piątek, 18 marca 2011

Stambulczyk dojrzały, czyli pogodzenie się z tureckim losem


Kiedy już wszystko się w nas gotuje, gdy mamy ochotę rzucać się do Bosforu albo wieszać na najbliższym tureckim drzewie, wypijmy trzy porządne shoty rakı i weźmy głęboki oddech. Zastanówmy się.

Co nas nad ten cholerny Bosfor przywiało? Jeśli osiedlamy się w Turcji z powodów stricte romantycznych, istnieje spore prawdopodobieństwo, że będzie nam łatwiej zapuścić stambulskie korzenie. Z drugiej strony, możemy w pewnym momencie zacząć boleśnie odczuwać przytłaczający ciężar zawartego kompromisu, czy też, ujmując sprawę nieco dramatyczniej: naszego "wielkiego poświęcenia w imię miłości".
Jeśli natomiast nikomu specjalnie nie zależy na naszej obecności w Turcji, możemy mieć trochę (albo bardzo) pod górkę. Nie tylko z powodu braku odpowiedniego wsparcia duchowego, także przez przyziemne, czysto praktyczne, do bólu nudne i męczące kwestie urzędniczo-organizacyjne. Często doprawdy absurdalne.

Ile chcemy i możemy poświęcić, aby w Stambule zostać? Żyć i mieszkać, a nie tylko od czasu do czasu wpadać i zwiedzać? Oto pytanie, jakie musimy sobie zadać. A potem (co jest już sprawą nieco trudniejszą) na nie odpowiedzieć. Na nic nasze histerie, płacze, rozbijanie talerzy.

Do tak poważnych rozważań potrzebne nam będzie odludne, przyjazne rozmyślaniom miejsce. Święty spokój oraz urokliwe widoki, które pozwolą na nowo docenić Stambuł i nabrać niezbędnego dystansu. Weekend spędzony samotnie na jednej z wysp, bez szkodliwego rozpraszacza w postaci Internetu, najlepiej z wyłączonym telefonem, powinien wystarczyć.

Tłumy tubylców, tłumy turystów
Przyznajmy sami – gdybyśmy reagowali alergią na miejsca o wysokim natężeniu ludności, do tego chętnie odwiedzane przez turystów, Stambuł w ogóle by nam się nie spodobał. Zamiast więc kląć i wbijać sadystycznie łokcie w mijanych przechodniów, ustalmy sobie pewne granice. Nie demonizujmy Taksimu – omijamy go z daleka tylko w soboty i niedzielne popołudnia. O ileż przyjemniej jest wpaść do Peyote czy Babylonu w środku tygodnia. Dawkujmy sobie stambulskie rozrywki rozsądnie.

Jednostki niemile widziane, chętnie unikane
Na pewno jednym z powodów, dla których pokochaliśmy Turcję, są specyficzne (często w naszej ocenie zbyt zażyłe) interakcje międzyludzkie. Nie znaczy to, że tubylcy mają nam wejść na głowę. Z lokalnym sklepikarzem warto mieć relacje serdeczne, ale niekoniecznie nadmiernie przyjacielskie. Nie musimy spowiadać mu się z całego naszego życia. Tak samo jak nie będziemy zwierzać się fryzjerowi (który lubi zabawiać konwersacją w trakcie żmudnego układania naszych trudnych do ogarnięcia „europejskich” włosów) ani wścibskiej sąsiadce (pamiętajmy, że ona i tak swoje już wie na nasz temat…).
Na widok kwiaciarek i innych podejrzanych stambulskich osobliwości przyspieszajmy po prostu kroku. Nie dajmy się prowokować, wciągać w dziwaczne dyskusje z dziwacznymi typami. Taksówkarzowi dajemy stanowcze, acz uprzejme wytyczne, dając do zrozumienia, że ma do czynienia z prawdziwym Stambulczykiem, a nie przypadkowym turystą. Nie róbmy z siebie europejskiej sieroty i nierozgarniętej dojnej krowy.

Chaos oswojony
Znamy już dobrze rozkład autobusów, potrafimy ocenić, jaka trasa przysporzy nam najmniej stresów. Nie będziemy pchać się w godzinach popołudniowych z placu Taksim na oblegane w niedzielę Örtaköy. Koło naszego samochodu nie ma prawa stanąć na moście Bosforskim w godzinach szczytu, czyli między 18 a 20, jeśli podróżujemy z Azji do Europy.
Po jakimś czasie odkryjemy, że dużo łatwiej odnajdujemy się w stambulskiej dżungli. Ku naszemu zaskoczeniu dynamika lokalnego tłumu rządzi się swoimi prawami, własną logiką. Przecież mieszkańcy miasta nie tratują się na masową skalę, prawie wszyscy wychodzą z codziennych ulicznych interakcji żywi...

