Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapadocja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapadocja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 stycznia 2017

Zimowy sen


Słońce i mały mróz, w ciągu dnia pewnie będzie już bardzo blisko zera, a pod wieczór śnieg zacznie topnieć. Z takim nastawieniem można iść w skórzanych, nieocieplanych butach, które po wielu godzinach spaceru Doliną Gołębi, Miłości i kilkoma innymi, zmienią się w zamrażarkę dla stóp.

Te położy się wieczorem na soba, czyli tradycyjnym tureckim grzejniku, na którym można też postawić kubek grzanego kapadockiego wina Turasan. W skalnym hotelu-jaskini będzie wyjątkowo ciepło, bo soba to nie byle co, wino nie byle jakie, do tego kot ankarski z długą, białą sierścią, wskoczy na nogi i ogrzeje kolana.        

Ale żeby na to wszystko zasłużyć, trzeba najpierw porządnie zmarznąć. Dziewiąta rano, marsz od razu po śniadaniu, żadnych turystów na trasie. Nawet szturmujący zimą Kapadocję Japończycy wolą spędzić miło czas nad turecką herbatą dolewaną hojnie przez pracowników lokalnych pensjonatów. Park krajobrazowy Göreme wyludniony – można wyobrazić sobie, że jesteśmy uciekinierami chowającymi się w skalnych labiryntach. Idealna sceneria na mroczny thriller w śnieżnej scenerii.

To jednak dopiero po zachodzie słońca – na razie ostry błękit nieba razi oczy, promienie odbijają się od czystej bieli. Nawet zwolennicy wakacji pod palmą muszą docenić bezdyskusyjne piękno księżycowej krainy leżącej w centralnej Anatolii. Bo ono właśnie wali po oczach, jak ten błękit. O, tak: 









sobota, 17 grudnia 2016

Pewnego razu w Anatolii, czyli pamiętnik z miasta Kayseri


Kolejna smutna wiadomość o zamachu terrorystycznym w Turcji – tym razem to nie Stambuł, Ankara, czy południowy wschód kraju, a samo centrum państwa – Kayseri. Miasto położone jest zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od baśniowej Kapadocji, odwiedzanej każdego roku przez niemal milion turystów. Mam do tego miejsca szczególny sentyment – spędziłam w Kayseri osiem miesięcy na Wolontariacie Europejskim (EVS), projekt zakończył się dziesięć lat temu w czerwcu. Oczywiście – wydaje się, jakby to było wczoraj…

Ja i dwie pozostałe uczestniczki programu (z Łotwy i Włoch) mieszkałyśmy na terenie kampusu uniwersytetu Erciyes. Aby udać się do centrum miasta na kurs języka tureckiego wsiadałyśmy codziennie na przystanku autobusowym, na którym eksplodował dziś ładunek wybuchowy, zabijając 14 i raniąc 56 osób.

*

Zima w Kayseri była trudna. Po pierwszym hiper zachwycie (organizatorzy bardzo postarali się, żeby zapewnić nam wygodne życie: miałyśmy osobne mieszkania z ogródkiem i widokiem na szczyt Erciyes) okazało się, że pracy tak naprawdę dla nas nie ma… Co, ku irytacji organizacji goszczącej, było dla nas problemem. Z czasem znalazłyśmy sobie różne zajęcia (kółko teatralne, fotograficzne, ceramiczne… poza pracą, oczywiście), a weekendy spędzałyśmy na podróżach po Turcji.

Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia do naszej trzyosobowej grupy na kursie językowym dołączyła kolejna yabancı… z Polski! W całym Kayseri jest pięciu obcokrajowców na krzyż, w tym akurat dwie Polki! Zbieg okoliczności, których w ciągu tamtego roku nie brakowało.

W Kayseri był wówczas jeden pub. Można było wypić też drinka w hotelu Hilton (pamiętam, że małe piwo kosztowało dziesięć lat temu równowartość 15 złotych), ale… raczej od święta, i chyba w akcie desperacji (lub gdy miały miejsce jakieś wydarzenia – bo miały! – był nawet Efes Blues Festival, a od czasu do czasu ktoś coś pograł przy fortepianie, gitarze, a nawet czasem zaśpiewał). Kto okazał się właścicielem jedynego w mieście pubu? Oczywiście, mąż polskiej koleżanki, jakżeby inaczej!

Księżycowa Kapadocja była ucieczką dla tureckich znajomych z konserwatywnego miasta, którzy na ciekawe imprezy „na mieście” liczyć wówczas raczej nie mogli… Niecała godzina jazdy samochodem i… jesteśmy w turystycznym raju! Knajpa na knajpie, więc losowanie – nie ma zmiłuj, kierowca musi być trzeźwy.

Z Kayseri najbardziej kojarzyć mi się będą nocne autobusowe podróże po Turcji. Czwartek po południu, mały plecak i od dziesięciu do osiemnastu (!) godzin w drodze. Z czasem nawet ja przyzwyczaiłam się do pokracznego snu w autobusowym siedzeniu. Z zafascynowaniem obserwowałam busowych stewardów, którzy dolewali kawy i herbaty, dokarmiali ciastkami, polewali ręce wodą kolońską (dezynfekcja!), spryskiwali pojazd odświeżaczem powietrza, zabawiali marudne dzieci, pilnowali, aby każdy wysiadł na właściwym przystanku.

