Lato a nie lato. Szaro, parno, duszno, zaraz potem wietrznie i niemal jesiennie rześko. Długo wyczekiwana stambulska wiosna, czyli w marcu jak w garncu do czerwca włącznie.
W pracy stagnacja, zawieszenie. Podejrzaną, rzadko tu występującą ciszę, przerywają tylko dochodzące z oddali grzmoty – zapowiedź ulewnego katharsis.
İstiklal przyjemnie wyludniony, kilometrową trasę można pokonać niemal w linii prostej, z wyłączoną czujnością: bez lawirowania i nieuniknionych zwykle poszturchiwań. Ulga od tłumów – bezcenny luksus.
Zrywa się wichura, zaczyna padać, słychać dochodzące z oddali grzmoty. Nad Azją burza – dotrze nastronę europejską czy łaskawie ominie niepewną swej konstrukcji, poplątaną zabudowę Beyoğlu?
Uliczny zbieracz złomu i staroci jakby nigdy nic pcha swój zdezelowany wózek pełen niechcianych skarbów. Sprzedawcy wyrastają jak grzyby po deszczu, zaczyna się walka: kto sprzeda więcej plastikowych parasolek made in china? Dostępne wszystkie barwy tęczy w odcieniach fluorescencyjnych.
Prognoza na weekend: zapowiadane opady i burze. Wspaniały pretekst do ucieczki ze Stambułu – niech Atatürk'ü Anma Gençlikve SporBayramı (dzień młodzieży i sportu) świętuje się na majówce poza miastem…!
Postradałam w końcu zmysły, czy kościół Świętego Antoniego zagrał okolicznościową melodyjkę na cześć zwycięstwa drużyny Galatasaray? Nowy futbolowy mistrz Turcji zyskał aprobatę największego kościoła katolickiego na Beyoğlu? Stambuł zadziwia non stop…
Ponieważ piłka nożna (w ogóle, nie tylko turecka) obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg w Ankarze, nie jest mi dane odczuwać powszechnego dreszczyku futbolowych emocji. Wszechobecne ochy i achy, do bólu szczere zachwyty nad ukochanymi drużynami, nerwowe obgryzanie paznokci i pełne zawodu jęki, gdy „nasi” przegrywają, przekleństwa oraz złorzeczenie przeciwnikom – ani mnie to ziębi, ani grzeje, co najwyżej dziwi, czasem tylko lekko niepokoi. Turecka piłka nożna, a raczej towarzysząca jej kultura kibicowania, może jednak zachwycić nawet wybitnych futbolowych ignorantów, do których się zaliczam.
Opustoszałaby budynek, który do tej pory straszył tylko swoimi po-pożarowymi pozostałościami, okazał się dziś (powstałym chwilowo na potrzeby meczu?) barem przyjaznym fanom drużyny G. Na wprost wielkiej plazmy, która zawisła godnie na jednej ze ścian knajpy-widma, usadowiła się wygodnie czerwono-żółta gromada zaangażowanych kibiców niedoszłego jeszcze wówczas mistrza. Dziesięciominutowa przerwa na luncho-kolację minęła mi więc na obserwacji zahipnotyzowanych fanów i wychylających się z pobliskich balkonów sąsiadów. Kibice popijali grzecznie swoje nie tak wcale liczne piwka oraz napoje bezalkoholowe; nikt nie wstawał, nikt nie rzucał butelkami, nikt nawet nie rzucał specjalnie mięsem (mogłam co prawda nie dosłyszeć lub nie zrozumieć). Pełna synchronizacja strojów, motywujących ukochaną drużynę okrzyków i... po prostu – pełna kulturka.
Co działo się po meczu – nie wiem i wiedzieć nie chcę; prawdopodobnie dowiemy się z jutrzejszej prasy, czy są ofiary w ludziach i tym podobnych. Po zwycięstwie Galatasaray fani drużyny – sąsiedzi śledzący mecz w pobliskiej piekarni – wyszli odstrojeni na ulicę odśpiewać pieśń na cześć mistrza. Energii na śpiewy, tańce i gwizdy starczyło im tylko na pół godziny. Potem w tle słychać było już tylko co jakiś czas klaksony przejeżdżających gdzieś daleko aut. Wszystko wróciło do normy, czyli – zaczęła się impreza pop a la turca z Serdarem O. w roli głównej.
