poniedziałek, 30 grudnia 2013

Apetycznego dwa tysiące czternastego



Stambuł to gastronomiczny zawrót głowy, turecka kuchnia w pigułce. Długa i smaczna wyliczanka dla spragnionych kulinarnych doznań. Misz masz smaków i zapachów potraw z siedmiu regionów kraju. Uczta o każdej porze dnia i na każdą kieszeń.

Małe knajpki z domowym jedzeniem, gdzie właściciele witają się z klientami jak z przyjaciółmi. Wielkie śniadania z kilkoma rodzajami białych serów, oliwek i hektolitrami mocnej herbaty. Lokanta, turecki odpowiednik baru mlecznego, raczej nie dla jaroszy: zamiast naleśników i leniwych znajdziemy tu wiele mięsnych potraw, w tym osławione tureckie kebaby. Stoły uginające się wieczorami pod ciężarem meze, przystawek na zimno i ciepło, oraz rakı, tureckiej anyżówki. Uliczno-gastronomiczny zawrót głowy: ryż z ciecierzycą i kurczakiem, prażone kasztany, obwarzanki, ociekające lukrem słodycze. A to tylko początek wyliczanki dla spragnionych kulinarnych doznań…


O stambulskim jedzeniu piszę w styczniowym wydaniu magazynu VOYAGE.
Już dawno po świętach, można więc bez wyrzutów sumienia zafundować sobie turecką ucztę… Życzę miłej lektury. I smacznego w nowym, 2014 roku.


czwartek, 3 października 2013

Błękitny Meczet kontra Ulica Barowa



Stambulskie frustracje

Sultanahmet Camii

Rozglądasz się wokół i myślisz: dywan jest, jaki być powinien, lampki nastrojowe, kafelki niczego sobie. Minaretów aż sześć. Ochów i achów jednak brak.
Skąd ten chłód uczuć? Jeśli widziało się w życiu niejeden meczet, Błękitny nie powali na kolana. Tym bardziej, gdy obskoczyliśmy też stambulskie Süleymaniye, Yeni Camii, meczety w dzielnicy Eyüp, Fatih, Ortaköy… Możemy cierpieć wówczas na pewnego rodzaju architektoniczny, minaretowy przesyt. Nie ustawiajmy meczetowi Sultanahmet poprzeczki zbyt wysoko – ot, jedna z wielu stambulskich atrakcji, a nie siódmy cud świata. Zdroworozsądkowe nastawienie uprzyjemni zwiedzanie.


Stygmat turysty

Nie dadzą nam spokoju. Jak w każdym masowo odwiedzanym wielkim mieście pracownicy knajp i sklepów z pamiątkami zapraszają, zagadują, zachwalają. Im bardziej turystyczna okolica, tym większe ryzyko nagabywania. nie do końca więc niemiła niespodzianka, raczej nieuniknione doświadczenie.

Mieszkamy w Stambule od lat? Żadne tłumaczenia nie pomogą, jeśli snujemy się po turystycznie utartych szlakach, a tureckość nam z oczu nie patrzy. Stambuł mówi introwertykom stanowcze NIE.

Jak żyć, jak sobie radzić? To oczywiście, że w zagłębiach turystycznych jest zwykle drożej. Nie dziwią próby naciągania, zawyżania cen, niewielkich finansowych machlojek (nie zamawialiśmy wody, która widnieje na rachunku?). Goście, którym zachciało się masochistycznej wyprawy w okolice Błękitnego Meczetu latem, w dodatku w czasie weekendu, muszą sobie radzić sami. Na Taksim w sobotni wieczór wyciągnąć nas może jedynie powalająca na kolana promocja ulubionych drinków. Letnia niedzielna wyprawa na Wyspy Książęce to samobójstwo – prom przypomina nagrzaną puszkę z sardynkami, a spacer po wyspie – dreptanie w gęsim stadzie.


