wtorek, 21 sierpnia 2018

Życie słodkie jak baklava



W Turcji takie miłe święta, a ja tu do Was z nieładnym tekstem.

Nie będzie o okolicznościowym zarzynaniu baranków, uspokajam podejrzliwych wegetarian. Nie będzie też o baklavie. Będzie o Polsce. Uwaga...

Urodziłam się dawno, dawno temu – dawniej, niż niektórzy z Was sądzą (stąd wypływająca z wieku i doświadczenia bezdyskusyjna starcza mądrość, która na mnie spływa). Przeżyłam w naszym pięknym kraju ćwierć wieku, zanim zdecydowałam się na – całkiem racjonalny z mojego punktu widzenia, a zupełnie nieracjonalny – w mniemaniu wielu rodaków – krok. Był nim wyjazd do Turcji.

Ale dlaczego tam? Przecież wszyscy emigrują do Londynu. Hmmm... Może właśnie DLATEGO?
Ale dlaczego Turcja? Brzmi niebezpiecznie. Życie jest niebezpiecznie. Picie coca-coli na przykład.
A co, jak nie znajdziesz pracy? Zaryzykuję kontrowersyjne stwierdzenie, że chcący znaleźć pracę raczej ją znajdzie. Poza wyjątkami (kryzys totalny, wojna i inne kataklizmy) zdeterminowany i w miarę ogarnięty życiowo człowiek, który naprawdę chce pracować, będzie to robił. Może nie w zawodzie, może za początkowo śmieszne pieniądze, może nie tak, jak sobie wymarzył, ale do CZEGOŚ na pewno się przyda. Wszystko zależy od determinacji, priorytetów i gotowości na kompromisy. Czasem okazuje się, że nie warto. Czasami – wprost przeciwnie.
A co, jak nie będziesz mieć znajomych? Niewykonalne. Next.
I na koniec moje ulubione, odwieczne, i – przepraszam, ale bardzo polskie – a co, jak ci się NIE UDA?

Nie udać to się może ciasto, kiedy wyjdzie z niego zakalec (który swoją drogą lubię). Czy życie to test, który trzeba zdać na 100%, w dodatku na czas i według narzuconych kryteriów Szanownej Komisji Egzaminacyjnej? Kto wystawia oceny? Czy przypadkiem nie my sami?

Może dlatego, że zostałam wychowana w duchu stwierdzenia ten, kto chce, znajdzie sposób, a ten, kto nie chce, znajdzie wymówkę, czarnowidztwo nie stało się moim życiowym mottem. A dodam, że do wybitnych optymistek się bynajmniej nie zaliczam. Jestem po prostu przekonana, że powtarzane jak zdarta płyta antyafirmacje (jest źle, a będzie jeszcze gorzej) nie dodadzą nam chęci do działania, a prędzej staną się samospełniającym proroctwem.

Dlatego po dekadzie słuchania tureckiego nie ma problemu, naprawimy, załatwimy, zorientowałam się, że niepostrzeżenie zaczęłam doceniać to podejście już dawno temu. I że powtarzane wokół przez tyle lat, niczym mantra, w dużym stopniu na mnie wpłynęło.

Może trudno w to uwierzyć, ale wystarczył niedawny roczny pobyt w Polsce, bym o nim prawie zapomniała. Ucichło pod pierzynką śniegu, na skrzpiącym mrozie, pod ciemną chmurką, w biurze oświetlonym jarzeniówką już od wczesnego rana. Wokół odpowiedzi stara bieda na pytanie co słychać i problemów pierwszego świata: kredytu do spłacenia (bank dał ci kredyt, fantastycznie), gdzie pojechać na wakacje, bo tyle miejsc do wyboru, a tylko dwa tygodnie wolnego (masz pracę i do tego urlop, świetnie) i że benzyna drożeje (stać cię na samochód, rewelacja). Kwestia podejścia. Nie chciałeś/aś kredytu/umowy/samochodu – trzeba było nie brać, nikt nie kazał. Ja na przykład nie posiadam. Kwestia wyboru. Pożyczek unikam jak ognia, nawet zwykłej karty kredytowej – opędzam się od nich jak wampir od czosnku, bo wiem, że miałyby na mnie zły wpływ. Praca dla kogoś od-do, na tzw. (złudne) „stałe”, nie jest dla mnie – próbowałam kilkakrotnie, zawsze z podobnym rezultatem: uciekałam, gdzie pieprz rośnie. Samochodów nie lubię, ze wzajemnością.

Oczywiście, mogłabym na te braki narzekać, do narzekania zawsze przecież znajdzie się powód. Tylko po co?          

Nieładnie, wiem. To wszystko przez pogodę, rozumiem. Ale jestem w końcu z Polski, więc musiałam sobie pozrzędzić. Oczywiście z przymrużeniem... Oka (Proroka).

sobota, 18 sierpnia 2018

O niebo lepiej



Widok na to skrzydło dodaje skrzydeł. Przez chwilę jestem tym właśnie konkretnym samolotem, a może nawet ptakiem.
Dlatego zawsze wybieram miejsce przy oknie.

Lot to dla mnie stan pewnego specyficznego zawieszenia ponad ziemską rzeczywistością. Dobrze mi się wtedy myśli, pisze. Całkowity brak kontroli nad tym, co dzieje się z samolotem (chyba, że zechciałabym przejąć stery) sprawia, że na tych kilka godzin mogę z czystym sumieniem pozbyć się wszelkiej odpowiedzialności. Po przekroczeniu progu kabiny świat zewnętrzny zostaje za plecami i zaczyna rządzić prawo pokładu. Oddanie życia w ręce załogi przywraca poczucie zależności znane nam z dzieciństwa. Jesteśmy kruchymi ludźmi zdanymi na łaskę pilotów-półbogów.

Ponowne przekroczenie progu samolotu to przecież powrót do intensywnego świata, w dodatku z mocnym startem, bo wprost w lotniskowy zgiełk, a zaraz potem stambulski chaos.
Dlatego zawsze korzystam z tych kilku godzin paradoksalnie przyjemnej bezradności.