Chyba wolę już ekspresyjność futbolowych fanatyków…
Sobotnich wieczorów nie spędzam wcale w pobliskich, dudniących od hałasu klubach, w rytmach wątpliwego uroku muzyki pop (których w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody i tak bym nie odwiedziła). Niedziela, dzień ponoć święty, należy zwykle do najbardziej pracowitych. Kaganek oświaty nie może przecież nieść się sam. Po niemal roku spędzonym na Taksimie przyznaję, że ów, wydawałoby się, godzien współczucia system pracy, jest dla mnie istnym zbawieniem. Weekend na Beyoğlu to szalone piątkowe i sobotnie wieczory oraz niedzielna pielgrzymka sunących w zwolnionym tempie tubylców i zagranicznych turystów. Tak, niezidentyfikowana masa ludzkich istnień spragnionych rozrywki wszelkiej maści to coś, czego w coraz bardziej przytłoczonym centrum miasta należy unikać. Choćby siedząc sobie w pracy…
Tak się bawi Beyoğlu
[urocza reklama lokalnej wódki: imprezy na Taksimie z grą słów w roli głównej – nazwy odnoszą się do różnych stambulskich lokalizacji]
Ucieczka przed İstiklalową masą stanowi nie lada wyzwanie, jeśli spędzamy na Alei 90% naszego cennego czasu: w pracy, w drodze do pracy… w drodze z pracy… na lunchu ze współpracownikami… na wieczornym piwie lub kolacji ze znajomymi… na zakupach…
Taksim zimą a Taksim latem to dwie różne bajki – łatwo domyślić się, której przyklaskuję, a która spędza mi sen z powiek (przenośnie i dosłownie – średnio trzy wieczory w tygodniu echem niosą się bowiem przeboje Serdara Ortaça i jemu podobnych). Od kwietnia Stambuł przeżywa małe turystyczne oblężenie – zapowiedź zbliżającego się nieuchronnie… Wielkiego Letniego Najazdu.
Im niżej, tym lepiej
Gdyby tak uciec z energo-ssącego İstiklalu na pobliski Cihangir! Odciąć się od turystycznego ula, napawać widokiem na barokowy meczet Nusretiye ze skrawkiem Bosforu w tle (najlepiej widokiem z własnego salonu…). Zupełnie inna jakość życia...
…adekwatna do cen wynajmu, bynajmniej nie zachęcających. Wąskie uliczki, odrestaurowane domy, przyjemne (i, co za tym idzie, często nieprzyjemnie drogie) knajpy, zieleń, centralna lokalizacja. Raj? Wart swojej ceny, do tego niebezpiecznie często słychać tu angielski. Nie ma co się oszukiwać – na Beyoğlu od dawna nie ma już dziewiczych, nie odkrytych lądów...
Lepszy chyba zielony i drogi Cihangir niż stosunkowo droga, zalewana przez turystów Galata, do której mimo wszystko mam ogromną słabość, i na której nigdy (z powodu cen, ale przede wszystkich wspomnianych tłumów) nie będzie mi dane zamieszkać.
Pewnego listopadowego poranka, przemierzając w półśnie/półjawie swoją wąską uliczkę, przebudziłam się na widok wyrosłej mi przed oczami okazałej budowli. Kto wymienił swojską ruinę na ekskluzywny apartamentowiec? Wystarczył pracowity weekend (wracam wtedy do domu zmordowana, patrząc uważnie pod nogi, żeby nie potknąć się ze zmęczenia) aby przegapić tajemniczą, i (mimo wszystko jednak) podejrzaną metamorfozę betonowego straszydła?
Wiertła wiercą, młotki stukają, gwoździe się wbijają. Buldożery burzą a sypiący się tynk kurzy. Beyoğlu przeżywa renowację totalną. Niekiedy na granicy średnio kontrolowanej demolki. Niepokojąca architektura Beyoğlu może zachwycać, może też przyprawiać o dreszcze. Niepewne swej konstrukcji chybotliwe domki i trzymające się ich kurczowo balkony są zarazem piękne i straszne. Niektóre z bardzo teraz zaniedbanych zabytkowych domów, porosłe mchem, otulone bluszczem, straszą brakiem lokatorów, coraz bardziej chyląc się ku (dosłownemu i metaforycznemu) upadkowi. Beyoğlu przechodzi więc przyspieszoną transformację. Wypasione rezydencje last-minute z czynszami do sufitu nie czekają pewnie długo na chętnych. Nawet jeśli pod ich fasadą nadal kryje się… architektoniczne straszydło.