Stambulskie niespodzianki


Kız Kulesi

Widok na słynną wieżę z brzegu azjatyckiej dzielnicy Üsküdar. Pufy pokrywające betonowe schody niejedno już przeżyły; upływający czas odebrał im jednak tylko nieco urody, nie wygodę.
Wspomniane schody to wielka, tania kawiarnia na świeżym powietrzu. Herbata lub puszka coli – najczęściej zamawiane napoje. Alkoholu brak. Jest za to prażony słonecznik, zachwalany przez (często małoletnich) sprzedawców, którzy krążą niestrudzenie między podziwiającymi zachód słońca stambulczykami i turystami. Nikt nie pogania, nie wyprasza. Nawet, gdy dawno już ujrzeliśmy dno szklaneczki zamówionej herbaty. Tylko nowo przybyli amatorzy romantycznych wieczorów mogą rzucać niecierpliwe spojrzenia, jeśli wolnych miejsc brak. A zdarza się.
Zachód słońca ze słonecznikiem w dłoni i z Kız Kulesi w tle obowiązkowym punktem programu.


Ulica Barowa

Z konserwatywnego Üsküdar ruszamy do skrajnie odmiennej dzielnicy Kadıköy. Położone rzut beretem od siebie (łatwy i szybki dojazd dolmuşem), a różne jak woda i ogień (lub ayran i Efes).
Wiem… wielu turystów powie: nic specjalnego, na Beyoğlu są ciekawe architektonicznie budynki, a tu to jakaś taka komuna. Wiem, że radykalni turyści rzekną: nie ruszamy się z okolic Błękitnego Meczetu. A ekspaci-świeżynki nie przepadają, bo orientalistyczne ciągotki silniejsze są od prawdy. A prawda jest taka, że… Turcja to też zwykłe budynki, zwykli ludzie i zwykłe, fajne bary.

Pamiętam jak dziś pierwsze dni pobytu w Kayseri, milionowym mieście położonym w centralnej Anatolii. Gdzie te „tureckie” knajpy z „turecką” muzyką, gdzie nargile i ayran z metalowych mis? Gdzież podziały się słynne tureckie dywany ścielące podłogi tradycyjnych domostw? W skansenie, moi drodzy, w skansenie. Dla fanów kilimów, glinianych cudeniek i „niepowtarzalnej, orientalnej atmosfery” jest położona niecałą godzinę od miasta, nastawiona na turystów Kapadocja. Dla mieszkańców miasta – są i kilimy i nargile, a i owszem. Kayseri to jednak nie türkü evi, a prężnie rozwijające się miasto, którego młodzież lubi jeść fast food i snuć się po centrach handlowych. Łzy i smuteczek? Cóż, globalizacja. McDonald’s dotarł do Turcji lata świetlne temu i ma się tu równie dobrze jak sąsiadujący z nim Starbuck’s.

Wracając do barów z Ulicy Barowej, o których pisałam szerzej TUTAJ – nie znajdują się może w budynkach w stylu art nouveau z początku ubiegłego stulecia, wąsaci muzykanci nie przygrywają tu smętnie na bağlamie, jest za to nieodzowne Efes o średnio imponującym smaku i stali bywalcy – w 90% mieszkańcy dzielnicy spragnieni piwa, nie turyści spragnieni „tureckości”.

środa, 25 września 2013

We used to share the same love for grey

Stambulskie odcienie szarości.

Przewrotnie, bo dziś słońce, błękit nieba i 23 stopnie w cieniu.
Ale - jak mawiają lokalsi - czuć już powiew zimy na karku...

Mewy nad przystanią promów Karaköy, gdzie nie żałuje im się rybnych kolacji.

Święta a'la Turka.

Stambuł się buduje. Eyüp.

I nie spocznie, póki kilkudziesięciopiętrowe wieże nie pokryją całej miejskiej przestrzeni. Beyoğlu.

Okupowana przez turystów wieża Galata.

Znoszone buty za znośną cenę. Vintage shop, Cihangir.

Zabytkowa przystań promów, Moda.

Bazgroły Beyoğlu. Nie do wyplenienia. Do patrzenia i podziwiania.

