środa, 18 lutego 2015

Stambuł to muzyka


Uliczna, mniej lub bardziej profesjonalna

Podziemia metra, najbardziej oblegane ulice i deptaki – tu, jak w każdym innym kraju, znajdziemy muzyków świetnych jak i tych ledwie poprawnie brzdąkających. Ulica nie dyskryminuje. Grający na wiolonczeli klasyczne utwory studenci konserwatorium uzbierają często do przysłowiowego kapelusza tyle samo co początkujący, ale za to zabójczo przystojny gitarzysta z godnym pozazdroszczenia talentem marketingowym.

Weekendowa Aleja İstiklal to prawdziwy wysyp muzycznych talentów i beztalenci. Co kilkaset metrów nowe dźwięki, nowe emocje. Leciwy staruszek grający w zawrotnym tempie na kemençe (trójstrunowe skrzypce – popularny instrument w regionie Morza Czarnego) i towarzyszący mu młody chłopak (wnuczek?), sprawujący pieczę nad wpadającymi szczodrze do pudełka monetami. Sprawiająca tylko wrażenie oderwanej od rzeczywistości, orientalno-rockowa grupa, której członkowie najwyraźniej mocno stąpają po ziemi – jeden z nich uśmiecha się zalotnie, prezentując ulicznej widowni płytę (do nabycia w promocyjnej, ma się rozumieć, cenie). Kilkadziesiąt metrów dalej smętny saksofonista ze smętnym utworem. Mimo świetnego brzmienia nie przykuwa uwagi przechodniów tak jak barwnie ubrani (przebrani?) Peruwiańczycy tupiący żwawo w rytm wygrywanej na flecikach, prostej melodii. Cóż, etniczne klimaty z tego regionu świata to w Stambule stosukowo nowe zjawisko…

Ulica to nie tylko muzyczna scena – to również parkiet. Prawdziwa scena taneczna. Wystarczy jedna darbuka i rytmiczne uderzenia, by wokół niepozornego grajka zebrał się krąg tańczący z pasją halay (turecki taniec ludowy).

Najciekawszą, a przy tym specyficznie stambulską „sceną muzyczną” jest jednak… prom, czyli przeprawa na drugi kontynent umilana przez samozwańcze gwiazdy podróży: zwykle młodych, na oko studentów, przeważnie w parze wokal-gitara. Pragnącym skupić się na lekturze lub marzącym o wyciszeniu po długim dniu pracy zaleca się szybkie oddalenie w najbardziej zaciszny zakątek promu. Jeśli taki się znajdzie...


Barowo-restauracyjna, mniej lub bardziej spontaniczna

W barach, jak to barach, bywa różnie. Jedno jest pewne: przyjechać do Stambułu i nie wpaść na barowy koncert to hańba i skandal.

Turcy uwielbiają muzykę, taniec, śpiew. Widać to wyraźnie nawet w miejscach, w których muzyki na żywo brak – barowe głośniki często podkręcone są do granic możliwości, co utrudnia komunikację i wymusza krzyk w miejsce normalnej mowy. Z muzyką na żywo bywa jeszcze głośniej. Brzmi to ciekawie zwłaszcza latem – barowy ogródek atakowany jest muzyką z lokali dookoła, w głowie zaczynają szumieć dwie, czasem trzy melodie jednocześnie. Z pozytywów: nie słychać zespołów z dalej położonych barów – te najbliższe skutecznie zagłuszają bardziej oddalone decybele…

Najwspanialszym elementem stambulskiej sceny barowej są jam sessions, gdy przypadkowi muzycy tworzą ciekawe instrumentalne konfiguracje i grają spontanicznie muzykę wyższych lub niższych lotów – zależy od miejsca i, oczywiście tego, jakiego kalibru są to muzycy. Oraz czy danego wieczoru mają wenę.

Do turystycznych must-do (w którym zawierają się must-see, must-hear, must-eat, must-drink…) należy wieczór w meyhane, tureckiej restauracji, w której zajada się zimne i ciepłe meze (przystawki) oraz dania główne (głównie pod postacią ryby) i popija anyżówkę przy akompaniamencie muzyki tradycyjnej. Hałaśliwy wieczór w meyhane umilają zwykle instrumenty takie jak saz (lutnia o długim gryfie), klarnet i darbuka. Czasem akordeon. Napiwek dla grających obowiązkowy. Zamawianie utworów – mile widziane.


Klubowo-koncertowa, mniej lub bardziej płatna

Swing Night w Mama Shelter... i koktajle za pół ceny

Jeden z wielu ubiegłorocznych koncertów polskich zespołów: Drekoty w Muzeum Pera

Jesień, czyli dużo deszczu i Hard Rock Cafe, czyli dużo klasycznego rocka

Środowy High Jazz w Klubie ROXY. Najlepsi muzycy, wstęp wolny. Zdjęcie: Istanbul Funk Unit z Moniką Bulandą na perkusji

Replikas, czyli niekonwencjonalna mieszanka dziwnych dźwięków. Turecka psychodelia w najlepszym wydaniu

Stambuł jako miasto muzyki przedstawił świetnie w swoim filmie Życie jest muzyką turecki reżyser, Fatih Akın. Polecam, obejrzałam trzy razy.

4 komentarze:

Islenskii pisze...

ła tak jaka skrupulatna i systematyczna w swoim blogowaniu

mor cadı pisze...

wróciłeś !!! :D

Kasia Z. pisze...

To co mnie naprawde urzekło w Stambule to właśnie muzyka i ludzie "na luzie",nie tak jak u nas, wszyscy dookoła zestresowani

mor cadı pisze...

luzu się nabiera po paru latach, oj, zdecydowanie... stres się po prostu nie opłaca, bo "jak się nie da to się nie da, trzeba poczekać"... ;)