O ile faktycznej renowacji historycznych budynków (nierzadko zaniedbanych ruder) można tylko przyklasnąć, o tyle niektóre z pomysłów władz miasta (architektów? urbanistów?) przyprawiają stambulczyków o palpitacje serca. Podobno o gustach się nie dyskutuje, trudno jednak nie zadumać się nad takim oto kwiatkiem, na siłę udoskonaloną perełką architektury… wątpliwej w tej chwili urody:
Centrum handlowe Demirören na wielu fotografiach prezentuje się zacnie. Bywalcy Alei İstiklal mogą jednak na własne oczy przekonać się, w jaki sposób kontrowersyjna rozbudowa starego budynku przyczyniła się do jego wątpliwego upiększenia. Cóż, rachunek ekonomiczny wydaje się dziecinnie prosty: więcej pięter i większa przestrzeń to więcej sklepów, a co za tym idzie – więcej wpływów. Demirören „wychodzi” więc z równego rzędu sąsiadujących budynków, „wypełza” swoim bezowatym jestestwem. Śnieżna biel i złotopodobne dekoracje biją po oczach oślepionych kiczem przechodniów. Pociesza jedynie fakt, że twórcom centrum utarły trochę nosa tłumy turystów i zakupoholików, które z ciuchowych atrakcji upodobały sobie raczej… pobliski kilkupiętrowy outlet Mango.
„Dlaczego nie opisuje pan melancholii ulic Stambułu zalanych deszczem?”
Orhan Pamuk, Czarna Księga
„Nie wiem, czego chcę, ale wiem, czego nie chcę”.
Mam ochotę odpowiadać w podobnym stylu na zadawane mi po raz miliardowy pytanie: „Dlaczego Stambuł?” (jaka praca, takie pytania i... takie życie stambulskiego ekspata).
Nie wiem, „o co chodzi z tym całym Stambułem”.
Wiem natomiast „o co nie chodzi”. A przynajmniej nie tylko.
Nie chodzi o malowniczy Bosfor.
Fotogeniczne wschody i zachody z Błękitnym Meczetem w tle.
Melodyjne zawodzenie muezzina.
Egzotyczne przyprawy z Bazaru Egipskiego.
Baśnie 1001 nocy oraz 1000 innych pocztówkowych atrakcji.
Kınalıada, jedna ze stambulskich Wysp Książęcych.
Wakacyjni amatorzy opalenizny i morskich kąpieli zadowalają się łatwo dostępną plażą tuż obok przystani promów.
Jakie tajemnice skrywa Kınalıada "po drugiej stronie wzgórza", do zobaczenia na zdjęciach poniżej.
Oto, gdzie dotrzeć potrafią ciekawscy polscy turyści...
Placyk zabaw... dla wyspowych duchów?
I na przełaj...
...i przez chaszcze...
...nieustraszeni, mimo złowrogiego ujadania skrywających się za krzaczorami bestii...
...docierają w końcu do raju...
...gdzie lazur wody i błękit nieba...
...piwo Efes orzeźwiające jak w reklamie...
...a leżaczki, choć niewygodne, to za to oldskulowe (i po 5 lira)
Wersja lux po "właściwej" stronie wyspy - dla wygodnickich
ps. post jest wynikiem tęsknoty za latem, słońcem oraz stambulskim lenistwem. już tylko trzy miesiące... byle do wiosny!
Słoneczne wtorkowe popołudnie. Siedzimy z przyjaciółką na wprost wieży Galata, na zewnątrz przemiłego (i przedrogiego) pubu, popijając zimny Efes (odpoczynek, na jaki zasłużyłyśmy sobie naszą ciężką, wytrwałą pracą). Rozmawiamy, obserwujemy i komentujemy (na granicy obgadywania) przemykających nam przed nosami ludzi; głównie podekscytowanych i/lub zagubionych turystów.
Skończyły się właśnie lekcje, naszym oczom ukazują się zatem tłumy matek (tradycyjnych, z chustami na głowach) i ich pociechy w wieku szkolnym. Co ciekawe (albo i nie – nie znam się na aktualnych trendach tureckiej mody dziecięcej), wszystkie (słownie: WSZYSTKIE) dziewczęta ubrane są we wszelkie możliwe odcienie różu. Od stópki po główki. A troskliwe mamy dzierżą w dłoniach (lub zarzucają na ramiona) sklonowane plecaki ‘Barbie’ należące do ich landrynkowych córek.
Różowy balast
Proszę nie odebrać powyższych słów jako atak na róż. Barwa ta nie należy co prawda do moich ulubionych, nie dyskryminuję jednak żadnych kolorów, a latem i mi zdarza się wakacyjnie z agresywnym różem całkiem nieźle przedobrzyć.
A i byle Barbie w dzieciństwie nie pogardziłam…
Tak to jednak bywa, że niewinny z pozoru róż miewa niebezpieczne konotacje.
Pembe metrobüs
… czyli różowy metrobus*, przeznaczony tylko i wyłącznie dla kobiet (by nie czuły się niewygodnie podróżując w towarzystwie mężczyzn) to nierealistyczny (oby) pomysł Saadet Partisi – notabene, Partii Szczęśliwości. Partia Szczęśliwości ma więc na uwadze szczęście płci pięknej i pragnie chronić ją przed męskim złem. Maşallah!