Most Galata i to, co na moście robi się na co dzień: połów ryb, które jemy potem w lokalnych knajpach lub kupowanych na ulicach bułkach za 6 lira.

Most Galata i to, co na moście robi się na co dzień: zdjęcia.

Księżycowy krajobraz skalistych plaż nad Morzem Czarnym.

Melancholijny krajobraz widziany z europejskiego brzegu (Bebek): spowita mgłą strona azjatycka. 

Caddebostan. Ryby z wyższej półki.

czwartek, 19 września 2013

Wrzosy wrześniowe

Moda, Kadıköy. Pożegnanie lata.

Szkoda lata

Sezon ogórkowy dobiega końca. Stambuł wraca do swej kulturalnej i intelektualnej formy. Pora wyrwać się z letniego letargu, zakopać głęboko olejek do opalania i spalone słońcem bikini. Pożegnać długie, gorące wieczory pod gwiazdami nad Morzem Czarnym lub na tak zwanych "skałach" (Moda, Kadıköy) nad Morzem Marmara.
Jak zwykle lato okazało się zbyt krótkie. Jak co roku wrodzony polski optymizm (?!) pozwala jednak spojrzeć na kwestie meteorologiczne pod innym kątem, z obowiązkową dozą chłodnego, wschodnio-europejskiego dystansu. Nawet najwięksi pesymiści przyznają, że 26 stopni w skali Celsjusza trudno nazwać początkiem jesieni. Choć wieczory już nie te… A plażowe tłumy przerzedzone…
Zmęczeni odpoczynkiem Turcy wykorzystali przynależne im krótkie urlopy, nieszczęśliwe dzieci wróciły do swych nieszczęsnych szkół. Od września można ponownie jechać nad Morze Śródziemne bez obaw, że planowany wypoczynek zakończy się walką o skrawek plażowej przestrzeni, o nie-turystyczne ceny, walką z saharyjskim powietrzem. Do boju, wczasowicze, do samolotów! Prawdziwy, spokojniejszy sezon, dopiero się zaczyna.


Szkoda sztuki

Czas miejskiej kultury zastępuje powoli czas podmiejskiej, letniej beztroski. Zaczął się trzynasty już stambulski Biennial, którego motto: „Anne, ben barbar mıyım?” („Mamo, czy jestem barbarzyńcą?”) nakazuje wręcz ukulturalnienie. Kijem tą kulturę, nie marchewką.

A skoro o barbarzyństwie mowa, słów kilka na temat nowych targów sztuki współczesnej, Art International Istanbul, które zakończyły się w ubiegłą środę. Rzeźba słynnego artysty (Richard Hudson, „Marilyn Monroe”) została – ujmując to delikatnie – dość nieładnie potraktowana przez zgorszonych kobiecymi kształtami wandali. Szczęśliwie ucierpiała tylko godność „Marilyn”, odkupiona wkrótce zresztą sowicie przez nabywcę, bynajmniej niezgorszonego konesera sztuki. Mały (anty)smaczek okazał się skuteczną reklamą i ciekawostką targów:

Marilyn-gorszycielka



wtorek, 20 sierpnia 2013

Miasto



Trasa dom-praca. Niecały kwadrans a tyle potencjalnych przygód. Deptanie stóp, szturchanie ramion, ocieranie zderzaków taksówek o posiniaczone od kopnięć turystów łydki. I klaksony, klaksony, klaksony. Jakby orszak weselny przejeżdżał przez miasto dzień i noc. Gruba przesada? Na tle czarnomorskich lub alanijskich plaż, różowych kwiatków i malowniczych zachodów słońca, Stambuł to trudna do ogarnięcia hybryda. Łatwa do pokochania, łatwa do znienawidzenia.


