czwartek, 30 czerwca 2011

10 powodów, dla których warto poślubić (a przynajmniej polubić) tureckiego mężczyznę


1. Turecki mężczyzna jest w większości przypadków brunetem o ciemnej karnacji i głębi czarnych oczu (zaleta to co prawda wątpliwa dla wielbicieli typu skandynawskiego).

2. Turecki mężczyzna adoruje z przyzwyczajenia. Przez dobre wychowanie. Przyuczony w procesie socjalizacji pierwotnej i wtórnej. Jego szarmanckość nie oznacza koniecznie, że pała gorącym uczuciem i szarpią nim namiętne porywy serca. Adoruje płeć piękną, bo taka jego dola i rola (ku ogromnej radości koleżanek, znacznie mniejszej – ich mężczyzn).

3. Turecki mężczyzna obrotnym i zaradnym jest, a honor to jego drugie imię. Nie będzie mazgaił się i smęcił, tylko weźmie szybko w garść, a i nami potrząśnie. Obroni przed innymi (niechcianymi rzecz jasna) absztyfikantami. Nie pozwoli na szarganie reputacji płci pięknej oraz swojego dobrego imienia.

4. Turecki mężczyzna ma tendencję do tańczenia i/lub śpiewania. Przeważnie z nienajgorszym rezultatem.

5. Turecki mężczyzna mówi po turecku (pod warunkiem, że nie chce za wszelką cenę ćwiczyć z nami swojego angielskiego). Stanowi to niewątpliwą zaletę tylko wtedy, gdy wsłuchiwanie się w melodię tego języka sprawia nam przyjemność. A powinno!

6. Turecki mężczyzna nie szaleje z alkoholem. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że pije wręcz mniej od nas. W skrajnych przypadkach może oczywiście dojść do tego, że zaleta ta przekształci się w olbrzymią wadę, która przekreśli z kretesem naszą przyszłość z tureckim mężczyzną i jego abstynenckim widzimisię.

7. Turecki mężczyzna nie będzie nieśmiało i wstydliwie czaił się pół roku, by zaprosić nas na randkę. Nie będzie też leniwie czekał na tak zwany pierwszy krok ze strony kobiety. Przyznajmy, że – nawet w skrajnych przypadkach – lepszy bezczelny macho niż wygodnicka albo zażenowana pierdoła.

8. Turecki mężczyzna i jego wrodzony romantyzm/sentymentalizm/sielskość-anielskość sprawią, że poczujemy się jak do harlekina żywcem wzięte. Mydlenie oczu na najwyższym poziomie i z najlepszymi efektami!

9. Turecki mężczyzna umie i lubi gotować.

10. Przy odpowiednim poziomie determinacji poślubić tureckiego mężczyznę warto choćby dla samego tylko obywatelstwa. Tym, którym „Ne mutlu Türküm diyene” przez gardło nie przejdzie, plusem wyda się to raczej znikomym. Dla fanów Republiki taki obrót spraw ma jednak niewątpliwie pozytywny wymiar praktyczny – legalna praca i większe poważanie w pewnych towarzyskich kręgach (jak choćby wścibskich sąsiadek) są więcej niż mile widziane.


Lista, jak dobrze wiemy, nie kończy się na punkcie dziesiątym... zapraszam do intelektualnej internetowej wymiany myśli!

niedziela, 15 maja 2011

Dramaturgia doskonała



Jeśli łzy, emocje i zgrzytanie zębami, to tylko w tureckim wydaniu.

Nieuświadomiony turysta, który pokusi się o włączenie odbiornika telewizyjnego i zapoznanie z szeroką gamą programów informacyjnych lub rozrywkowych, doznać może niemałego szoku. Nieważne, czy będą to wieczorne wiadomości, reklamy, talk show, seriale.
Tym, co pojawia się zwykle na tureckim srebrnym ekranie jest bowiem dramaturgia przez wielkie D w swej najdoskonalszej postaci.

Dramatycznie śpiewają i rzewnie przygrywają zapraszani do wieczornych show mniej lub bardziej znani piosenkarze oraz różnego rodzaju samozwańczy śpiewacy i grajkowie. Nie skąpią wrażliwym telewidzom emocjonalnych, nie tylko słuchowych, doznań. Zawodzą więc często o miłości (zwykle niespełnionej) przy smętnych brzdękach bağlamy. A my płaczemy razem z nimi.