Jeśli mimo wszystko dojdziemy do wniosku, że życie miasta za bardzo nas przytłacza, możemy w każdej chwili przenieść się do spokojniejszej okolicy. Upragniony święty turecki spokój czeka nas na jednej z wysp. Tam nie dosięgnie nas nawet ruch motoryzacyjny (latem niestety nie unikniemy turystów, ale wtedy możemy ucieć na zasłużone wakacje za granicą; w Polsce na przykład jest wtedy dużo chłodniej, a w takich Bieszczadach na pewno bardziej odludnie...).

W ostateczności można podejść do sprawy ambicjonalnie, w myśl zasady – prędzej padnę trupem, niż stąd wyjadę. Nie dam się systemowi. Nie dam się tubylcom. Nie dam się upałom. Ale komu by się chciało… To strategia zdecydowanie krótkoterminowa. Strategią długoterminową jest rachunek sumienia i uczciwe przyznanie, że choć szlag nas czasem trafia, w żadnym innym miejscu się już właściwie nie widzimy. Ale czasem do takich wniosków potrzebny jest wyjazd, izolacja. Wtedy przekonujemy się, że na wygnaniu jest znacznie gorzej.


Jako Stambulczyk z wyboru mogłam za własne decyzje winić tylko siebie. Nikt mnie w Turcji na siłę nie trzymał, nie przykuł kajdankami do kaloryfera mojego stambulskiego mieszkania, nie zabrał paszportu, nie wywiózł przemocą na dziki wschód. O to, że Turcję znoszę (lub jej nie znoszę) mogłam i mogę winić tylko siebie. Z jakichś zupełnie niezrozumiałych powodów (oby pewnego dnia stały się one dla mnie jasne) mam sporo tolerancji w stosunku do tureckich, a w szczególności do stambulskich niedociągnięć. Do tego teraz, na wygnaniu, idealizuję Stambuł do bólu.

Po bliższym z nim zapoznaniu, nawiązaniu z miastem głębszej relacji, okazuje się, że skrajne emocje i histeryczne reakcje na niewiele się zdadzą. Warto zaakceptować drobne stambulskie ułomności, które przy wszystkich zaletach miasta przedstawiają się naprawdę mizernie. Zamiast więc użalać się nad swoim nieszczęsnym expackim losem, nie zapominajmy, z jakich powodów się w Stambule znaleźliśmy. Powtarzajmy je sobie jak mantrę za każdym razem, kiedy mamy ochotę rzucić wszystko do Bosforu i dezerterować z tureckiej ziemi.
Niech wyjeżdżają inni, dla nas zostanie więcej miejsca.
Amen.

czwartek, 10 marca 2011

Stambulczyk rozhisteryzowany, czyli Bosfor w samych czarnych barwach



Pewnego dnia stambulski czar pryska. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki (albo przez złego tureckiego dżina) budzimy się z naszego orientalnego snu.

Może przez natarczywą kwiaciarkę, która właśnie rzuciła na nas urok, bo nie kupiliśmy od niej podejrzanie drogiego bukietu na wpół zmaltretowanych kwiatków.
A może przez taksówkarza, który pędził na oślep, hamując z impetem i kręcąc się w kółko (niekoniecznie oszusta i naciągacza, często nieuświadomionego ignoranta nie znającego drogi - mimo wcześniejszych zapewnień o własnej nieomylności), palącego w dodatku z namaszczeniem papierosa za papierosem. Przy obowiązkowo zamkniętym oknie.

Bavulcu dudniący w bębny w czasie Ramazanu, który budzi nas nad ranem, nie stanowi już egzotycznego elementu ubarwiającego nasze stambulskie życie. Kuchnia turecka smakuje nadal, spróbowaliśmy jednak większości potraw i nie chce nam się już przytakiwać znajomym, którzy twierdzą, że są najlepsze na świecie. Przecież doskonale wiemy, że oni sami w to nie wierzą.

Opatrzyli nam się tureccy bruneci i brunetki. Pozorne przejawy sympatii, które odbieraliśmy do niedawna jako początki przyjaźni, okazują się jedynie częścią tureckiego savoir vivre.