Aleja


İstiklal (Aleja Niepodległości) to osobna kategoria. Niby ulica, aleja, deptak: unikalny twór miejskiej tkanki. Strumień ludzi, miliony stóp i obuwia – zarówno tych z najwyższej półki jak i najtańszych plastikowych podróbek z ulicznego bazaru. Mix kultur, języków i trendów. Turyści mieszają się tu z ekspatami, rezydenci Beyoğlu z zakupoholikami z czterech stron miasta. Farbowane na blond właścicielki oryginalnych lub podrabianych torebek Louis Vuitton mijają zakrywające chustą włosy religijne muzułmanki.
Aleją Niepodległości maszerują codziennie trzy miliony przechodniów, Stambulczyków i przejezdnych. Jak na zaledwie trzykilometrową trasę – liczba imponująca. Sklepy, kawiarnie, bary i kluby przyciągają jak magnes. Taksim nie wyklucza. Mieszają się tu języki, kultury, narodowości. İstiklal nie zna podziałów wiekowych ani społecznych. Można przysiąść na niepozornym taborecie i wypić mikroskopijnych rozmiarów herbatkę za półtora lira albo lekką ręką wydać połowę średniej pensji w restauracji z widokiem na Bosfor.


Ulice


Za Aleją İstiklal  kryją się wąskie, kręte uliczki. Małe knajpki z domowym jedzeniem, gdzie właściciele witają się z klientami jak z przyjaciółmi oraz tradycyjne herbaciarnie z ich młodymi (i modnymi) bywalcami. Coraz popularniejsze knajpy specjalizujące się w serwowaniu imponujących śniadań, celebrowanych przez wiele godzin, zwłaszcza w weekendy (króluje Van kahvaltısı – śniadanie-gigant z miasta Van położonego na wschodzie kraju). Hipsterskie bary pełne ekspatów, turystów i tureckiej młodzieży.


Uliczki Cihangir i Galata to wymarzone miejsce dla wszelkiego rodzaju aspirujących artystów. W lokalnych knajpach przesiadują dziennikarze, pisarze, świat filmu i reklamy. Za aspirowanie do tego światka nie trzeba koniecznie słono płacić. Ceny w barach i restauracjach oscylują co prawda powyżej stambulskiej średniej, tanią opcją są natomiast tak zwane cihangirskie schody. Alternatywa dla tych, którzy na działalności artystycznej nie zdążyli się jeszcze dorobić. Tańsze (choć nadal – w porównaniu z Polską – drogie) piwo z marketu, paczka pestek prażonego słonecznika i bezdyskusyjnie najlepszy widok na Bosfor, do tego atrakcyjni współbiesiadnicy. Trudno o lepszy zachód słońca.


Galata, Cihangir, Çukurcuma. Tu, w malowniczych uliczkach, wyrastają jak po deszczu sklepy ze starociami. Na prawie każdym rogu kuszą winyle, czarno-białe zdjęcia i pocztówki po kilka lir za sztukę. Sklepy vintage z ciuchami droższymi niż w polskich second-handach. Mniej lub bardziej warte swej ceny Znajdziemy tu istniejące od lat antykwariaty jak i nowe, powstające na fali popularności powieści Orhana Pamuka. W Çukurcuma znajduje się zresztą chętnie odwiedzane Muzeum Niewinności (powieść noblisty o tym samym tytule). Przynosząca wymierne zyski nostalgia za Stambułem lat 70-tych spowodowała wysyp sklepików z winylami, muzyką filmową epoki, plakatami ubóstwianych wówczas gwiazd ekranu, dla których niejedna Turczynka dałaby się w tamtych latach pociąć na kawałki.


Wieś

Ja za to dałabym się pociąć za letnią rezydencję nad Morzem Czarnym lub Egejskim. Niekoniecznie pokaźnych rozmiarów willę, wystarczyłaby na wpół rozpadająca się chatka (życie na Beyoğlu uczy pokory) z obowiązkowym widokiem na błękit wody. Im więcej stambulskiego gwaru, tym większa potrzeba ucieczki, podróży, wakacji.


