poniedziałek, 4 lutego 2008

Dwie tury podziękowań i jedno ogłoszenie



Pierwsza tura podziękowań

Dziękuję wszystkim, którzy przyszli do Planu Be, pili chilijskie (ups) wino, zadawali pytania, oglądali film, patrzyli na zdjęcia i byli zadowoleni.

Dziękuję szczególnie tym, którzy pstrykali, odklejali, przyklejali i pomagali kupować wspomniane chilijskie (ups) wino. Gdyby nie ta pomoc, byłoby ciężko [w przenośni i dosłownie].



Druga tura podziękowań

Dziękuję wszystkim, którzy wydali 1,22 zł brutto [tak to chyba było] na wysłanie smsa i oddali tym samym głos na mojego bloga. Gdybym miała 10 głosów więcej, przeszłabym do kolejnej rundy w krwiożerczej walce o aparat fotograficzny. Tak więc warto było! Oj, warrrrrto!



Ogłoszenie

Niniejszym ogłaszam, że w roku 2008 nie będę się zaniedbywać, nie będę się lenić i nie będę próżnować. Postów będzie więcej. Częściej będą. Dłuższe będą. I oby były ciekawsze. Więcej radosnych zdjęć obiecuję również.

I kolorowych snów życzę.

Dziś nawet Tarkan jest fajny


Taksim

Czy może być coś przyjemniejszego od powrotu do miasta, które wita nas wiosną?

Skoczyłam właśnie do ‘bakkala’ [pobliskiego sklepikarza] w letnich spodenkach, średnio grubej bluzie i wiosennych bucikach [po wodę, kawę i mleko].

Nie przewiało mnie.

Nie przemokłam.

Nie przemarzłam.

[to chyba z jakiejś reklamy… ależ mi się wryło w pamięć! brr…]

Anomalia pogodowa?

Pamiętam swój przyjazd do Stambułu pod koniec stycznia, dokładnie rok temu.

Włóczyłam się po Istıklalu w cienkiej koszuli, szorując po ulicy płaszczem trzymanym w ręku. I piłam sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy [co mi szybko weszło w nawyk – jak również parę innych, mniej zdrowych zwyczajów].

Wszyscy i tak straszyli śniegiem.

Spadł tylko po azjatyckiej stronie i utrzymał się może dzień.

Po kilku tygodniach zaczęło co prawda lać i wiać [o bosforskim wiaterku można by długo – nie lubią go na pewno zatoki, a przynajmniej nie moje].

Z polską zimą miało to wspólnego jednak niewiele.

I właśnie śnieg ze stycznia 2007 roku, który spadł w Polsce na dwa dni przed moim wyjazdem do Turcji [z przyjemnością odgarniałam obfite zwały szufelką, wiedząc, że to ostateczne pożegnanie] był ostatnim przeze mnie widzianym. I doświadczanym.

No, prawie.

Nie liczę tego stambulskiego sprzed około trzech tygodni, bo był już prawie roztopiony, kiedy wyszłam z pracy. Nie liczę też tego, który spadł następnego dnia i zniknął po 24 godzinach. Leżałam w domu przykryta kołdrą, a okna zasłoniłam szczelnie zasłonami [swoją drogą, białymi].

W Polsce witały mnie ostatnio suche chodniki i słoneczko, tutaj podobnie – z tym, że również nieco wyższa temperatura.

Dziś 11 stopni.

W Erzurum było za to –10. A w Antalyi +17.

Fasssscynujące.

Z tej radości aż włączę sobie Tarkana.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Oblewanie w PLANie


Mój Oscar




Moi Drodzy Turkolodzy i Turkofile!


Mam przyjemność zaprosić Was na:

-wystawę fotografii (zdjęcia z różnych zakamarków Turcji)
-tureckie jedzonko
-turecką muzykę
-oraz turecki film (znany i kochany: 'Życie jest muzyką')


Gdzie? Plan Be na Placu Zbawiciela (Aleja Wyzwolenia 18)
Kiedy? Już w tą środę o godzinie 19!