Wystylizowana (często przestylizowana) prezenterka wieczornych wiadomości oznajmia histerycznym głosem, że oto właśnie… temperatura spadła do minus jednego stopnia. O zgrozo, przewidywane są też opady śniegu (które sparaliżują miasto, spowodują odwołanie lekcji, zamknięcie urzędów oraz wiele innych życiowych komplikacji – skrajne emocje są więc jak najbardziej wskazane). Mimika, gesty, makijaż, strój – mamy przed oczami nie lada przedstawienie. Ta sama informacja powtarzana jest jeszcze wielokrotnie podczas głównego wydania wiadomości – zawsze te same ujęcia, te same mrożące krew w żyłach podpisy, ta sama dramatyczna (rodem z horroru klasy B) muzyka. Prawdziwa uczta dla koneserów. Niewtajemniczonych mogą tylko rozboleć oczy. I uszy.

Osobna drama i osobna bajka to programy rozrywkowe nadawane w czasie, gdy pracowici mężowie zarabiają w pocie czoła tureckie liry, a słodkie pociechy przyswajają wiedzę w placówkach oświatowych. Harujące w domu ev hanım (gospodynie domowe) będą umilać sobie ten samotny czas rozrywką może mało wysublimowaną, ale jakże intrygującą…
Z nieskrywaną fascynacją podziwiałam kiedyś z przyjaciółkami wczesno popołudniowe matrymonialne reality show (wszystkie miałyśmy „weekendowe”, wolne od pracy piątki), Fani programu mają okazję współuczestniczyć w przedślubnych przygotowaniach wybranych par oraz z wypiekami na twarzy podziwiać samą weselną ceremonię. Gelin (panny młode) oceniają skrupulatnie każdy ze ślubów (nie szczędząc złośliwych, szczerych lub wyreżyserowanych, komentarzy). Brane są pod uwagę elementy takie jak wystrój sali, suknia gelin, muzyka, jedzenie. Nie przypominam sobie tylko, aby oceniano pana młodego...
Para, która najlepiej wywiąże się z morderczych przygotowań i wyprawi wesele doskonałe, wygrywa wymarzoną podróż poślubną.
(biznes weselny ma się zresztą w Republice świetnie i stanowi nie lada kąsek dla tureckich mediów – o tym jednak przy innej okazji…)

Na ulubione seriale przyjdzie czas wieczorową porą – wtedy przed telewizorami zasiądą również tureccy macho, przekazując posłusznie piloty od odbiorników swoim żonom.
W przeciwieństwie do telenoweli południowoamerykańskich (a raczej mojego marnego wyobrażenia o takowych) akcja toczy się tu w zawrotnym tempie. Mniej jest gadania, więcej działania. Emocje głównych bohaterów skrywane są wyjątkowo skutecznie – najsilniejsze więzi łączą tych, którzy najmniej okazują sobie jakiekolwiek uczucia. Z wyjątkiem tych negatywnych.
Przyznam bez bicia, że mimo braku odbiornika telewizyjnego od paru ładnych lat, jestem zagorzałą fanką jednego z tureckich seriali. Zaczęłam nudzić się dopiero po pięćdziesięciu odcinkach tasiemca, kiedy to główny bohater znalazł sobie nową wybrankę – piękną i niewinną, w miejsce poprzedniczki – jeszcze piękniejszej, ale za to zepsutej i niedostępnej. Do tego (niestety) dziesięć lat od nowej zdobyczy starszej. Rozczarowanie ogromne – przecież jedyną miłością, na jaką może pozwolić sobie bohater, jest dwulicowa i egocentryczna ukochana z lat młodości! Mam nadzieję, że zagubiony mężczyzna ocknie się w kolejnych odcinkach – w Turcji stara miłość nie rdzewieje przecież tak łatwo. Niezależnie od tego, ile lat świetlnych minęło i ile świństw sobie nawzajem zrobiono.

