sobota, 22 czerwca 2013

A Stambuł jak ten Feniks

ŹRÓDŁO

Ostatni miesiąc to mój wzrastający podziw dla Turków. Tak, nie przewidziało się Szanownym Czytelnikom: podziw.
Ponad trzy tygodnie od pierwszego szczodrego ochrzczenia garstki pokojowych demonstrantów gazem, tydzień po ostatecznym rozprawieniu się przez policję z wielotysięcznym stambulskim „Woodstockiem” i średnio pojednawczej mowie Premiera Republiki, postanowiłam bezwstydnie uzewnętrznić się. Będzie emocjonalnie, niemal patetycznie, a przede wszystkim – subiektywnie. Ostrzegam lojalnie wrażliwych oraz stroniących od polityki. Dziś nie o słodko-pierdzących widoczkach na Bosfor. Dziś o tej mniej bright side of life. A jednak z happy endem.


Bana ne (co mi do tego), czyli: zajmuję stanowisko

Mimo wrodzonej ostrożności i nabytej (oraz uskutecznianej z różnym rezultatem) dyplomacji uważam, że mam prawo do wyrażenia własnej opinii na temat wydarzeń ostatnich tygodni. Wydarzeń, które miały miejsce, dosłownie i w przenośni, pod moim domem.

Mam do tego prawo, ponieważ mieszkam w tym kraju (Stambuł + Kayseri) przeszło siedem lat i jego los nie jest mi obojętny .

Mam do tego prawo, ponieważ skończyłam socjologię, interesuję się polityką i szeroko pojętą zmianą społeczną. Czytam prasę, śledzę wydarzenia. Krótko mówiąc: zależy mi.

Mam do tego prawo, ponieważ działałam jako wolontariusz w organizacjach zajmujących się prawami człowieka: w Polsce (Service Civil International) oraz Turcji (Amnesty International) i to, co działo się na ulicach Beyoğlu w ciągu ostatnich dni (wspomnę tylko karetki przewożące gaz, atakowanie szpitali gazem i armatkami wodnymi, aresztowania pomagających rannym lekarzy-wolontariuszy – lista nie należy do najkrótszych) autentycznie mnie zdruzgotało.

Mam do tego prawo, ponieważ przez trzy dni (1.06., 15.06, 16.06) ulica, na której mieszkam, przekształciła się w strefę „wojny”. Mimo, że nie wychylałam z domu przysłowiowego nosa, moim nozdrzom dostało się solidnie. Dla niewtajemniczonych: nadmienię, że gazem.

Mam do tego prawo MIMO że nie uczęszczałam do tureckiego żłobka, nie jadłam od maleńkości dolmy i baklawy, a mój turecki nadal pozostawia wiele do życzenia.

Wszystko to wbrew opinii jednego z moich byłych uczniów, który twierdzi, że „tylko Turek zrozumie Turka” i „tylko Turek ma prawo wypowiadać się na temat Turcji”.

Jako NIE-obywatelka Turcji NIE głosująca w wyborach NIE zamierzam komentować demokratycznego wyboru większości społeczeństwa.
Jako mieszkająca w Turcji od kilku lat zwolenniczka społecznego dialogu, pokojowych demonstracji oraz, krótko mówiąc: demokracji (która zakłada liczenie się z NIE głosującą na rząd opozycją, głosem wszelkich mniejszości) zamierzam natomiast skomentować decyzję o użyciu władzy.
A komentarz jest krótki: było to zwykłe władzy nadużycie.


Młodość, świeżość, gładkość, czyli powiew Nowego

Park Gezi to nie Turcja w pigułce. To raczej „rewolucja” klasy średniej, bunt tureckiej młodzieży. Sprzeciw wobec nie liczenia się z głosem społeczeństwa, podejmowania arbitralnych decyzji dotyczących stylu życia, przyszłości miasta: tego, co Stambulczyków dotyka bezpośrednio. Sprzeciw – jakby nie patrzeć na liczby – mniejszości.
Jestem pełna podziwu dla tej wielotysięcznej mniejszości, która przewinęła się przez park. Mniejszości, która „okupowała” tą zieloną przestrzeń, nadając jej nowe znaczenie. Mniejszości, która bawiła się, dyskutowała. Mimo braku sił porządkowych nie było w parku kradzieży, gwałtów, rozboju. Było za to poczucie solidarności i wiara w to, że głos społeczeństwa może i powinien być wysłuchany.

