czwartek, 30 maja 2013

Spytaj policjanta…

Zdjęcie agencji REUTERS/Osman Orsal. Park Gezi, Taksim. 28/05/13

…on ci gazem w twarz

Jechał dziś ze mną metrem sympatyczny policjant w średnim wieku. Nie tam żeby się od razu witał wylewnie ze współpasażerami, damom rozdawał kwiaty i do wszystkich specjalnie szczerzył; sprawiał po prostu wrażenie miłej osoby. Nie takiej, co by dwudziestoletniej, nie stosującej przemocy studentce, prysnęła gazem w twarz.

Być może zawodzi mnie pamięć, ale gdy sięgam do jej najgłębszych otchłani, nie przypominam sobie tak gorliwej reakcji policji na pokojowe wyrażanie społecznego niezadowolenia. Pragnę zauważyć, że nie należę do fanów opozycji, daleko mi do krytyki rządu „dla zasady” i lamentów nad zbliżającym się nieuchronnie drugim Iranem. Boli jednak niszczenie zabytkowych budynków pod szyldem renowacji, przerabianie ich na centra handlowe i architektoniczne koszmarki w jednym (wbrew stanowczym protestom architektów miasta i konserwatorów zabytków). Szczodre rozpylanie gazu w kierunku najmniejszych nawet garstek pokojowych manifestantów (jak choćby tych demonstrujących obecnie przeciwko niszczeniu ostatniej kępki zieleni w okolicy placu Taksim) trudno jednak nazwać dialogiem społecznym. Raczej sporej części społeczeństwa lekceważeniem (o zakazie sprzedaży alkoholu po 22 nie wspomnę; paradoksalnie uważam, że wyjdzie to na zdrowie autorce bloga oraz jej znajomym).

Zastanawia mnie, co myśli sobie młody chłopak, który pryska gazem w twarz stojącej na wprost rówieśniczki. Dziewczyny, która nie rzuca w niego kamieniem ani koktajlem mołotowa, tylko stoi sobie, ot tak, po prostu, w czerwonej sukience. Na wyciągnięcie ręki.

Pamiętam londyńskie zamieszki sprzed dwóch lat, gdy „sfrustrowana bezrobociem młodzież bez perspektyw” demolowała witryny sklepów, dewastowała samochody, kradła plazmy. Policja i gaz? Skądże znowu. Armatki wodne? Bynajmniej. Pomyślałam wtedy, że przydałyby się Londynowi tureckie służby porządkowe. Pół żartem, pół serio.

Prześcigamy się ostatnio w szkole kreatywnymi żarcikami będącymi specyficznym oswajaniem piekącej w oczy rzeczywistości. Uczniowie, którzy spóźniają się na lekcje podają jako powód „gazowe ataki”, nauczyciele przypominają z kolei o włożeniu masek przed wyjściem z budynku, szczególnie w weekendy (ma wówczas miejsce większość demonstracji i ich gazowe rozpraszanie). Kilka razy zdarzyło się, że w czasie lekcji zamykaliśmy w pośpiechu okna. Dobrze, że działa klimatyzacja, bo zbliża się gorące lato.

Dosłownie i w przenośni…

środa, 1 maja 2013

Dom nad rozlewiskiem: wersja turecka, ulepszona

/z dedykacją dla Skylar/


Zabrzmi to jak niewybredny żart, a zaprawieni w boju śródziemnomorscy wczasowicze popukają się w opalone głowy, ale… Alanya to dla mnie na chwilę obecną wieś spokojna, wieś wesoła. W tureckim, nieco cieplejszym wydaniu.

Jedną z najpopularniejszych wakacyjnych destynacji odwiedziłam po raz pierwszy w maju, cztery lata temu. Spacery po skąpanej w słońcu promenadzie, wycieczka na wzgórze Kale, wygrzewanie bladego ciała na plaży Kleopatry, zbyt mocna Long Island Iced Tea. A wszystko to jeszcze przed turystyczną apokalipsą, bez depczących po piętach Rosjan, Niemców i Skandynawów oraz pokrzykujących z każdego sklepiku naganiaczy. Przestronne mieszkania z marmurowymi posadzkami za cenę stambulskich klitek ze ślepą kuchnią, tudzież cieknącym dachem. Podwórkowy basen, pięciominutowy spacer na plażę. Świeże warzywa i owoce z pobliskich wiosek – tak tanie i smaczne, że dieta sama zmienia się na zdrowszą, bez lamentów i poświęcenia.

Powrót do Stambułu przypłaciłam tygodniowym kryzysem. Pracowałam wówczas na przyspieszonych obrotach, co zapewne przyczyniło się do stanu lekkiej powakacyjnej nerwicy. Sielankowa wizja życia pod palemką wracała jak bumerang. W końcu trzeba się jednak było ogarnąć, zacisnąć zęby i wrócić do walki o przetrwanie w megametropolii. Co z oczu to i z serca, a wybrzeże śródziemnomorskie nie zając, wrócić przecież zawsze można…

Wielki wakacyjny come back nastąpił dopiero po czterech latach. Nie będę rozpisywać się o tym, jak to „czas szybko leci”. Chcę jedynie zaznaczyć, że mimo upływu lat Alanya nie zmieniła się, moim skromnym (i jakże mylnym) zdaniem, prawie wcale. Przybyło oczywiście betonu, ubyło zieleni. Jako uradowana turystka nie zauważyłam jednak zaniku natury na rzecz turystycznej koniunktury; o fakcie rozbudowy miejskiej tkanki zostałam poinformowana przez lokalnych starych wyjadaczy. Dla mnie Alanya to niezmiennie: świdrujący zapach jaśminu, oślepiający błękit nieba i różowe kwiatki, obowiązkowo za uchem – nieodłączny element pamiątkowych zdjęć z wakacji (jak one się nazywają…?).


Dr Jekyll and Mr Hyde

Alanijska wieś podobno zmienia się latem w turystyczną dżunglę. Nie było mi dane zobaczyć na własne oczy tej imponującej metamorfozy. Trochę żałuję, z czystej ciekawości. Nie dla mnie jednak spalona na skwarkę skóra, prysznic, który nie przynosi orzeźwienia, nastolatki skaczące na dyskotekowych stolikach w rytm hitów lata i przebojów z wakacji ubiegłych (których nie znam i znać pewnie nigdy nie będę). Stąd decyzja o turystycznym sezonie emeryckim – kwiecień czy maj to moim zdaniem pora wymarzona – na opalanie, na pływanie. Na konsumpcję drinków i odpoczywanie.

Kusi jednak, by poczuć choć przez chwilę słodko-gorzki klimat, dla którego z jakiegoś powodu uderzają do Alanyi tłumy spragnione czegoś, co w emeryckim kwietniu zapewne mnie omija. Jeszcze bardziej intryguje, kto przyjeżdża tu każdego lata. Czego szuka, do czego wraca? Czy aby tylko do mglistego wspomnienia romansu ubiegłego lata?

Ja wrócę pewnie za cztery lata do moich niemieckich emerytów opalających się nad piętnastometrowym, podwórkowym basenem.

Chyba, że... kaderYapacak bir şey yok.