Jeśli akcja, to więcej niż wartka. Fabuła bardziej niż zawiła, intryga tak skomplikowana, że dawno pogubili się nawet sami scenarzyści. Jeśli dramat to łzy lejące się wartkimi strumieniami. Pamiętam film przy którym płakała cała Turcja. Mężowie i żony, starzy i młodzi, subtelne tureckie kobietki oraz tureccy macho z krwi i kości. Zgodnie, bez wyjątku. Do tego podejrzanie szczerze…
Babam ve oğlum (reż. Çağan Irmak, 2005) to obraz znanego tureckiego reżysera, który na pewno jest filmem dobrym. Pech chciał, że oglądałam go ze znajomymi (dwiema innymi yabancı – cudzoziemkami) na samym początku naszego pobytu w Turcji. Jak łatwo się domyślić, dramat nie wywołał u nas oczekiwanego potoku łez i histerycznych spazmów. Chłodna reakcja oziębłych Europejek została skomentowana przez tureckich znajomych krótko i stanowczo: „Przecież i tak nic nie zrozumiałyście z tym waszym… tureckim…” (w podtekście: pożal się Allahu tureckim). O ile przyznać w tym miejscu należy, że na tak krytyczne podsumowanie w pełni sobie zasłużyłyśmy (umarł śmiercią naturalną nasz początkowy lingwistyczny entuzjazm i naiwne przekonanie, że turecki to język lekki i przyjemny, którego podstawową znajomość posiądziemy w pół roku), o tyle łatwo było zrozumieć fabułę, emocje bohaterów… Problem polegał raczej na tym, że trzeba dojrzeć do tego, aby turecką dramę docenić. A bohaterów nie dyskryminować od razu jako nieprzewidywalnych histeryków…

Wiem, o czym mówię, bo oglądając kolejny film wspomnianego reżysera (Issiz Adam, 2008), ryczałam już bez zażenowania, do tego nawet przy drugim podejściu. Jestem święcie przekonana, że u znajomych niezorientowanych w tureckej kinematografii (i tureckiej kulturze ogólnie) film wywołałby raczej gromki śmiech. To tylko przypuszczenia, nie odważyłam się jeszcze zastosować tego smiałego pomysłu w praktyce...

poniedziałek, 9 maja 2011

TURCJA: półprzewodnik obyczajowy


Z nieukrywaną radością informuję Drogich Czytelników, że książka o Turcji autorstwa mojego oraz Skylar (autorki bloga TUR-TUR) zostanie wydana nakładem wydawnictwa Nowy Świat.

Książkę można już zamówić w przedsprzedaży w MERLINIE.


WSTĘP

Turcja? Kebaby w bułce, z surówką. Ciepło, upalnie, słonecznie. Niscy śniadzi młodzieńcy o ciemnych oczach. Wąsaci panowie. Islam. Harem. Zniewolone kobiety w chustkach na głowie. Wielożeństwo. Kawa po turecku. Piosenki Tarkana. Kapadocja, gdzie kręcono „Gwiezdne wojny”. Orhan Pamuk. Kilometry piaszczystych plaż usianych hotelami. Wielki Bazar w Stambule. Tureckie swetry. Chałwa. Porwania kobiet. Bardzo chcą do Unii Europejskiej.

Prawdziwy kebab podaje się na talerzu, raczej nie w bułce i bez surówek. Samych rodzajów kebabu jest mnóstwo. Ciepło? Turcja rozpostarta jest na tak wielkim obszarze, że czasem gdy w jednym miejscu jest kilkanaście stopni na plusie, w innym występują przymrozki. Wysokich mężczyzn jest sporo, a wielu ma jasną karnację, blond lub rude włosy i niebieskie oczy. Islam jest najczęściej wyznawaną religią, ale kraj z założenia i w konstytucji świecki. Kobiety dostały prawa wyborcze wcześniej niż Europejki. Uczą się, studiują, robią kariery. Wiele z nich nie nosi chustek, a sporo głębokie dekolty i spódniczki mini. Wielożeństwo jest zabronione prawnie. Kawa po turecku została wyparta przez czarną herbatę, pitą litrami. Chałwę podaje się na stypach. O porwaniach kobiet dawno nie słyszano. W Stambule, Kapadocji, tureckiej muzyce jest zawarte o wiele więcej niż mówią pojedyncze reklamowe hasła. Z tą Unią też nie tak prosto sprawa wygląda.