Znajomy koło czterdziestki, który nie brał udziału w protestach, wyraził się o nich następująco: „Ja tam łaził nie będę, zapracowany jestem i za stary, ale muszę przyznać, że miło mnie ta nasza młodzież zaskoczyła. Już myślałem, że oni tak tylko bezmyślnie szkoła-dom-gry komputerowe-Facebook, a tu proszę, na czymś im jednak zależy. I są nawet za to w stanie nieźle oberwać. Nie do końca rozumiem, ale szanuję.”

Powtórzę: nie jestem obywatelką tego kraju. Nie oddałam i (prawdopodobnie) nie oddam głosu w wyborze jego władz – ani samorządowych, ani parlamentarnych, ani prezydenckich. Szanuję demokratyczne decyzje społeczeństwa. Chcę jednak podkreślić, że szanuję też społeczeństwo – nie tylko 50% dopuszczonych do głosowania obywateli Turcji, którzy oddali swój głos na partię, która przekroczyła 10% próg wyborczy. Szanuję także tych, którzy oddali głos na opozycję lub partie, które uzyskały mniej niż 10% głosów. Szanuję głosujących na posłów niezależnych, którzy nie dostali się do parlamentu. Szanuję wszystkich tureckich wyborców – także tych, którzy protestowali pokojowo przeciwko planom przebudowy parku Gezi. Szanuję tych, którzy pokojowo dołączyli do protestu widząc nadużycie władzy i brutalność policji. I właśnie z powodu tego szacunku pozwolę sobie na stanowczy sprzeciw wobec odpowiedzialności zbiorowej i nazywania wszystkich protestujących „wandalami”. Pozwolę sobie na wyrażanie sprzeciwu wobec krzywdzącego i fałszującego rzeczywistość rzekomego przymusu opowiedzenia się po stronie „czarszafów” albo „chuliganów”.


Co nas nie zabije, to nas wzmocni

W niedzielne popołudnie 16 czerwca, po ciężkiej dla Cihangiru nocy (gazowanie do 5 nad ranem) wybrałam się na późne popołudniowe śniadanie. W drzwiach wejściowych budynku minął mnie sąsiad, pan w średnim wieku, który (na widok mojej pobladłej twarzy) poklepał mnie po ramieniu zapewniając, że dzięki wydarzeniom ostatnich dni wszystko „zmierzać będzie ku lepszemu”. Jako średnio tymi słowami pocieszona polska pesymistka zamówiłam menemen w knajpie na rogu i zaczęłam smętnie dłubać w tureckiej jajecznicy. Przypadek chciał, że w lokalu obok udzielała właśnie wywiadu posłanka niemieckiej partii Zielonych (której to posłance oberwało się poprzedniej nocy w atakowanym przez policję hotelu Divan). Po skończonym interview ludzie zaczęli spontanicznie klaskać, zrobiło się niemal wesoło (?!). I, nawet ja, zwykle sceptyczna, uśmiechnęłam się do swojego omleta.

Wydarzenia ostatnich tygodni to dla Stambułu zaledwie draśnięcie. Wojny, pogromy, podbicia, pożary – to dopiero nokaut, który nie dobił naszej europejsko-azjatyckiej mega wioski. Co dopiero jakieś tam pomazane mury, porozrzucane śmieci… A tym bardziej gaz, który dawno już przeminął z wiatrem…

wtorek, 11 czerwca 2013

Woodstock i pole bitwy, czyli stambulski surrealizm dni minionych

porysunki.blogspot.com

…tyk, tyk…

Excuse my language, ale nerwy zaczynają puszczać.

Powyższy obrazek ilustruje z grubsza atmosferę ostatnich dziesięciu dni. Gdy w sobotę 8 czerwca policja opuściła plac, zaczął się rzekomy stambulski „Woodstock”: tysiące demonstrantów w parku siedzi, w parku śpi, w parku czyta, w parku robi teatr, w parku się bawi. Słowem – w parku żyje. Nie zapominajmy, że to jednak nie wielka impreza, a demonstracja. Niektórzy są tu 24 godziny na dobę – nocują w namiotach. Ci, którzy następnego dnia udają się do pracy, wieczorami wracają zwykle do domów, często na azjatycką stronę miasta. Część protestujących powiewa sztandarami (rozmnożyło się ich, jak przewidywał chyba każdy, jak przysłowiowych grzybów po, już mniej przysłowiowych, toksycznych deszczach): mamy więc różnego rodzaju partie, tęcze LGBT oraz nieodzowną czerwień flagi gwiazdy i półksiężyca. Lenina koło Che, zaraz obok Deniz Gezmiş ramię w ramię z Ojcem Turków (niektórzy ze wspomnianych być może przewracają się z tego powodu w grobach). Wokół krążą lub rezydują sprzedawcy „zestawu protestującego”: nabyć można spray’e, maski przeciwgazowe (dla praktycznych) oraz maski Anonymous’a (dla lansujących się). W tle biblioteka, zajęcia z jogi, teatr. Demonstranci czytający, demonstranci tańczący, bawiące się dzieci, świętująca młodzież. Misz masz ludzi z różnych kręgów, jak podkreślają sami protestujący: różnych opcji politycznych i niepolitycznych, różnych wyznań (lub ich braku), w różnym wieku.