Tyle, że Stambuł trzyma w swoich szponach i nie puszcza.

niedziela, 28 lipca 2013

Zen nad Morzem Czarnym


Jeśli zmęczony wzrok błądzi tęsknie w poszukiwaniu skrawka zieleni…


…należy dać mu szansę na rekonwalescencję, traktując takimi oto widokami:


Stambuł odsłania swe uroki chętniej, gdy damy mu szansę zatęsknić.
To powiedziawszy, spakowała się w mały plecak i wyruszyła na trzydniowy podbój ukochanego Karadeniz (Morze Czarne).

Morze Czarne, fale marne

Gdzie te złowrogie fale, ukryte w morskich otchłaniach wiry? Cieszące się złą sławą Morze Czarne po raz kolejny okazało się spokojnym, grzecznym bratem Bałtyku. Fale, zimno, niebezpiecznie? Zaniepokojonym proponuję popluskać się w naszym rodzimym morzu, gdy pada i wieje, a temperatura wody nie przekracza 20 stopni. Po takim treningu płaska, niewzruszona tafla rozgrzanego Karadeniz okaże się brodzikiem z podgrzewaną wodą.

Wbrew reakcjom niektórych tureckich znajomych pływam zarówno w Morzu Marmara („a fu, brudno!”) jak i Morzu Czarnym („ojej, niebezpiecznie!”). Jeśli nie skacze się z klifu na główkę wprost na podwodne skały, do tego w ciągu burzy, wychodzi się z morskiej przygody w jednym kawałku. Bez potłuczeń ani innych obrażeń, co najwyżej po niechcianym spotkaniu z meduzą – zdarzyło mi się musnąć stopą, nie doznałam nigdy poparzeń.

A wieczorem – rakı i meze, meze i rakı. Może nie do białego rana, a do ostatniego gościa. Do tego nie wszędzie, bo… z okazji ramazanu niektóre knajpy alkoholu nie serwują. Nie ma tragedii, jest tylko strata właścicieli. Finansowa, ma się rozumieć.
Turecka anyżówka obowiązkowo na tle pretensjonalnego zachodu słońca.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Mind the ga(s)


Późne lipcowe popołudnie, pierwsza sobota Ramazanu (miesiąc muzułmańskiego postu). Aleją İstiklal spacerują turyści i stambulczycy, samotni globtroterzy z drogim sprzętem fotograficznym, rodziny z dziećmi, wystrojone – jak na sobotni wieczór przystało – atrakcyjne tureckie niewiasty. Im bliżej do iftaru (pierwszy posiłek spożywany po zachodzie słońca), tym więcej nerwowości. Ustawiających się w kolejkach po świeżą, ramazanową pide (rodzaj pieczywa) przybywa z każdą minutą. Poszczący zerkają coraz częściej na zegarki. Przechodnie przyspieszają kroku. Atmosfera oczekiwania zagęszcza się…

Zanim jednak rozlegnie się ezan (nawoływanie muezzina do modlitwy) wieszczący wieczorny koniec postu, zanim rodziny zasiądą do uroczystej kolacji, zanim stoły ugną się pod ciężarem jadła i napitku, zanim poparzy w palce dopiero co wyjęta z pieca pide... rozlegnie się huk wystrzeliwanych szczodrze naboi. A powietrze zagęści… od gazu.


Nowa gazowa weekendowa tradycja

Sobota na Taksimie nie byłaby sobotą na Taksimie bez minimalnej dawki adrenaliny. Atmosfera oczekiwania na iftar ma się nijak wobec wyczekiwania pojazdów TOMA (Toplumsal Olaylara Müdahale Aracı: pojazdy policyjne zaopatrzone w armatki wodne i gazowe kanistry) i biegających oddziałów prewencji. Jako że mieszkam i pracuję rzut beretem od osławionego İstiklalu, mam szczęście (lub nieszczęście) znajdować się w samym „centrum wydarzeń”, „jądrze ciemności”, „centrum ruchu oporu”, „środku bałaganu”, (niepotrzebne skreślić), także w weekendy. Ponieważ z prozaicznej przyczyny, jaką jest brak czasu, nie starcza doby, by je opisywać, energię pożytkuję na bierne przyswajanie informacji, a nie (jak było w założeniu) opisywanie i analizowanie rzeczywistości (jest to oczywiście marna wymówka – w głównej mierze winić należy pospolite lenistwo oraz fakt, że wydarzenia ostatnich tygodni mnie – dosłownie i w przenośni – przytłoczyły).