Więcej do przeczytania TUTAJ

czwartek, 31 marca 2011

Płynne (i wątpliwe) granice tureckiej wolności


Inteligentni, nie poddani nacjonalistycznej indoktrynacji (lub na propagandę odporni) Turcy bywają znacznie bardziej krytyczni wobec własnego kraju od wybitnie nawet negatywnie nastawionych yabancı (obcokrajowców).
Czasem chcą okazać zwykłą empatię. Udowodnić, że nas, zagraniczne i zagubione w tureckim gąszczu dusze, doskonale rozumieją. Niektórzy odczuwają z kolei silną potrzebę udowodnienia, że są świętsi od papieża, czyli bardziej „europejscy” niż Allah i inni bogowie przykazali.
Na czym ta upragniona „europejskość” ma polegać? Czym się przejawiać? Wolnością oczywiście.
Wolnością od: presji rodziny, kontroli społecznej, schematów. Tureckiej opresyjności.
Wolnością łamania tureckich konwenansów.

Yabancı, głównie kobiety, narzekają na swój turecki los właśnie w kontekście utraty wolności. Co do swobód jednostek na dzikim wschodzie podejrzliwi mogą być rodzina i przyjaciele z „cywilizowanej” Polski. Nieuświadomieni i niedoświadczeni, a przez to mocno nieufni, podsycają wątpliwości, obsesje, paranoje…
Krótka sukienka? Odpada. Mieszkanie z chłopakiem bez ślubu? Nie ma mowy. Samotny spacer po zachodzie słońca? Bynajmniej. Raczej kradzieże, grabieże, porwania. Rozbój w biały dzień.
Czy aby na pewno?


Co wolno wojewodzie…

Już od małego każdy praworządny Turek wie, że kochać ma rodzinę. Wielbić powinien ojczyznę. Szanować zbiorowość. Rodzina, honor, ojczyzna – święta trójca brzmi znajomo, a przynajmniej nieobco.
System edukacyjny ma na celu wychowanie młodych Turków na zgodnie współpracujące elementy zbiorowości. Nie występujących zanadto z szeregu, prawych obywateli Republiki. Poprawnie funkcjonujących w społeczeństwie, przyzwoitych ludzi. Kreatywność, oryginalność? Dopuszczone (jeśli nie godzą w WARTOŚCI), ale zepchnięte na daleki (często bardzo daleki) plan.
W Turcji jest się „kimś” jeśli przynależy się do określonej grupy: rodziny, grona znajomych, mieszkańców danej dzielnicy, miasta lub regionu, grupy współpracowników, fanów drużyny futbolowej. Jako element całości, a nie samotnie błąkająca się jak dziecko we mgle jednostka. Ktoś musi nas polecić. Dać nam tak zwane plecy. Zaświadczyć o naszej wartości. Jednostka sama w sobie ma mizerną siłę przebicia. Niewiele sobą reprezentuje. Torpil otworzy przed nami ścieżkę kariery (torpil – dosłownie: torpeda, oznacza też nepotyzm; słowo używane na określenie osoby, która nas „poleca” czy też, bardziej obrazowo – jak torpeda popycha).
Zwyczaje, obyczaje, zasady, konwenanse, zaciskają się na szyi jak zbyt ciasna obroża. Obowiązki wobec rodziny, przyjaciół i znajomych królika nigdy się nie kończą. Przytłaczają i nie pozwalają swobodnie oddychać tureckim powietrzem.


Światełko w tunelu

Pamiętajmy jednak, że wolność tubylców a wolność yabancı to dwie różne kwestie.