Język, który oceniliśmy zbyt pospiesznie jako łatwy, nie brzmi już jak melodia dla naszych zmaltretowanych gramatyką uszu. Jesteśmy wręcz przekonani, że im więcej wiemy, tym mniej rozumiemy. Nawet po kilku latach pobytu w Turcji sprzedawca może wybałuszyć oczy słysząc nasze proste pytanie i nalegać na komunikację po angielsku, którym bynajmniej nie włada.

Beyoğlu straciło swój orientalny charakter. W weekendy wolimy omijać Taksim szerokim łukiem w obawie, że zadepczą nas tam na śmierć. Mrzonki o mieszkaniu z widokiem na Bosfor lub Morze Marmara i Wyspy Książęce już dawno poszły w niepamięć. Zniechęciły nas realia i krwiopijcy w postaci agentów nieruchomości.

Tureckie media i polityka powodują palpitacje serca. Nie możemy znieść histerycznej prezenterki wiadomości, której rysy twarzy są prawie niewidoczne pod teatralnym wręcz makijażem. Po tureckich serialach nawiedzają nas koszmary.

Wreszcie dotarła do nas smutna prawda o trzęsieniu ziemi. Turecka biurokracja okazuje się porównywalna do polskiej (a nawet gorsza, biorąc pod uwagę problemy z komunikacją wynikające z nieznajomości języka; naszej – tureckiego, urzędników – angielskiego).
O uzyskaniu pozwolenia na pracę dawno przestaliśmy marzyć.

Przychodzi moment, kiedy wydaje nam się, że Stambuł to najbardziej zatłoczone miejsce na świecie. Nie rozumiemy szczerzących się do obiektywów turystów, pozujących na tle widoków, które jeszcze kilka miesięcy temu i nas zachwycały.
Lato wydaje nam się oczywiście zbyt upalne.

Faza turystycznego zauroczenia, zwana miesiącem miodowym lub etapem fascynacji, nieubłaganie dobiegła końca. Ratunek? Natychmiastowa ucieczka albo zaciśnięcie zębów w oczekiwaniu na cud.

Albo na nadejście fazy trzeciej.

piątek, 4 marca 2011

Klapki na oczach, czyli faza zachłyśnięcia się Orientem



Wiemy już, że once an İstanbullu, always an İstanbullu.
Nie tak łatwo jednak stać się Stambulczykiem zintegrowanym. Pogodzonym ze swoim tureckim losem. Akceptującym drobne stambulskie niedociągnięcia.
Przed nami droga długa, kręta i stroma niczym uliczki Tarlabaşı.


Różowe okulary, czyli stambulskie początki

Jeśli chcemy zostać Stambulczykiem z własnej, nieprzymuszonej woli (a nie w wyniku poświęcenia w imię miłości lub innego rodzaju kompromisu) oznacza to, że miasto musiało nam co najmniej przypaść do gustu. Stambuł przedstawia się uroczo na pocztówkach i filmikach promocyjnych tureckiego ministerstwa turystki, zetknięcie z Orientem na żywo nie musi jednak wcale zachęcić do wielkiej życiowej zmiany i decyzji o przeprowadzce nad Bosfor.
Przeciwnie, jeśli w ramach turystycznego wypadu zahaczyliśmy tylko o okolice Sultanahmet i placu Taksim, w dodatku latem, będziemy mieć ciekawe wspomnienia i udane zdjęcia, ale po powrocie do domu odetchniemy z ulgą. Na myśl o tym, że za nami już cały ten tłum świecących fleszem po oczach turystów, plączących się pod nogami naganiaczy i krwiopijczych sprzedawców z Wielkiego Bazaru.
Dla wielu taka dawka Wchodu w pigułce będzie dawką maksymalną.

Jeśli więc chwilowy, przypadkowy zwiedzacz postanowił zatrzymać się w Stambule na dłużej, oznacza to, że został zarażony stambulskim wirusem, który każe patrzeć na Bosfor przez różowe okulary.


Zaczyna się niewinnie. Zachwyca głos muezina nawołującego do modlitwy, budzący nas o świcie. Turcy/Turczynki mijani/e na zatłoczonych ulicach wydają się egzotyczni/e i nad wyraz atrakcyjni/e. Kuchnia – jedną z najlepszych, jakich próbowaliśmy. Z entuzjazmem chłoniemy język turecki, wkuwamy z determinacją każde nowe słówko ciesząc się jak dzieci na entuzjazm tubylców, którzy chwalą nas tylko z grzeczności. Spędzamy godziny na Beyoğlu, snując wizje nowego życia w stylizowanym na styl osmański mieszkaniu z obowiązkowym widokiem na Bosfor.

