczoru).


piątek, 18 stycznia 2013

Stambulsko-ekspatowych stosunków towarzyskich odmiana przez przypadki, czyli wpis wielce niepoważny

"Myślę, że jest tu doprawdy pięknie" - napis w toalecie jednego z popularnych barów na Taksimie, chętnie odwiedzanego przez ekspatów


MIANOWNIK
Kto? Ekspaci.
Co (robią)? Szukają.

DOPEŁNIACZ
Kogo?
Bratniej duszy.
Cierpliwego słuchacza ekspatowych wynurzeń, zrzędzeń i narzekań.
Partnera atrakcyjnego fizycznie i/lub intelektualnie (niepotrzebne skreślić).
Czego?
Motylków w brzuchu.
Ukojenia skołatanych nerwów.
Rozrywki na sobotni wieczór.

CELOWNIK
Komu? Każdemu (kto ośmieli się wyjść do ludzi).
Czemu? Bo Stambuł wyciąga z domu
oraz
wciąga w wir aktywności i rozrywek wszelkiej maści.

BIERNIK
Kogo? Wrobić w płacenie rachunku.
Co? (zamówić) Spaghetti z homarem w restauracji 360.
Podwójną porcję.
Jako przystawkę.

NARZĘDNIK
Z kim (się wychodzi?) Z towarzyszami stambulskiej doli i niedoli.
Z czym? (do ludzi?) Przeważnie z tą samą nudną gadką na temat „tymczasowego” bezrobocia, tudzież (równie, jeśli nie bardziej nudnej) posady nauczyciela języka angielskiego.

MIEJSCOWNIK
O kim? O czym? (się rozmawia):
Ze świeżynkami: o pięknie zachodu słońca nad Bosforem, Wielkim Bazarze, Błękitnym Meczecie. Oraz nauce języka angielskiego.
Z ekspatami zaprawionymi w boju: o tym, jak unikać świeżynek. Oraz rozmów na temat nauki języka angielskiego.
Łamanym tureckim lub nieco mniej kaleczonym (w zależności od nacji) angielskim.
O (ooo…!) czyli tak zwany wołacz
Randka w ciemno
oraz
Nie-randka, która, dziwnym zbiegiem okoliczności / mocą Tureckiego Przeznaczenia, okazała się randką.
Ze skutkiem równie niepożądanym.

wtorek, 15 stycznia 2013

Pewnego razu w Anatolii




Pewnego razu w Anatolii... spadł śnieg.

Przepowiadana od tygodni zawierucha. Nadchodzące nieubłaganie zimowe katharsis. Sądny dzień śnieżny.
Dzięki ogłaszanej wszem i wobec pogodowej anomalii Stambulczycy mieli przynajmniej dość czasu na przygotowanie się do nadejścia końca: zimowe przetwory, potem już tylko zimowy sen.

W stanie zimowej hibernacji pozostać można bez większych wyrzutów sumienia. Wraz z pierwszymi śnieżnymi płatkami na nieboskłonie zamykane są szkoły, instytucje publiczne oraz najbardziej empatyczne firmy prywatne. Makabryczne korki uniemożliwiają przedostanie się z jednego końca miasta na drugi. Paraliż miasta – lepszej wymówki nie trzeba.

Spacer po oblodzonym, pagórkowatym (jakby nie było – położonym na siedmiu wzgórzach!) Stambule należy do sportów ekstremalnych. Nieliczni szaleńcy próbują wytrwale pedałować. Nie tylko wychodzą więc ze swych bezpiecznych kryjówek, wspinają po śliskich zboczach, potykają, ale wsiadają na dwukołowe pojazdy, stanowiące zagrożenie dla uczestników ruchu drogowego podczas najzwyczajniejszych nawet warunków pogodowych.
Z różnym skutkiem.






poniedziałek, 7 stycznia 2013

Nowy Rok, czyli Happy Christmas



– Dlaczego wracasz z Polski tak wcześnie, zamiast zostać z rodziną na święta?
– Ale ja mam lot dopiero 29-go…
– No właśnie…?
Co roku ta sama śpiewka, jak zdarta turecka płyta: 31 grudnia to nie święta.

A zresztą, co za różnica…



Nieliczni Turcy, spragnieni świątecznych tradycji (czy też: żądni prezentów i dekoracji), obdarowują się upominkami ostatniego dnia roku. Każdy pretekst do świętowania i nieokiełznanej konsumpcji jest dobry, a migoczące światełka i pocieszny Mikołaj motywują do zakupoholizmu ze zdwojoną mocą. Jakby nie było, Święty nasz Mikołaj urodził się w Antalyi, śródziemnomorskim kurorcie doskonale znanym polskim turystom...

Trudno dziwić się, że niektórzy życzą sobie Wesołych w Sylwestra. W Stambule co roku przybywa świątecznych, czyli noworocznych dekoracji – tych do kupienia w sklepach i tych owijających latarnie, oplątujących budynki i sklepowe witryny. W cukierniach roi się od świątecznych ciasteczek pod postacią choinek, prezentów, radosnych reniferków. Po sąsiedzku z baklawą.
Aleja İstiklal świeci, migocze, mieni się, pulsuje. Przechodnie pozują do zdjęć przed świąteczną „bombką” jednego z operatorów telefonii komórkowej: kolorowy bałwan uwięziony w plastikowej kuli i wirujący wokół niego sztuczny śnieg kontrastują z mało zimową stambulską aurą.

Piątkowe popołudnie, 10 stopni na plusie. Stambulczycy odziani jak na początek stycznia przystało – w zimowe kurtki i ciężkie kożuchy. Prom z Kabataş na Kadıköy, temperatura pomieszczenia: około 30 stopni, czyli zdecydowanie powyżej pokojowej. Przydałaby się klimatyzacja zamiast ogrzewania.
Po chwili korytarz przemierza energicznie wysoki, dobrze zbudowany sprzedawca napojów – bynajmniej nie chłodzących: „Salep, sıcak saleeep!” (salep, gorący salep). Tak jakby zgrillowanym podróżnym do szczęścia potrzebny był właśnie parujący, lepki, słodki, posypany zwykle cynamonem napar ze storczyka. Pychota.
Po chwili na ekranie telewizora pojawia się prognoza pogody – na sobotę zapowiadane są... opady śniegu.
I nagle wszystko staje się jasne…