czwartek, 11 grudnia 2014

Stambulski kocioł i co dalej


Nietypowy stambulski wieczór, czyli zero stopni i śnieżyca. Przyjaciółka utknęła na lotnisku w egzotycznym kraju, miała zostać na noc, tymczasem spędzi ją chyba w samolocie. Nagła zmiana planów, czyli turecka norma. Nie namyślając się długo dołączam do grupy znajomych, którzy rozgościli się już na dobre w pobliskim barze. Zimne piwo? Pomysł wydaje się w taką pogodę co najmniej ekstrawagancki. Grzanego w Turcji oczywiście nie uświadczysz. Ewentualnie ciepłe, przesłodzone wino.

Kto by się jednak brał za parujące miodowo-goździkowe przysmaki, skoro w barze upały rodem z tropików? Wystarczy spadek temperatury poniżej dziesięciu stopni Celsjusza, a buch gorącego powietrza w budynkach wszelakich gwarantowany.

Do stolika obok dosiada się przemarznięty blondyn z gitarą. Pyta o zapalniczkę. Francuz. Siedzący obok Turek, Belg, Polka i Angielka tłumaczą chłopcu, że w Turcji się teraz w barach nie pali, trzeba wyjść grzecznie na zewnątrz. No, chyba że barman pozwoli. Pytanie do barmana. Postawny mężczyzna mruga okiem, przynosi papierowy kubeczek. Innymi słowy: barman pozwala.

Międzynarodowe grono przyjaciół czuje się teraz w obowiązku zapytać kurtuazyjnie, skąd (choć wiadomo, że z Francji), po co (choć oczywiste, że w celach turystycznych) oraz dlaczego (bo Stambuł to leżąca na dwóch kontynentach, konieczna do odhaczenia przez szanującego się travellera, perełka). Pytają więc, na co Francuz, skręcając zręcznie zdrowego, organicznego papierosa, z pięknym francuskim akcentem, odpowiada: Why Istanbuuul…? If you ask me this question, I can only answer…why nooot?

***

Osiem lat w Turcji i ciągle te same pytania. Dlaczego Turcja? Dlaczego Stambuł?
Nie od rodziny i polskich przyjaciół, których ciekawość została już dawno zaspokojona. Od nowych tureckich znajomych. Zdarza się, że czytelników bloga. Czasem spotykanych w Stambule turystów z Polski.

Po milion sto pięćdziesiątym pytaniu przychodzi bunt, a może po prostu zwyczajny mętlik w głowie. Zmęczenie materiału. Zniecierpliwienie. Zaczyna się wtedy odpowiadać pytaniem: Dlaczego Turcja? Dlaczego Stambuł?
A dlaczego nie?

***

Jest to oczywiście zmyłka, ucieczka, unik i zwykła bezczelność. Każdy kulturalny człowiek wie, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie. Kulturalny człowiek może odpowiedzieć raczej:

Bo w tym szalonym mieście w zimową noc może spotkać się przypadkiem pięć osób z pięciu różnych krajów.
Bo śnieżna zawierucha to pogodowy ewenement – zima jest tu zdecydowanie na plusie, co najwyżej powieje i popada.
Bo barman mruga okiem i pozwala palić. Bo wiadomo, że nic nie wiadomo. Są zasady, a jednak ich nie ma.
Są niespodzianki, i to raczej te z kategorii dobrych. Szczególnie ludzie zaskakują pozytywnie. Bezinteresowną pomocą. I ciągle czymś częstują. I komplementują (nawet, jeśli komplement ten brzmi: ojej, przytyłaś, ale Ty zawsze świetnie wyglądasz, teraz nawet jeszcze lepiej!).

***
A nieco poważniej.

Niektórzy lubią podróżować. Innym podróżowanie nie wystarcza. Okazuje się, że nie chodzi o te dwa tygodnie letnich wczasów, a bycie gdzieś indziej, doświadczanie innego. W innych okolicznościach przyrody, pod inną szerokością geograficzną. Na co dzień, nie od święta.