W minioną sobotę demonstranci zgromadzili się, by zaprotestować przeciwko wprowadzonemu w nocy z piątku na sobotę prawu, które blokuje możliwość zatwierdzania planów zmian urbanistycznych przez TMMOB – Unię Izb Tureckich Inżynierów i Architektów (Türk Mühendis ve Mimar Odaları Birliği). Izba skierowała pozew do sądu o bezprawną próbę zmiany zagospodarowania placu Taksim i parku Gezi. Sąd uwzględnił pozew, jednak parlament odebrał Izbie prawo do opiniowania planów zmian w przyszłości.
Architektów, inżynierów i ich sprzymierzeńców trzeba było oczywiście przywołać do porządku, dlatego skonfundowani uczniowie (jeszcze się nie przyzwyczaili?!) wybiegali ze szkoły na cztery strony świata (omijając kierunek İstiklal) jeszcze przed ostatnim dzwonkiem.

Kto i kiedy ten kaganek oświaty nieść będzie przyszłym inżynierom, architektom, prawnikom, lekarzom (gros moich uczniów), ja się pytam?

Przepraszam najmocniej, to przecież… zawody rodem z czarnej listy „çapulcu*”.



* sformułowanie çapulcu weszło do języka potocznego jako ironiczny opis biorących udział w protestach; słowo oznacza dosłownie wandala, chuligana – zostało użyte przez rząd (bynajmniej nie ironicznie) jako określenie demonstrantów w parku Gezi.

czwartek, 4 lipca 2013

Stambulczyk przez zasiedzenie



Sygnały "tureckiego zasiedzenia":

1. Zdejmujesz buty przed wejściem do mieszkania.

2. Pijesz co najmniej jedną szklaneczkę mocnej tureckiej herbaty dziennie – w przeciwnym wypadku czujesz się nieswojo.

3. Pijesz tą herbatę nawet w upały (zaspokaja w końcu – podobno – pragnienie!).

4. Znasz imię swojego bakkala (właściciela narożnego sklepu spożywczego).

5. Wszystko jest çok (bardzo): çok güzel (bardzo ładne), çok iyi (bardzo dobre)...

6. Nie zwracasz uwagi na świdrujący dźwięk klaksonów.

7. Widok motocyklisty bez kasku, łamiącego wszelkie zakazy ruchu drogowego, nie robi na tobie najmniejszego wrażenia.

8. Wiesz już, że w Stambule zawsze jest korek. Pytanie tylko: DUŻY czy BARDZO DUŻY.

9. Nie dziwią cię wszechobecne portrety Atatürka.
   
10. Wiesz doskonale, że na temat Atatürka nie należy wypowiadać się negatywnie.

11. Znasz też drugą zasadę dotyczącą Atatürka: na temat Atatürka nie należy wypowiadać się negatywnie.

12. Pytasz o zniżkę studencką, targujesz się właściwie o wszystko.
  
13. Zamawiasz zawsze największe piwo w myśl zasady “to tylko jedna lira więcej”.

14. Nie ustajesz w poszukiwaniach najtańszego kebabu w mieście.

15. Oko Proroka (nazar boncuğu) zdobi twój dom.

16. Zamiast "OK" mówisz "tamam".

17. Na powitanie całujesz się w policzki DWA razy.

18. Nie wyobrażasz sobie śniadania bez oliwek.

19. Masz swoją ulubioną markę rakı.
  
20. Zwracasz się do leciwych sąsiadów per “ciocia” lub “wujek”.

21. Mówisz "Allah Allah" wyrażając złość lub dezaprobatę.

22. Bez zapasu odświeżających chusteczek o zapachu limonki czujesz się nieswojo.

23. Po całonocnym imprezowaniu na Beyoğlu nie pogardzisz “mokrym hamburgerem” (ıslak hamburger).
  
24. Odwiedzasz turystyczne zakątki tylko wtedy, gdy masz gości.

25. Denerwują cię turyści.


(tłumaczenie i/lub przekształcenie: ARTYKUŁ z TimeOut Istanbul)