Jako obcokrajowcy skazani może jesteśmy na niewybredne komentarze z ust niektórych Turków, ale społeczeństwo pozwala nam na znacznie więcej. Przymyka oczy na nieprawomyślność, złe prowadzenie się, podejrzane pomysły, działalność wywrotową… Bo nawet mieszkanie samemu, a raczej samej – bez rodziny lub męża – jest już dla wielu Turków działaniem przeciwko przyjętym zasadom, niewybaczalnym wybrykiem, egoistycznym widzimisię. Po co nam cała ta wolność, tyle pustej, zmarnowanej przestrzeni? Na pewno mamy jakieś niecne cele…
Nam, gościom na pięknej tureckiej ziemi, ujdzie to jednak na sucho. Surowe wbrew pozorom społeczeństwo przyjmie z pobłażliwym uśmiechem wiele z naszych oczywistych faux pas, konkludując z nieukrywaną sympatią: przecież to obcokrajowiec, dajcie spokój chłopaki.
Bycie „obcokrajowcem na wieki wieków” jest na pewno irytujące, gdy po raz setny, nawet po latach mieszkania w Turcji, sprzedawca próbuje łamanym angielskim odpowiedzieć na nasze zadane w języku tureckim pytanie, lub gdy po raz tysięczny znajomy znajomego zapyta nas, czy widzieliśmy już Błękitny Meczet. W kontekście unikania tureckich konwenansów, obowiązków i lokalnych nakazów nie wydaje się już jednak takim złem.

Nie wpadajmy więc w panikę i niepotrzebny pesymizm, gdy turecki znajomy popuka się w czoło na nasze achy i ochy dotyczące „represyjnej” Turcji, „opresyjnego” wschodu, „przytłaczającego” Stambułu. Jako przynależące do tureckiego systemu jednostki mają bowiem węższe pole manewru i znacznie mniej możliwości ucieczek ‘”do wolności”, która nam się po prostu należy.
Niech opiewają swój wymarzony, pełen nieograniczonej wolności Zachód.
My damy sobie radę na ich "dzikim" Wchodzie.

piątek, 25 marca 2011

Najdoskonalsze z kwiatów

Od dziś stambulski festiwal tulipanowy (25 marca-15 kwietnia) i trzy miliony kwiatków do podziwiania. Rozsiane po całym mieście, w tym w cudownym parku Emirgan (z którego zdjęcia poniżej):












piątek, 18 marca 2011

Stambulczyk dojrzały, czyli pogodzenie się z tureckim losem


Kiedy już wszystko się w nas gotuje, gdy mamy ochotę rzucać się do Bosforu albo wieszać na najbliższym tureckim drzewie, wypijmy trzy porządne shoty rakı i weźmy głęboki oddech. Zastanówmy się.

Co nas nad ten cholerny Bosfor przywiało? Jeśli osiedlamy się w Turcji z powodów stricte romantycznych, istnieje spore prawdopodobieństwo, że będzie nam łatwiej zapuścić stambulskie korzenie. Z drugiej strony, możemy w pewnym momencie zacząć boleśnie odczuwać przytłaczający ciężar zawartego kompromisu, czy też, ujmując sprawę nieco dramatyczniej: naszego "wielkiego poświęcenia w imię miłości".
Jeśli natomiast nikomu specjalnie nie zależy na naszej obecności w Turcji, możemy mieć trochę (albo bardzo) pod górkę. Nie tylko z powodu braku odpowiedniego wsparcia duchowego, także przez przyziemne, czysto praktyczne, do bólu nudne i męczące kwestie urzędniczo-organizacyjne. Często doprawdy absurdalne.

Ile chcemy i możemy poświęcić, aby w Stambule zostać? Żyć i mieszkać, a nie tylko od czasu do czasu wpadać i zwiedzać? Oto pytanie, jakie musimy sobie zadać. A potem (co jest już sprawą nieco trudniejszą) na nie odpowiedzieć. Na nic nasze histerie, płacze, rozbijanie talerzy.

Do tak poważnych rozważań potrzebne nam będzie odludne, przyjazne rozmyślaniom miejsce. Święty spokój oraz urokliwe widoki, które pozwolą na nowo docenić Stambuł i nabrać niezbędnego dystansu. Weekend spędzony samotnie na jednej z wysp, bez szkodliwego rozpraszacza w postaci Internetu, najlepiej z wyłączonym telefonem, powinien wystarczyć.

Tłumy tubylców, tłumy turystów
Przyznajmy sami – gdybyśmy reagowali alergią na miejsca o wysokim natężeniu ludności, do tego chętnie odwiedzane przez turystów, Stambuł w ogóle by nam się nie spodobał. Zamiast więc kląć i wbijać sadystycznie łokcie w mijanych przechodniów, ustalmy sobie pewne granice. Nie demonizujmy Taksimu – omijamy go z daleka tylko w soboty i niedzielne popołudnia. O ileż przyjemniej jest wpaść do Peyote czy Babylonu w środku tygodnia. Dawkujmy sobie stambulskie rozrywki rozsądnie.