Moja pierwsza zagraniczna podróż to szkolna wymiana ze Szwecją, prehistoryczne czasy podstawówki. Nie do Sztokholmu bynajmniej, ale mniejszej miejscowości, dużo dalej na północ. Pamiętam jak dziś szok kulturowy po powrocie do Polski. I płacz za równymi chodnikami Szwecji.

Potem Niemcy, Włochy, Szwajcaria… itp., itd. Bułgaria, Grecja – kilkakrotnie. Im więcej podróżniczych punktów na mapie, tym bardziej ciągnie na południe. I raczej na wschód. Taka trochę zawstydzająca fascynacja Orientem połączona z upodobaniem do słonecznej pogody. No, ale ciągle ta Europa. Do wymarzonych w czasach liceum Indii nigdy nie docieram. O Skandynawii dawno już zapomniałam.

Ale oto nagły zwrot akcji, z Grecji do Turcji. Niby przypadek, wymiana międzynarodowa, seminarium, choć, wiadomo: przypadkom trzeba pomagać. Pomagam więc swojemu, i to bardzo. Przytakuję entuzjastycznie na niecodzienną propozycję studentów z leżącego w środkowej Anatolii miasta Kayseri. Stolicy tureckich dywanów. Rzut beretem od księżycowej Kapadocji. Projekt ośmiomiesięcznego wolontariatu (praca w biurze międzynarodowym lokalnego uniwersytetu) wydaje się nagle świetnym pomysłem. Rekompensatą Erasmusa (za późno się te wymiany u mnie na uczelni zaczęły) i wspaniałą okazją do podróży po olbrzymim kraju, o którym wiem tyle, co nic. A który, jak się okazuje, ma siedem bardzo różniących się od siebie regionów, dostęp do kilku mórz, wiele jezior, pasm górskich oraz niesamowicie zróżnicowany klimat i krajobraz. Kayseri, w samym środku tego olbrzyma, jak na życzenie. Będzie co zwiedzać – zacieram ręce i odliczam miesiące do wyjazdu.

***

Środkowa Anatolia okazuje się „lekcją życia”: przede wszystkim kompromisów i samodzielności. Pochłaniam turecki (który jeszcze wtedy wydaje się dziecinnie prosty), zaczynam jeść czerwone mięso. Poznaję ciekawych ludzi, poznaję ludzi dziwnych. Fotografuję, chodzę do uniwersyteckiego atelier kleić jakieś mozaiki. Tylko dywanu nie udaje mi się wypleść, bo leciwy „mistrz”, którego odwiedzam w pracowni, śmieje mi się w twarz i mówi: dziecko, jaki dywan? ty wiesz, jakie to trudne?
Pracuję, podróżuję. Odhaczam na mapie kolejne odwiedzone miasta.
Nie ma wśród nich Stambułu.

Bo Stambuł jest na deser. Bo wiadomo, że jak tam pojadę, to utknę na dobre. Bo o Stambule wiem już niemal wszystko. Wiem też, że wpadnę jak przysłowiowa śliwka.

***

Przez Stambuł wracam do Polski. Miasto robi na mnie ogromne wrażenie. Spędzam w nim dwa dni. Tak na dobry początek, mówię sobie w myślach.
Po wakacjach nad wspaniałym Bałtykiem zmuszam się do ślęczenia nad nieco mniej wspaniałą pracą magisterską, którą zostawiłam sobie „na później”. Bo przecież nie ucieknie. Pogoda wcale nie pomaga: zamiast polskiej złotej jesieni polska jesienna plucha, a potem, zgodnie z kalendarzowym planem, zima. A ja zimy bardzo nie lubię.

W lutym jestem w Turcji ponownie. Po obronie, w trakcie rocznego studium podyplomowego, z kolejnym unijnym mini projektem, na stażu w międzynarodowej organizacji zajmującej się prawami człowieka. Z jedną walizką i bardzo dobrą energią. Bo jednak ten Stambuł. Co z tego, że zima.

***

Uparcie przekonuję turystów, żeby ruszyli się poza oklepane stambulskie ścieżki. Wyrwali choć na chwilę z zaklętego, przewodnikowego kręgu Błękitnego Meczetu i Krytego Bazaru, wykreowanego na potrzeby spragnionych orientalnych smaczków turystów. Zobaczą wtedy skąpo ubrane Turczynki pijące piwo w letnie popołudnie, a nie tylko te fajki wodne, kilimy czy legendarną jabłkową herbatę, której nikt w Turcji nie pije. Nawet, jeśli to ich pierwszy pobyt w Stambule, który trwa tylko weekend.