Nie zrażają nas gapie z konserwatywnych dzielnic. Nie wzruszają działania tureckich polityków, które irytują naszych znajomych. Niestraszna nam myśl o trzęsieniu ziemi. Stambulskie korki w godzinach szczytu jeszcze nas nie dotyczą, bo dopiero rozglądamy się za pracą. Na myśl o posterunku policji, który będziemy regularnie odwiedzać, aby załatwiać formalności związane z naszym pozwoleniem na pobyt, nie przeszywa nas nieprzyjemny dreszcz. O trudnościach związanych z uzyskaniem pozwolenia na pracę w ogóle jeszcze nie słyszeliśmy.

Cieszymy się stambulska zimą, wspominając ze zgrozą polskie mrozy i zamiecie śnieżne. Być może właśnie ze względu na pogodę żyjący tu ludzie sprawiają wrażenie bardziej zadowolonych z życia. Zrelaksowani i uśmiechnięci, na pytanie „co słychać?” nie rozpoczynają litanii skarg i zażaleń.

Wszystko to jednak do czasu…

czwartek, 24 lutego 2011

Stambulczycy


Kontynuacja wątku sentymentalno-rzewnego. Tym razem o ofiarach Stambułu, które przez miłość do Miasta Miast postradały zmysły i utraciły instynkt samozachowawczy.
Najpierw o powodach przyjazdu, czyli subiektywny przegląd Stambulczyków z wyboru.


Stambulczyk z powołaniem, czyli kaganek oświaty sam się niesie po Bosforze

Złośliwi mawiają, że większość obcokrajowców żyjących w Stambule to sprytni native speakers, którzy niczego w życiu nie osiągnęli, a jedyne, co potrafią, to udawać nauczycieli swojego ojczystego języka. Mniej lub bardziej wiarygodnie.

Ciekawym przykładem Stambulczyka z powołaniem jest David, lat około czterdziestu. Uczył w jednej z prywatnych szkół podstawowych, po czym zrobił sobie roczną przerwę na Chiny. Wrócił jednak do Turcji, bo „brakowało mu Bosforu”. Zatrudnił się ponownie we wspomnianej szkole, z której po jakimś czasie z wielkim hukiem wyleciał (po tym, jak z nie mniejszym hukiem wybił szybę łazienki nauczycielskiego mieszkania; na znak protestu – nie było ciepłej wody…).
Wielka strata dla tureckiego systemu edukacji, David był ponoć nauczycielem z prawdziwym powołaniem. Miejmy nadzieję, że zatrudniła go inna, mniej restrykcyjna placówka edukacyjna.

Kolejnym Stambulczykiem z powołaniem jest tak zwany „Andrew”, który w rzeczywistości nosi długie i trudne do wymówienia imię (składające się z kilku członów, brzmiące podobnie jak Abdullah) i zapewne z tego właśnie powodu nadano mu przydomek w wersji „native’owej” (a nie by namieszać w głowach rodzicom, którzy wysyłają pociechy do szkoły, gdzie, zgodnie z zapewnieniami dyrekcji, uczą osoby anglojęzyczne…).

Była też przedszkolanka, której imienia sobie nie przypomnę – szybko zniknęła z nauczycielskiego grona przez swoje niepoprawne politycznie zachowanie. Uczyła grupę kilkulatków alfabetu na gorszących przykładach: A jak Allah, D jak Devil, G jak God, a ponieważ nie była to szkoła z rodzaju İmam Hatip (szkoła średnia szkoląca imamów, muzułmańskich przywódców duchownych), a prywatne, świeckie przedszkole, Kanadyjka została zwolniona. Religijna inwigilacja nie przeszła.

(zaniepokojonych rodziców dzieci uczęszczających do tureckich placówek oświatowych spieszę w tym miejscu poinformować, że powyższe przykłady osobowości i osobliwości to przypadki odosobnione; gros nauczycieli to jednostki prawe, szlachetne, odpowiednio przeszkolone i przygotowane do pracy z młodzieżą, nie nadużywające trunków procentowych ani żadnych innych używek).