Jednostki niemile widziane, chętnie unikane
Na pewno jednym z powodów, dla których pokochaliśmy Turcję, są specyficzne (często w naszej ocenie zbyt zażyłe) interakcje międzyludzkie. Nie znaczy to, że tubylcy mają nam wejść na głowę. Z lokalnym sklepikarzem warto mieć relacje serdeczne, ale niekoniecznie nadmiernie przyjacielskie. Nie musimy spowiadać mu się z całego naszego życia. Tak samo jak nie będziemy zwierzać się fryzjerowi (który lubi zabawiać konwersacją w trakcie żmudnego układania naszych trudnych do ogarnięcia „europejskich” włosów) ani wścibskiej sąsiadce (pamiętajmy, że ona i tak swoje już wie na nasz temat…).
Na widok kwiaciarek i innych podejrzanych stambulskich osobliwości przyspieszajmy po prostu kroku. Nie dajmy się prowokować, wciągać w dziwaczne dyskusje z dziwacznymi typami. Taksówkarzowi dajemy stanowcze, acz uprzejme wytyczne, dając do zrozumienia, że ma do czynienia z prawdziwym Stambulczykiem, a nie przypadkowym turystą. Nie róbmy z siebie europejskiej sieroty i nierozgarniętej dojnej krowy.

Chaos oswojony
Znamy już dobrze rozkład autobusów, potrafimy ocenić, jaka trasa przysporzy nam najmniej stresów. Nie będziemy pchać się w godzinach popołudniowych z placu Taksim na oblegane w niedzielę Örtaköy. Koło naszego samochodu nie ma prawa stanąć na moście Bosforskim w godzinach szczytu, czyli między 18 a 20, jeśli podróżujemy z Azji do Europy.
Po jakimś czasie odkryjemy, że dużo łatwiej odnajdujemy się w stambulskiej dżungli. Ku naszemu zaskoczeniu dynamika lokalnego tłumu rządzi się swoimi prawami, własną logiką. Przecież mieszkańcy miasta nie tratują się na masową skalę, prawie wszyscy wychodzą z codziennych ulicznych interakcji żywi...

Jeśli mimo wszystko dojdziemy do wniosku, że życie miasta za bardzo nas przytłacza, możemy w każdej chwili przenieść się do spokojniejszej okolicy. Upragniony święty turecki spokój czeka nas na jednej z wysp. Tam nie dosięgnie nas nawet ruch motoryzacyjny (latem niestety nie unikniemy turystów, ale wtedy możemy ucieć na zasłużone wakacje za granicą; w Polsce na przykład jest wtedy dużo chłodniej, a w takich Bieszczadach na pewno bardziej odludnie...).

W ostateczności można podejść do sprawy ambicjonalnie, w myśl zasady – prędzej padnę trupem, niż stąd wyjadę. Nie dam się systemowi. Nie dam się tubylcom. Nie dam się upałom. Ale komu by się chciało… To strategia zdecydowanie krótkoterminowa. Strategią długoterminową jest rachunek sumienia i uczciwe przyznanie, że choć szlag nas czasem trafia, w żadnym innym miejscu się już właściwie nie widzimy. Ale czasem do takich wniosków potrzebny jest wyjazd, izolacja. Wtedy przekonujemy się, że na wygnaniu jest znacznie gorzej.


Jako Stambulczyk z wyboru mogłam za własne decyzje winić tylko siebie. Nikt mnie w Turcji na siłę nie trzymał, nie przykuł kajdankami do kaloryfera mojego stambulskiego mieszkania, nie zabrał paszportu, nie wywiózł przemocą na dziki wschód. O to, że Turcję znoszę (lub jej nie znoszę) mogłam i mogę winić tylko siebie. Z jakichś zupełnie niezrozumiałych powodów (oby pewnego dnia stały się one dla mnie jasne) mam sporo tolerancji w stosunku do tureckich, a w szczególności do stambulskich niedociągnięć. Do tego teraz, na wygnaniu, idealizuję Stambuł do bólu.