Nie musi to być estetyka, która odpowiada każdemu, trzeba jednak przyznać, że: 1.) w parku nie jest niebezpiecznie, a protestujący to nie chuligani; 2.) obserwowany proces to zjawisko, którego nie należy ignorować. Tymczasem... 1.) od początku protestu grupa pokojowych demonstrantów nazywana była konsekwentnie chuliganami; 2.) tureckie główne stacje telewizyjne przez pierwsze dwa dni wydarzeń ignorowały zajścia w Stambule.

…bum !

Ten pozornie sielsko anielski obrazek, w rzeczywistości tykająca bomba, należy od dzisiejszego poranka do przeszłości. Nikt nie łudził się chyba, że status quo będzie trwać wiecznie. Większość (w tym ja) naiwnie wierzyła jednak, że w środę dojdzie do obiecanych w poniedziałek rozmów demonstrantów z władzą. Tymczasem…

"Wbrew wcześniejszym zapowiedziom władz, turecka policja weszła do parku Gezi. Władze zapowiadały, że zależy im wyłącznie na tym, by demonstranci opuścili plac Taksim, który jest bardzo ważnym punktem komunikacyjnym miasta. [korzystam codziennie z metra, wsiadając na stacji Taksim – nie doświadczyłam żadnych komunikacyjnych niewygód - przyp.] Kilka razy podkreślano, że będą mogli zostać w parku Gezi, aż do planowanego spotkania z premierem. Godzinę temu, [w południe] policja gromadząca się od rana wokół parku, zintensyfikowała swoje działania. W ruch poszły armatki wodne i duże ilości gazu łzawiącego, a pierwsze oddziały policji weszły na obrzeża parku." (ŹRÓDŁO)

Amnesty International, HelsińskaFundacja Praw Człowieka i wiele innych organizacji pozarządowych potępiło dziś oficjalnie brutalne użycie siły przez policję oraz aresztowanie kilkudziesięciu prawników, którzy zgromadzili się, by zademonstrować swe poparcie dla protestujących w parku. Czy na dobę przed ustalonym spotkaniem z demonstrantami pokaz władzy i eskalacja konfliktu mogą leżeć w interesie premiera rządu? Czy konflikt osiągnie dziś apogeum, czy uda się – cudem – doprowadzić do jutrzejszych rozmów?

Na te oraz inne pytania nie będę udzielać odpowiedzi, ponieważ boli mnie głowa od latających mi nad domem helikopterów.
Poza tym, szczerze – nie mam zielonego pojęcia.

(galeria zdjęć z "Woodstockowego" parku Gezi: TUTAJ)

niedziela, 2 czerwca 2013

Turecka wiosna (?)

Gaz nie sprzyja również czworonogom

Oczekiwania protestujących wobec rządu:
1. Gezi Park musi pozostać parkiem.
2. Odpowiedzialni za decyzje o nadużyciu przemocy wobec pokojowej demonstracji powinni zrezygnować ze stanowisk.
3. Dalsze użycie gazu musi zostać natychmiast wstrzymane.
4. Aresztowani demonstranci powinni zostać wypuszczeni na wolność.

O co właściwie chodzi z tym niepozornym parkiem? Czy dla (ostatniego nawet), lichego skrawka zieleni w centrum miasta warto ryzykować zdrowie, a nawet życie?