Stambulczyk zakochany, czyli co ja tutaj robię

Stambulczyk zakochany to przypadek znacznie bardziej skomplikowany. W Stambulczyka zakochanego przeistoczyć się może Stambulczyk z powołaniem, jeśli głównym powodem zapuszczenia w Turcji korzeni jest aşk (miłość). Stambulczykiem takim jest się również, gdy rzuca się wszystko dla poznanego w Bodrum basenowego ratownika i leci za nim na oślep do Stambułu, bo ukochany rezyduje tam u rodziny podczas długich zimowych miesięcy, czyli tak zwanej sezonowej przerwy. Albo gdy podejmuje się bardziej racjonalną decyzję przeprowadzki do kraju chłopaka (znacznie rzadziej dziewczyny), którego dobrze się zna i który będzie wspierać nas w trudnych chwilach, jakich w trakcie przystosowywania się do nowego życia na pewno nie unikniemy…
Strategii przystosowawczych jest wiele, jedna z nich to… totalne odcięcie się od tureckiej rzeczywistości. Można zaszyć się w czterech ścianach, rozmawiać z mężem po angielsku, unikać tureckich mediów, pracować w międzynarodowym środowisku szkoły językowej, a przyjaźnić tylko z rodakami. Na samym początku pobytu w Stambule spotkałam znajome znajomej (która nie chciała iść na spotkanie sama, przewidując, że będzie nudne…) – grupę kilku Angielek i Amerykanek. W pewnym momencie koleżanka spytała bardziej doświadczonych tureckim życiem kobiet, jak długo uczyły się języka. Prawie wszystkie oznajmiły z rozbrajającą szczerością, że mimo kilku lat pobytu w Stambule nie uczyły się, nie uczą i nie planują. Mają swoje grono tureckich expatów i jest im dobrze ze znajomością podstawowych tureckich zwrotów niezbędnych do porozumienia się z kelnerem, fryzjerem lub policją. Zwrotów bardzo podstawowych w wersji „Kali jeść”, słyszałam bowiem, jak jedna z kobiet prosiła kelnera o rachunek…


Stambulczyk tymczasowy, czyli ukierunkowany na sukces

Stambulczyk tymczasowy wpada do Stambułu, zarabia pieniądze i ze Stambułu ucieka. Rzeczywistość turecka może oczywiście spodobać mu się na tyle, że postanowi zostać. I trudno mu się dziwić!
Wysłany przez międzynarodowy koncern dostaje zarobki wyższe od swoich tureckich kolegów (a tym bardziej koleżanek) z pracy. Ma prestiż – jako „wysłannik Zachodu” nie musi udowadniać, na ile go stać. Przeciwnie, to jego wielbią pracownicze tłumy hierarchicznej struktury tureckiej korporacji. O naukę tureckiego też martwić się nie powinien – tłumacz ułatwi mu życie w firmie, w której i tak niewiele osób będzie znało biegle angielski. Pozwolenie na pracę? Kpina. Tym już na pewno nie będzie zawracać sobie swojej zapracowanej głowy. Wszystko ustalone jest przed tureckim „zesłaniem”. Wystarczy przyjechać, sumiennie pracować i cieszyć się willą w Yeniköy z widokiem na Bosfor.


W kolejnym poście o etapach stawania się Stambulczykiem.

czwartek, 17 lutego 2011

W poszukiwaniu straconego Wschodu


Wschód niedefiniowalny

Na ile Stambuł jest „wschodni”, a na ile „zachodni”, każdy ocenić powinien wedle własnego widzimisię. Geograficzny podział na Azję i Europę nie jest bynajmniej równoznaczny z podziałem kulturowym. W części europejskiej możemy spotkać członków bractw religijnych (słynny, zamieszkały przez konserwatywnych muzułmanów dystrykt Çarşamba, będący częścią tradycyjnej dzielnicy Fatih) i kobiety odziane w czarczafy. Na „dalekim” stambulskim wschodzie, leżącej po azjatyckiej stronie miasta Alei Bagdadzkiej, zobaczymy natomiast co najmniej nieskromne Turczynki ubrane w bardzo skąpe stroje (często znanych i wcale nie tanich projektantów – sklepów Burberry, Dior, Versace jest tam pod dostatkiem).

Idąc w dół odchodzącą od placu Taksim Aleją İstiklal, będącą ścisłym centrum rozrywkowym Stambułu, trafimy na Karaköy i ulicę, gdzie znajdują się warsztaty, sklepy oraz sklepiki, których pracownicy (tureccy mężczyźni) oferują klientom (innym tureckim mężczyznom) typowo „męski” asortyment (metalowe panele, rury, śruby, śrubki oraz wiele innych ciekawych akcesoriów, wliczając w to węże strażackie). Kobieta – widok rzadki i niezwykle doceniany (zaciekawionych spojrzeń doświadczyłam na własnej skórze, bo w ciągu minionego roku bywałam w tej okolicy dość często).