*

Wiele razy planowałyśmy podróż sentymentalną do naszego-nienaszego miasta – zawsze kończyło się tylko na gadaniu. Może majowy festiwal Cappadox w przyszłym roku? Choć i tak wiemy, że Kapadocja najpiękniejsza jest zimą…

Park Narodowy Göreme - Kapadocja zimą


Wzgórze Erciyes, widok z kampusu uniwersytetu


Kayseri, centrum miasta


Osmański han, książki i kawiarnia, czyli kombinacja doskonała - tu spędzało się godziny...


Yukarı Talas, dawna ormiańska dzielnica


Yukarı Talas i nasi przewodnicy


Widok z Yukarı Talas


Muzeum etnograficzne

poniedziałek, 4 maja 2015

Top 5 moich ukochanych miejsc

Wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polek na Obczyźnie


5. Akyaka
O miejscowości Akyaka miałam w ogóle nie wspominać. Za bardzo ją lubię. Za bardzo zależy mi na tym, by pozostała anonimowa.
Nie życzę sobie, by tę oazę zieleni i spokoju zalała fala turystów oraz beton wielopiętrowych hoteli.
Na chwilę obecną Akyaka znajduje się na międzynarodowej liście Slow City. Jest na niej nie tylko teoretycznie, ale też jak najbardziej w realu. Ta niesamowicie malownicza miejscowość (Morze Egejskie, rzeka Azmak, palmowe wzgórza, park krajobrazowy, zatoki… czego chcieć więcej?!) nie pozwoliła sobie na architektoniczną przeciętność. Budynki mogą mieć zaledwie kilka pięter, wszystkie też muszą zachować ten sam styl: białe domki z drewnianymi dodatkami kuszą potencjalnych nabywców... Rezultat jest taki, że przyjeżdżający tu Anglicy kupują nieruchomości równie chętnie co obywatele tureccy.
Udajmy, że tego wpisu w ogóle nie było…




4. Księżycowa Kapadocja
Tak, kręcono tu Gwiezdne Wojny. Tak, mieszkali tu lata świetlne temu chrześcijanie ukrywający się w podziemnych miastach (nie dla cierpiących na klaustrofobię!). Tak, można przelecieć się nad tym księżycowym krajobrazem kolorowym balonem.
Byłam tu trzykrotnie, o różnych porach roku. Dla mnie Kapadocja to jednak przede wszystkim wspomnienie zimowego, wielogodzinnego marszu przez Dolinę Miłości i Dolinę Wyobraźni. Z trójką znajomych, roznoszącym się imponująco donośnie echem ezanu (wezwanie muzułmanów do modlitwy) i śniegiem po kolana. Wspomnienie wieczornego grzanego wina i odmrożonych stóp doprowadzanych do porządku przy kominku, w wydrążonym w skale hotelu-jaskini. Japońscy turyści (zimą nie ma tu innych nacji?!). Zaduma, wyciszenie, niemal medytacja. Chyba dlatego tak bardzo podoba mi się Kış Uykusu (Zimowy Sen) Nuri Bilge Ceylana – film, które doskonale oddaje atmosferę „mojej” Kapadocji…




3. Morze Czarne
Najcieplejsze jest Śródziemnomorskie. Najlepsze na lato – Egejskie. Mogą sobie mówić i pisać, co chcą, ja swoje i tak wiem: Morze Czarne nie ma sobie równych.
Najbliżej mu do Bałtyku – zwyciężają sentymenty. Jest najchłodniejsze i podobno najbardziej nieprzewidywalne. Wysokie fale, niebezpieczne prądy, czyhające pod powierzchnią skały – tureckiemu straszeniu nie ma końca. Prawda jest taka, że dla zaprawionych w bałtyckich wodach Morze Czarne nie jest wcale aż takim wyzwaniem.
Wspinania się na skały i skoków na główkę nie polecam jednak nawet w bezwietrzną pogodę…




2. Stambuł
Azja czy Europa? Europa czy Azja? Nie ma tak łatwo. Stambuł to dwie uzupełniające się połówki.
Wierzę w to, że miasta mają dusze. I że w niektórych czujemy się jak w domu. Choć mało je znamy, na początku niewiele o nich wiemy, wyczuwamy wibracje, odpowiada nam ich atmosfera. Dla mnie takich miejscem jest ta prawie już (nieoficjalnie) dwudziestomilionowa mieszanka kultur, języków, muzyki, kuchni…




1. Cieśnina
Stambulskie dwie połówki dzieli Bosfor.
Blady cyjan wody z kremową, chmurzastą pianą. Modny w sezonie letnim kobaltowy i ostry błękit bezchmurnego nieba. Jesienna szaruga z niewielką domieszką turkusu – beton na górze, beton na dole. Śnieżnobiała pierzyna nieba kontrastująca z atramentowym Bosforem zimą. Jego dwa brzegi konkurują o uwagę i względy stambulskiej widowni.
Zrozumie ten, kto widział zanurzony w wielkim błękicie Stambuł.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Projekt majowy jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły. Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć je dowolną kwotą. Więcej informacji TUTAJ.