A wszystko to na zakończenie mojego 'tureckiego' projektu: 'Portrety Kobiet'.
Książka o polsko-tureckich parach żyjących w Turcji wydrukowana! Spoczywa grzecznie w stosiku w moim pokoju.


[Złota krowa ze zdjęcia to namiastka Oscara, którego sobie z tej okazji - w swej skromności - przyznaję].


Przybywajcie z żonami, mężami, dziećmi i innymi bliskimi!
Można tańczyć i śpiewać. Liczę na fantazję uczestników.

wtorek, 22 stycznia 2008

Stambuł i promy

Dziś będzie mokro i błękitnie.

Pluskowato.

Wodniście.


Zdjęcia promów i jachtów z różnych stambulskich przystani.

Od 'dzień dobry' po 'dobranoc'.



Śniadanie w Çelgenköy, strona azjatycka. Simit, çay i najlepszy punkt widokowy na sam środek mostu łączącego oba kontynenty.



Bebek (tłumaczenie na polski: bobas) pławi się w luksusie. Europa.
Idąc wzdłuż wybrzeża mijamy jachty małe, jachty większe i jachty spore. W tym jachty do wynajęcia. Spacer od mostu A do mostu B (Bebek-Ortaköy) skutkuje niezłą opalenizną.


Europejskie Karaköy. Raj wędkarzy-profesjonalistów (jeden z wielu).


Z Karaköy dopływamy do Kadıköy. Mijamy zabytkową kolejową stację Haydarpaşa i... jesteśmy znów w Azji.

Z powrotem w Europie. Przystań Beşiktaş.

Ortaköy. Po lewej stronie (niewidoczny na zdjęciu) piękny meczet. I most. Widok pocztówkowy. Z jeszcze-Europy a prawie-już-Azji.


Zachód słońca w azjatyckim Üsküdar.


Wieczór w europejskim Eminönü. Rybne burgery i faszerowane ryżem małże, czyli kolejny raj wędkarski.


A na dobranoc - rejs Bosforem. Tureckie wesele na love boat 'Paradise'.

środa, 26 grudnia 2007

2007 [rok pod znakiem tureckiej flagi]


Pod specjalnym nadzorem

Trzydziesta rocznica krwawych zamieszek z 1977 roku.

Pierwszego maja tego roku, po raz pierwszy od trzydziestu lat, miała miejsce nielegalna demonstracja na placu Taksim.




Impreza patriotyczna

Turecka flaga występuje niemal w każdej postaci. Są kalendarze, długopisy, naklejki. Bywają koszulki i szaliki. Tutaj, Drodzy Państwo, mamy do czynienia z flagą balonową.




Przyjaźń polsko-turecka

… w Adampolu – polskiej wsi na obrzeżach Stambułu





Na sprzedaż

Turecką flagę można również kupić od ulicznego sprzedawcy.

Napięta sytuacja polityczna powoduje wzrost popytu na patriotyzm.

Na zdjęciu patriotyzm konsumpcyjny po azjatyckiej stronie miasta – flaga do nabycia za jedyne kilka lira. Dzielnica Kadıköy.

***

Tureckich akcentów w roku 2008 wszystkim z Małą Turecką Obsesją (i tym, którzy czytają, bo mnie lubią)

[do zobaczenia w Stambule]

piątek, 7 grudnia 2007

Lost in Istanbul



…czyli dwie krótkie opowieści z serii „Ruch Uliczny”

Było wczoraj o korkach i taksówkach w statystykach.

Czas na piątkowe doświadczenia własne.

A jak…!

Opowieść numer 1

Godzina 10. Jadę do pracy, jak co dzień, tym samym autobusem numer X. (proszę bez paniki, to sytuacja wyjątkowa, sytuacja wręcz ekstremalna – zazwyczaj jestem w tym autobusie już o 8.30). Pada. Co oznacza deszcz w Stambule? Paraliż miasta. Przesadzam. Po prostu korki (moim zdaniem – korki, i tak mniejsze od warszawskich; według tureckich znajomych – paraliż miasta).