Trzy minuty od placu Taksim, jądra tureckiej sodomy i gomory – cieszące się złą sławą Tarlabaşı. Jeśli odstawiona na sobotni wieczór, nieuświadomiona turystka, trafiłaby przypadkowo z imprezy na İstiklalu do tej dzielnicy, poczułaby się co najmniej nieswojo (taka pomyłka jest jednak niemal niemożliwa zważywszy na to, że radosny Taksim dzieli od kontrowersyjnego i mrocznego Tarlabaşı nieformalna granica: granica ciemności).

Mitem i turystycznym faux pas jest więc uznanie części europejskiej za kulturowo nam bliższej i bardziej „cywilizowanej”. Wyjeżdżający do Stambułu na intratne kontrakty menedżerowie dobrze wiedzą, co robią, decydując się na mieszkania znajdujące się na „wschodnim”, azjatyckim przecież Caddebostan…


Wschód upragniony

Kogo ciągnie na wschód? I właściwie – po co?
Mało dzieje się w Europie? Krajach cywilizowanej Unii Europejskiej?
Z jakiego powodu pchać się do kraju, w którym trzeba płacić 60 lira miesięcznie za tak zwany „pobyt” (sam fakt stąpania po tureckiej ziemi i oddychania tureckim tlenem) i użerać się z biurokracją w walce o niemal nieosiągalne pozwolenie o pracę?
Czy chodzi tylko o nowe, inne, nieznane? O krajobraz, klimat, trudną do uchwycenia tak zwaną „atmosferę”? Ludzi? Widoki, smaki, zapachy?


Wchód utracony

Luty nie jest wbrew pozorom (a przynajmniej wbrew temu, co mi się kiedyś wydawało) miesiącem najwyższego wskaźnika samobójstw i panującej wszechobecnie depresji.
Od czasu do czasu, szczególnie w okresie tak zwanej niesprzyjającej aury, warto jednak oczyścić się z negatywnych emocji i nie kumulować w sobie nieracjonalnej złości do świata, materii żywej oraz nieożywionej, mniej lub bardziej winnej.
Nieracjonalna, osobista złość bierze się stąd, że wyjeżdżając ze Stambułu żywiłam maleńką, niewinną nadzieję, że tak zwany i przez wielu uwielbianych Zachód może okazać się tym, co przyciągnie i zainteresuje mnie bardziej niż cała ta absurdalna Turcja, w której siedzę… siedzę… i „nic” z tego wynika (a wynikać „coś” powinno, w końcu skazałam się na całą tą mordęgę z jakiegoś niebłahego powodu, prawda?).

Dokładając przez niemal pół roku nieustannych starań, dokonując sabotażu w postaci samo-prania-mózgu, mimo najszczerszych chęci i największych starań, stwierdzam, że Stambuł to miejsce jedyne, niepowtarzalne i (w tym momencie) niestety dla mnie nieosiągalne.

Nieokreślona tęsknota za bliżej niezdefiniowanym Wschodem będzie więc prześladować mnie aż do wiosny, kiedy to przebiśniegi, skowronki, te sprawy… i może wreszcie nawet tu zaświeci slońce.

środa, 9 lutego 2011

Tarlabaşı, stambulski wyrzut sumienia



Gdy spytamy przeciętnego Stambulczyka, jaką część miasta uważa za najbardziej niebezpieczną, wielu odpowie zgodnym chórem: Tarlabaşı! (ci bardziej ostrożni rzucą ogólne hasło „Taksim”, mając zapewne na uwadze kieszonkowców oraz odwiedzających centrum mieszkańców przeróżnych dzielnic, w tym tureckich młodzieńców nieokrzesanych i średnio w świecie obeznanych, szwędających się bez celu w sobotnie wieczory i leniwe niedzielne popołudnia, a właściwie mających cel jeden: przyglądanie się, przybierające czasem formę irytującego gapienia; zwykle na kobiety).