"This is not about Islam versus secularism. This is not about ideology. This is about abuse of power." („Nie chodzi wcale o Islam versus sekularyzm. Nie chodzi wcale o ideologię. Chodzi o nadużycie władzy.”)
(z bloga myphilosofia)

Nie ujęłabym tego lepiej. Jak już większość zachodnich mediów (nawet polskich – w piątek zaczęły pojawiać się wreszcie informacje odnośnie stambulskich wydarzeń, jak choćby artykuł na gazeta.pl, w którym Stambuł figuruje/figurował co prawda jako… „stolica Turcji”) podała, nie chodzi już tylko o park, lecz:

- o brak konsultacji i arbitralne decyzje dotyczące poruszających część społeczeństwa kwestii, jak choćby zamknięcia kina Emek (pokojowe protesty aktorów, reżyserów, filmowców, architektów oraz zwykłych Stambulczyków, rozpędzane przez policję gazem łzawiącym), zakazu sprzedaży alkoholu w sklepach po godzinie 22, planów budowy centrum handlowego w parki Gezi (mimo sprzeciwów architektów i urbanistów);

- o drastycznie nieproporcjonalne stosowanie siły przeciwko pokojowej, niewielkiej grupie demonstrantów (policja użyła armatek wodnych i gazu, gdy manifestanci siedzieli spokojnie w Gezi Park i czytali książki w trakcie pikniku, podczas którego częstowali nawet policję jedzeniem… za poczęstunek ten zostali nagrodzeni sporą dawką gazu: film do obejrzenia TUTAJ).

- o cenzurę tureckich mediów, które przez długi czas milczały na temat stambulskich wydarzeń (do kultowych już należą zamieszczane na Facebook’u zdjęcia: amerykański CNN vs CNN turecki, telewizja norweska vs telewizja turecka):



Prorządowa gazeta Zaman zauważyła, iż „problem parku Gezi może stać się kroplą, która przeleje czarę cierpliwości”.


Ocalą nas (?) żołnierze Aty

"Plac Taksim jest terenem, na którym szaleją ekstremiści" - słowa wypowiadane w momencie, gdy zagraniczne media oraz media społecznościowe prześcigają się w informacjach na temat protestu dziesiątek tysięcy pokojowych manifestantów: wszelkich opcji politycznych i niepolitycznych, organizacji pozarządowych, zwykłych i niezwykłych ludzi w różnym wieku, a nawet różnych narodowości. Protesty mają już miejsca w wielu miastach, tureckie media nie są i nie będą na pewno w stanie ignorować wydarzeń, w których bierze udział tak ogromna rzesza ludzi.

Jakich ludzi? I tu zaczyna się mały problem…

Do protestu, który rozpoczął się jako pokojowy i apolityczny zaczęły wczoraj dołączać grupy stricte polityczne oraz… zwyczajni wandale. W zamieszkałej przeze mnie dzielnicy Cihangir (10 minut piechotą na plac Taksim) zgromadził się wczoraj pokaźny tłum – w większości trzeźwy, sympatyczny i apolityczny. Policja wycofała się akurat z Taksimu, zapanowała więc pewnego rodzaju atmosfera zwycięstwa. Która, niestety, bynajmniej mi się nie udzieliła. Powody?

Po pierwsze, nigdy nie przestaje kołatać mi w głowie pytanie: co dalej? (za godzinę? jutro? za miesiąc?). Wobec planów dalszego uczestnictwa w manifestacji nie wydało mi się więc rozsądnym… obalanie z gwinta butelek wina. Po drugie, jak to zwykle w tego typu protestach bywa, jego kilku nie tak już miłych uczestników (prowokatorów, idiotów, lub zwyczajnie – ludzi, którym ze zmęczenia i stresu zaczęły wysiadać nerwy) zaczęło wymachiwać flagami, krzycząc hasła o Republice i Atatürku. Ciekawy to widok, gdy podchmielony Kemalista całuje turecką flagę, śpiewa, że jest żołnierzem Aty i wyzywa „faszystowski”, wybrany demokratycznie (czy nam się to podoba, czy nie) rząd. Całe szczęście, że moi sąsiedzi to ludzie myślący, a nie fanatycy – od razu rozległo się buczenie i krytyczne komentarze („No tak, już się pojawiają pierwsi wariaci…”).

Problem jednak w tym, że im dłuższy protest, tym więcej nerwów, tym większe zmęczenie, a gdy dochodzi alkohol – niestety też wandalizm.

Dlatego cieszą takie oto zdjęcia – oznaki zdrowego rozsądku:


Nie chodzi o AKP i religię
CHP i Atatürka
MHP i naród
BDP i Kurdów
To protest społeczeństwa przeciwko nadużyciu władzy, a nie promocja partii politycznych!

Zwał jak zwał, a i tak wiadomo, jaki będzie finał…
A może jednak nie?