Po bliższym z nim zapoznaniu, nawiązaniu z miastem głębszej relacji, okazuje się, że skrajne emocje i histeryczne reakcje na niewiele się zdadzą. Warto zaakceptować drobne stambulskie ułomności, które przy wszystkich zaletach miasta przedstawiają się naprawdę mizernie. Zamiast więc użalać się nad swoim nieszczęsnym expackim losem, nie zapominajmy, z jakich powodów się w Stambule znaleźliśmy. Powtarzajmy je sobie jak mantrę za każdym razem, kiedy mamy ochotę rzucić wszystko do Bosforu i dezerterować z tureckiej ziemi.
Niech wyjeżdżają inni, dla nas zostanie więcej miejsca.
Amen.

czwartek, 10 marca 2011

Stambulczyk rozhisteryzowany, czyli Bosfor w samych czarnych barwach



Pewnego dnia stambulski czar pryska. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki (albo przez złego tureckiego dżina) budzimy się z naszego orientalnego snu.

Może przez natarczywą kwiaciarkę, która właśnie rzuciła na nas urok, bo nie kupiliśmy od niej podejrzanie drogiego bukietu na wpół zmaltretowanych kwiatków.
A może przez taksówkarza, który pędził na oślep, hamując z impetem i kręcąc się w kółko (niekoniecznie oszusta i naciągacza, często nieuświadomionego ignoranta nie znającego drogi - mimo wcześniejszych zapewnień o własnej nieomylności), palącego w dodatku z namaszczeniem papierosa za papierosem. Przy obowiązkowo zamkniętym oknie.

Bavulcu dudniący w bębny w czasie Ramazanu, który budzi nas nad ranem, nie stanowi już egzotycznego elementu ubarwiającego nasze stambulskie życie. Kuchnia turecka smakuje nadal, spróbowaliśmy jednak większości potraw i nie chce nam się już przytakiwać znajomym, którzy twierdzą, że są najlepsze na świecie. Przecież doskonale wiemy, że oni sami w to nie wierzą.

Opatrzyli nam się tureccy bruneci i brunetki. Pozorne przejawy sympatii, które odbieraliśmy do niedawna jako początki przyjaźni, okazują się jedynie częścią tureckiego savoir vivre.

Język, który oceniliśmy zbyt pospiesznie jako łatwy, nie brzmi już jak melodia dla naszych zmaltretowanych gramatyką uszu. Jesteśmy wręcz przekonani, że im więcej wiemy, tym mniej rozumiemy. Nawet po kilku latach pobytu w Turcji sprzedawca może wybałuszyć oczy słysząc nasze proste pytanie i nalegać na komunikację po angielsku, którym bynajmniej nie włada.

Beyoğlu straciło swój orientalny charakter. W weekendy wolimy omijać Taksim szerokim łukiem w obawie, że zadepczą nas tam na śmierć. Mrzonki o mieszkaniu z widokiem na Bosfor lub Morze Marmara i Wyspy Książęce już dawno poszły w niepamięć. Zniechęciły nas realia i krwiopijcy w postaci agentów nieruchomości.

Tureckie media i polityka powodują palpitacje serca. Nie możemy znieść histerycznej prezenterki wiadomości, której rysy twarzy są prawie niewidoczne pod teatralnym wręcz makijażem. Po tureckich serialach nawiedzają nas koszmary.

Wreszcie dotarła do nas smutna prawda o trzęsieniu ziemi. Turecka biurokracja okazuje się porównywalna do polskiej (a nawet gorsza, biorąc pod uwagę problemy z komunikacją wynikające z nieznajomości języka; naszej – tureckiego, urzędników – angielskiego).
O uzyskaniu pozwolenia na pracę dawno przestaliśmy marzyć.

Przychodzi moment, kiedy wydaje nam się, że Stambuł to najbardziej zatłoczone miejsce na świecie. Nie rozumiemy szczerzących się do obiektywów turystów, pozujących na tle widoków, które jeszcze kilka miesięcy temu i nas zachwycały.
Lato wydaje nam się oczywiście zbyt upalne.

Faza turystycznego zauroczenia, zwana miesiącem miodowym lub etapem fascynacji, nieubłaganie dobiegła końca. Ratunek? Natychmiastowa ucieczka albo zaciśnięcie zębów w oczekiwaniu na cud.

Albo na nadejście fazy trzeciej.