Strach się bać

Na Tarlabaşı mieszka wielu Kurdów i Romów. Dzielnica jest opisywana głównie przy użyciu dwóch słów: „bieda” i „niebezpieczeństwo”. Średnio zachęcające.
O ile po Stambule kręciłam się sporo, na początku zwykle sama, a dzielnice odkrywałam arcyciekawe (miesiąc spędzony na Gaziosmanpaşa szokował nawet dość tolerancyjnych i odpornych na dziwactwa znajomych – zupełnie niesłusznie, przemiła okolica), o tyle zła reputacja Tarlabaşı utkwiła jakoś w mojej nie do końca pozbawionej stereotypów i podejrzeń głowie. Do znajdującego się tam muzeum Adama Mickiewicza wybrałam się dopiero po dwóch latach, pod ochroną światła słonecznego i grupy znajomych (przyznaję, głownie chyba dlatego, że aż tak mnie owe muzeum nie intrygowało – zupełnie niesłusznie, całkiem ciekawe).

Zgoda, Tarlabaşı zamożne nie jest. Bałagan, rozsypujące się (przepiękne) domy, biegające, umorusane dzieci, wszechobecne, rozwieszone na długich sznurach pranie. W ciągu dnia nie spotkamy legendarnych lokalnych transwestytów, prostytutek i dilerów. Zobaczymy za to normalne, leniwe życie biednej stambulskiej dzielnicy. Przestraszyć nie powinien się nawet najprzezorniejszy turysta. Chyba, że sam będzie prosić się o kieszonkowców.


Stambuł pęka w szwach.
Minione pięćdziesiąt lat: 900 proc. Stambulczyków więcej (tak, zera są dwa). Najbliższa dekada to około półtora miliona nowych imigrantów, dla których zatłoczona metropolia będzie musiała znaleźć miejsce. I pracę.
Dla zobrazowania: powierzchnia Stambułu jest nieco większa od londyńskiej, ale w tureckim mieście gigancie żyje aż 30% więcej ludzi.

Liczba mieszkańców zaczęła wzrastać drastycznie pod koniec lat 60-tych, w związku z migracjami ze wsi, których rezultatem są powstałe dzielnice biedy. Gecekondu (dosłownie: „wybudowane nocą”) to nisko budżetowe budynki wznoszone „pod osłoną nocy”. Zgodnie z prawem domy powstałe w okresie od zmierzchu do świtu nie mogą bowiem zostać zburzone...

Również opustoszałe, należące kiedyś do Greków, Ormian i Żydów mieszkania na Tarlabaşı stały się domem dla przybywających z biednych wiosek robotników, którzy kilkadziesiąt lat temu zamieszkali w Stambule. Od lat żyją tu również nielegalni imigranci, ale też wysiedlani przez państwo z południa kraju Kurdowie. Teraz rząd chce ich wysiedlić ponownie. Z Tarlabaşı.


Oczyszczanie terenu

Wielki (Podejrzany) Plan to przemieszczenie mieszkańców Tarlabaşı oraz przeprowadzenie na szeroką skalę rewitalizacji okolicy. Kontrowersyjny projekt przedstawia się NA RZĄDOWEJ STRONIE naprawdę zacnie. Nikt o zdrowych zmysłach nie negowałby przecież renowacji wspaniałych, niszczejących, zabytkowych budynków. Co jednak w praktyce oznacza „przemieszczenie” liczącej przeszło 40 tysięcy mieszkańców dzielnicy...?
Fotograf Jonathan Lewis i antropolog Constanze Letsch prowadzą BLOGA, który rozprawia się z mitami dotyczącymi Tarlabaşı, starając się uniknąć zarówno stygmatyzacji mieszkańców dzielnicy, jak i europejskiego, „orientalistycznego” podejścia, które przedstawia biedę dzielnicy jako Turcję autentyczną, nieskażoną zdemoralizowaną „europejskością”.



piątek, 31 grudnia 2010

Londyn z Turkiem w tle

Moda, Morze Marmara



Once an Istanbullu, always an Istanbullu
– pisze dość patetycznie w swojej książce Istanbullu Buket Uzuner.

Skąd bierze się unikalność Stambułu? Czy to kwestia dobrego marketingu? Czy faktycznie mamy do czynienia z miastem miast, królową metropolii (Stambuł zdaniem Uzuner jest bowiem… kobietą)?

Egzaltowanym i melodramatycznym monologiem miasta Stambuł zaczyna się ta pełna emocji, wręcz rozhisteryzowana momentami książka. Poddałam się po przebrnięciu przez połowę. Zmęczyły mnie niekończące się wątpliwości irytujących do bólu bohaterów, którzy z sadomasochistycznym upodobaniem babrają się we własnych, trudnych zresztą dla nich samych do zdefiniowania, emocjach.