Kreatywny kierowca postanawia zmienić trasę i trzy przystanki przed miejscem, do którego zmierzam, odbija w lewo. Pruje nieźle. Zanim docieram na dół autobusu, by zapytać o powód zmiany, jesteśmy już trzy przystanki dalej (przyznaję, że przez pierwszą minutę wykazałam się biernością – uznałam, że kierowca chce ominąć korki, pokręci się bocznymi uliczkami, by wrócić na główną drogę i dowieźć mnie szczęśliwie na upragniony przystanek – tak to czasem w Stambule bywa).

Primo – kierowca oznajmia mi, że jesteśmy już w innym rejonie miasta.

Secundo – chichocze sobie pod wąsem, czym doprowadza mnie do szału.

Po trzecie wreszcie – pruje z prędkością światła i zatrzymuje się na następnym przystanku. Hen, hen. Hen.

Bez pieniędzy na taksówkę (z dolarami do wymiany, dwiema lirami na akbilu i jedną w kieszeni) główkuję, kombinuję i docieram do pracy na 11. (w autobusie starszy mężczyzna ustępuje mi miejsca – mówi, że źle wyglądam…)

Opowieść numer 2

Godzina 21. Wsiadam w taksówkę przy Galatasaray Lisesi (liceum na topie i na poziomie – wykładowy francuski i światli absolwenci). Kierowca, zamiast zawieść mnie górą, przez Taksim, pruje dołem. „Bo korki” – tego jednak nie raczy mi początkowo wyjaśniać, jedzie za to w dół i powtarza: „wszystko dobrze”. Kręcimy się po szemranej okolicy (mniemam, że słynne Tarlabaşı). Mijamy jakieś garaże. Baraki. Ogromny płomień palonych śmieci i grupki młodzieńców przy nich się kręcące. Gazi Osman Paşa to przy tych okolicach dzielnica willowa. Zjazd dołem w kolejną, jeszcze węższą i jeszcze ciemniejszą uliczkę. Zaczynam się wiercić. Ranny? chory? koleś leżący na środku uliczki w otoczeniu grupki przyjaciół? wrogów? którzy wymachują złowrogo w stronę naszej taksówki. Humor psuje mi się na dobre. Wyjmuję telefon i chcę gdzieś zadzwonić. Na policję? Ręce mi się trzęsą. Zaczynam stłumionym głosem przekonywać kierowcę, że w tych okolicach to ja jednak nie mieszkam…

A on – hop, siup, prawo, lewo, lewo, prawo, tralala, i do góry. Z radością pokazuje mi, jaki makabryczny korek na głównej ulicy ominęliśmy.

Bo pada.

Bo paraliż miasta.

Wysiadając z taksówki bardzo mu podziękowałam.

Za ominięcie korków.

Bo deszcz.

Bo leje.

On na odchodnym powiada, że dobrze być ostrożnym, tak jak ja – bo z kierowcami w Stambule nigdy nic nie wiadomo.

Dziwne – słyszę to prawie od każdego taksówkarza, a wracam zawsze bezpiecznie do domu.

Do tego – w jakim tempie!

Nawet, kiedy pada.

I paraliż miasta jest.


A jak.

czwartek, 6 grudnia 2007

Istanbul



Za turecką zasłoną. Ukryty Beşiktaş







Liczba osób przeprowadzających się do Stambułu każdego dnia: 500.

(zauważalne...)

Liczba osób, które popełniły w ubiegłym roku w Stambule samobójstwo: 430.

(przez to miasto można postradać zmysły... kończy się to dobrze lub bardzo źle)


Liczba samochodów na 1000 mieszkańców miasta: 137.

(współczuję kierowcom: korków, wąskich i krętych uliczek oraz braku miejsc parkingowych - powiedziała starająca się unikać oparów samochodowych spalin wielbicielka promowych zanieczyszczeń)

Liczba taksówek w mieście: 17 406.

(żółte, z szalonymi kierowcami... zawsze. wszędzie. niezawodne. historie o porwaniach włóżmy między bajki)

Wysokość przeciętnego rocznego wynagrodzenia netto mieszkańca Stambułu: 5 000 USD.

(ech...)