wtorek, 7 sierpnia 2012

Wielki Post Turecki

Sultanahmet odświętnie, wieczorową porą

Środkowa Anatolia, październik 2005.

Trzy nieokrzesane yabancı (cudzoziemki) plączą się po centrum Kayseri, dawnej Cezarei Kapadockiej. Pierwszy samodzielny wypad na miasto przypada w dzień odświętny: utworzenia Republiki Tureckiej. Jest więc pochód, są kwiaty, flagi, oklaski. Żołnierze i uczniowie maszerują, rozentuzjazmowany tłum kibicuje.

Jest też… Początek Ramazanu, okoliczność zupełnie już nie świecka, a wręcz otwarcie religijna. Zaczął się miesiąc muzułmańskiego postu, o czym zdezorientowane yabancı przypomniały sobie dość późno, maszerując przez jedno z najbardziej konserwatywnych tureckich miast z simitami w dłoniach…
Chrupiących świeże obwarzanki dziewcząt nikt nie upomina, nikt nie rzuca też karcących spojrzeń.
A w sumie tego właśnie niektórzy spodziewać by się mogli po przywiązujących wagę do religii i tradycji mieszkańcach Kayseri.

Sceptycy, jeśli nie wrogowie postu, snują za to historie mroczne i tragiczne. Aktor ze Stambułu, który przyjechał z ekipą kręcić tu jakiś turecki soap: „Ej, dziewczyny, wy to dzielne jesteście, że tu chcecie mieszkać… albo dziwne jakieś. Do Stambułu byście lepiej pojechały. A w ogóle to wiecie, że tu kiedyś ktoś kogoś zabił, bo tamten nie pościł?”.
Ręka sama się na simicie zaciska, sezam z precla sypie.


Ramazan praktycznie, czyli dla tych, co nie poszczą

Mieszkańcy Beyoğlu odetchnęli z ulgą, bo oto basowe drgania podłóg i świdrujące w uszach dźwięki ograniczają się w miesiącu postnym do weekendów. Od niedzieli do czwartku – prawie jak makiem zasiał.
Prawie, bo muzyka oczywiście dudni, ale – z klubu jednego zamiast trzech, - ilość decybeli została radykalnie ograniczona, - hulanka kończy się około trzeciej nad ranem.

Ludzi na İstiklalu jakby przyjemnie mniej. Może i o 5 proc., do tego tylko w tygodniu, i raczej nie wieczorami, ale zawsze to coś.

Ramazanowe promocyjne menu kuszą nawet nieposzczących. Także ci, co w porze iftaru (pierwszego posiłku spożywanego po zachodzie słońca) nie rzucają się z apetytem na kolację, bo nie żałowali sobie konsumpcji cały boży dzień, muszą przyznać, że widok niczego sobie: zastawione obficie jadłem i napitkiem stoły, atmosfera uroczystego oczekiwania, a potem zasłużona uczta dla wygłodniałych żołądków. Takie wigilijne wypatrywanie pierwszej gwiazdki. Tyle, że przez cały miesiąc. No i bez prezentów.

Substytut prezentów to promocyjne ceny tureckich przewoźników, hoteli, biur podróży. Linie lotnicze zachęcają w czasie Ramazanu do pokonywania mili. Przyjemność z wakacji podwójna: podróż zwalnia z obowiązku postu.

Wielkie Ramazanowe minusy, do jakich zaliczają się: paskudniejsze niż zwykle wieczorne korki, kolejki po pide (chleb pita), pośpiech i nerwowa atmosfera poprzedzające kolację (kilkunastogodzinny post – ani kropli wody! – przy prawie 40-stopniowym skwarze to raczej jazda bez trzymanki) bynajmniej mnie nie dotyczą. Połowa Ramazanu na wczasach, reszta na Beyoğlu, skąd nie trzeba dojeżdżać w godzinach szczytu do żadnej pracy, w korkach, gotujących się autobusach.

I tylko narzekania na upał nie mają końca.

2 komentarze:

skylar pisze...

Notka pierwsza klasa. Dziękuję pani Agatko.

Setka do 40stki pisze...

Ramazan, miałam kiedyś kolegę o tym imieniu (Turka:)

http://setkado40stki.blogspot.com