Stambulska klątwa

Ten wyświechtany banał (ileż to razy słyszeliśmy od tureckich znajomych, że Stambuł „zostaje w sercu na zawsze”, że „to niepowtarzalne miasto”, że „nigdzie indziej nie będziemy czuć tego europejsko-azjatyckiego schizofrenicznego rozdwojenia”) sprawdza się w moim przypadku.
Jeszcze przed wyjazdem wiedziałam, że Stambułu łatwo zastąpić się nie da. Nie chodzi tylko o zapierające dech widoki (niepodważalne piękno Bosforu i morza Marmara i tak nie zadowoli w pełni narzekających na nierówne chodniki oraz nie tak sterylne jak szwajcarskie ulice).
O co więc chodzi?
Może ślady przeszłości, duch imperium osmańskiego, zarażają niemożliwym do wyleczenia wirusem?
A może uroczy stambulski chaos przyciąga niespokojne dusze (nie poukładanych leni), które lubią trwać w stanie przyjemnego zawieszenia?


Wyjaśnień racjonalnych brak

Wiele osób zadaje to samo, cisnące się na usta pytanie – dlaczego akurat Turcja? Dlaczego Stambuł? Jest to pewnie w dużym stopniu kwestia przypadku. Z jakiegoś powodu czułam jednak, że Stambuł to właśnie miasto, w którym muszę zamieszkać. Zadziwiająco gładko weszłam w tureckie życie, które sobie wymyśliłam. Poczułam po prostu, że jestem we właściwym miejscu.
Znajoma skomentowała kiedyś moje upodobania krótkim stwierdzeniem: Agata, ty się prostu lubisz użerać.

Nie mogę przypomnieć sobie momentu pierwszego kulturowego szoku, pierwszej rzeczy, z którą faktycznie musiałam się użerać. Powinien to być uliczny chaos, bałagan, hałas. Było wprost przeciwnie – tureckie ulice spodobały mi się właśnie ze względu na swoją energię, dźwięki, nieład. Jednym słowem bajzel. Podejście do tej kwestii ewaluowało oczywiście z czasem…

Może kierowcy? Nienawidzę jazdy samochodem, nawet z dobrym kierowcą, a w Turcji… A w Turcji o empatycznego, zrównoważonego psychicznie kierowcę nie tak znowu łatwo… Szczególnie wśród taksówkarzy, kierowców autobusów, a już na pewno kierowców dolmuszy.

Chyba dość szybko zaczęło mnie irytować postrzeganie i traktowanie przez niektórych kobiet. Mam głównie na uwadze mój pobyt w konserwatywnym Kayseri, gdzie opiekowano się mną zdecydowanie przesadnie. Mimo tego, że zwykle doceniałam starania organizatorów projektu, miałam często ochotę wybić im zęby, trzasnąć drzwiami i uciec do Ankary (najbliższe „zdegenerowane” miasto, z pubami i koncertami).

...

Turcja „prześladuje” mnie w Londynie na każdym kroku.
Pierwszego miesiąca znajomi zapraszają do tureckich knajp, twierdząc, że to nie z grzeczności, a z czystego egoizmu (tureckie żarcie jest przecież najlepsze!). Zresztą, na każdym rogu kebab za trzy funty, grzechem byłoby się nie skusić.

Listopad – turecki festiwal filmowy, podczas którego można zobaczyć Miód, Za głosem stada, Kosmos…

Szukanie pracy. Ku wielkiemu zaskoczeniu, Turcja to najwyraźniej mój najmocniejszy punkt w CV, najciekawszy moment rozmowy kwalifikacyjnej, gdy potencjalnemu pracodawcy rozświetlają się oczy, rozpalają policzki. Turcja? No proszę. Stambuł? Fascynujące. Cztery lata? Niesamowite…

Green Lanes, Hackney – gdyby nie wiktoriańskie domki, można by pomyśleć, że znaleźliśmy się nagle na jednej ze stambulskich ulic.


Mutlu Yillar bez oglądania się wstecz

Piszę po jakiejś chorej przerwie, przerażająco długich dwóch miesiącach, i aż wierzyć mi się nie chce, że tak bardzo zaniedbałam tego bloga. To chyba powyjazdowa reakcja obronna
(a może po prostu kolejny dowód na moje nieuleczalne i niczym nieuzasadnione lenistwo oraz konsekwentną niekonsekwencję).

W Nowym Roku życzę zatem konsekwencji i wytrwałości.
Oraz zdrowia, szczęścia, pomyślności – aby życie było miodem (i tureckim kajmakiem) płynące.
A Turcja prześladowała nas zawsze i wszędzie.