Jest to oczywiście niemożliwe. I bardzo nie fair – dobrze pamiętam, jak brakowało mi w Kayseri „autentyczności” czyli tego Orientu właśnie ;) W centrum więcej było knajp McDonald's niż palarni nargile z „typowymi” dywanami i pufami. Naliczyłam ich może ze trzy – tyle samo, co centrów handlowych. Mnożyły się za to jak grzyby po deszczu w Kapadocji, ku uciesze turystów właśnie.

***

Stambuł to niewiarygodnych rozmiarów zbiorowisko miast, miasteczek i wsi. Państwo w państwie. Gdzie tradycyjne herbaciarnie przeplatają się z czynnymi do ostatniego klienta barami. Gdzie dzielnica spokojna, rodzinna, zielona, sąsiaduje z głośną, rozrywkową. Gdzie każdego roku przybywają nowi mieszkańcy – ci z różnych zakątków kraju, i, coraz chętniej, różnych zakątków świata. Centrum? Jakie centrum? Jest ich tyle, co samych dzielnic.

Łatwo pogubić się w gąszczu obco brzmiących nazw i plątaninie ulic. Misz-maszu tradycji z nowoczesnością, biedy z niesamowitym bogactwem.
Dlatego lubię ten kocioł. Choć i tak ciągle marzy mi się… Nowy Jork ;)


Post powstał w ramach listopadowego projektu Klubu Polek na Obczyźnie pod nazwą Moja HistoriaRozsiane po całym świecie Polki (oraz Piotr:) opowiadają w nim swoje emigracyjne historie. Inspirujące, zabawne, czasem wzruszające – zapraszam do lektury!

10 komentarzy:

skylar pisze...

Ależ piękny wpis! Co jak co ale u Ciebie byłam tego tematu bardzo ciekawa!
ps. fajne zdjęcie ;)

mor cadı pisze...

zdjęcie made by Skylar Ahududuk :) dzięki!!!

agra pisze...

Fajny wpis. Ja wolę szwedzki spokój. Ta Det Lugnt. Gdzie byłaś w Szwecji?

Aga Szv pisze...

Fajna historia :)

mor cadı pisze...

miasteczko Sollefteå. fajny blog, zaraz sobie odświeżę wspomnienia ;)
mi też chyba coraz bliżej do świętego spokoju, moje postrzeganie Stambułu zmieniło się w ciągu 8 lat, to na pewno... :)

dziękuję za komentarze :)

agra pisze...

Sollefteå??? Haha... mieszkam w Kramfors... 4 mile czyli 40km od Sollefteå ;) noooo to rzeczywiscie zawedrowalas daleeeeko na polnoc...

mor cadı pisze...

haha świetny zbieg okoliczności!

był chyba październik, pamiętam piękne kolorowe drzewa, złotą jesień...i te domki.. i klopsiki (same klisze;) i zdziwienie, że w Polsce chodzi się do lasu na grzyby... :P

agra pisze...

Niezly zbieg... wrecz zbiegowisko. Oooo tak kolory jesieni sa tu piekne. Choc jesien jest raczej chlodniasta. Domki tosa w cale Szwecji i klopsiki czyli köttbullar tez. A na grzyby oni tez chadzaja ale na kantareller czyli kurki albo na trattkantareller, takie male czarne kurki, niepozorne ale jaki smak i zamach po ususzeniu. Mums.

Anonimowy pisze...

Proszę zdjąć reklamę poczytajki.pl oraz książki. Zamówiłam książkę o Turcji w listopadzie, teraz jest koniec grudnia, ani książki, ani pieniędzy nie widać???
Pozdrawiam Alicja R.

mor cadı pisze...

naprawdę bardzo mi przykro, nie mamy niestety (ja i współautorka) od jakiegoś czasu żadnego kontaktu z wydawcą...
reklamę zdejmuję.
pozdrawiam serdecznie.