sobota, 22 czerwca 2013

A Stambuł jak ten Feniks

ŹRÓDŁO

Ostatni miesiąc to mój wzrastający podziw dla Turków. Tak, nie przewidziało się Szanownym Czytelnikom: podziw.
Ponad trzy tygodnie od pierwszego szczodrego ochrzczenia garstki pokojowych demonstrantów gazem, tydzień po ostatecznym rozprawieniu się przez policję z wielotysięcznym stambulskim „Woodstockiem” i średnio pojednawczej mowie Premiera Republiki, postanowiłam bezwstydnie uzewnętrznić się. Będzie emocjonalnie, niemal patetycznie, a przede wszystkim – subiektywnie. Ostrzegam lojalnie wrażliwych oraz stroniących od polityki. Dziś nie o słodko-pierdzących widoczkach na Bosfor. Dziś o tej mniej bright side of life. A jednak z happy endem.


Bana ne (co mi do tego), czyli: zajmuję stanowisko

Mimo wrodzonej ostrożności i nabytej (oraz uskutecznianej z różnym rezultatem) dyplomacji uważam, że mam prawo do wyrażenia własnej opinii na temat wydarzeń ostatnich tygodni. Wydarzeń, które miały miejsce, dosłownie i w przenośni, pod moim domem.

Mam do tego prawo, ponieważ mieszkam w tym kraju (Stambuł + Kayseri) przeszło siedem lat i jego los nie jest mi obojętny .

Mam do tego prawo, ponieważ skończyłam socjologię, interesuję się polityką i szeroko pojętą zmianą społeczną. Czytam prasę, śledzę wydarzenia. Krótko mówiąc: zależy mi.

Mam do tego prawo, ponieważ działałam jako wolontariusz w organizacjach zajmujących się prawami człowieka: w Polsce (Service Civil International) oraz Turcji (Amnesty International) i to, co działo się na ulicach Beyoğlu w ciągu ostatnich dni (wspomnę tylko karetki przewożące gaz, atakowanie szpitali gazem i armatkami wodnymi, aresztowania pomagających rannym lekarzy-wolontariuszy – lista nie należy do najkrótszych) autentycznie mnie zdruzgotało.

Mam do tego prawo, ponieważ przez trzy dni (1.06., 15.06, 16.06) ulica, na której mieszkam, przekształciła się w strefę „wojny”. Mimo, że nie wychylałam z domu przysłowiowego nosa, moim nozdrzom dostało się solidnie. Dla niewtajemniczonych: nadmienię, że gazem.

Mam do tego prawo MIMO że nie uczęszczałam do tureckiego żłobka, nie jadłam od maleńkości dolmy i baklawy, a mój turecki nadal pozostawia wiele do życzenia.

Wszystko to wbrew opinii jednego z moich byłych uczniów, który twierdzi, że „tylko Turek zrozumie Turka” i „tylko Turek ma prawo wypowiadać się na temat Turcji”.

Jako NIE-obywatelka Turcji NIE głosująca w wyborach NIE zamierzam komentować demokratycznego wyboru większości społeczeństwa.
Jako mieszkająca w Turcji od kilku lat zwolenniczka społecznego dialogu, pokojowych demonstracji oraz, krótko mówiąc: demokracji (która zakłada liczenie się z NIE głosującą na rząd opozycją, głosem wszelkich mniejszości) zamierzam natomiast skomentować decyzję o użyciu władzy.
A komentarz jest krótki: było to zwykłe władzy nadużycie.


Młodość, świeżość, gładkość, czyli powiew Nowego

Park Gezi to nie Turcja w pigułce. To raczej „rewolucja” klasy średniej, bunt tureckiej młodzieży. Sprzeciw wobec nie liczenia się z głosem społeczeństwa, podejmowania arbitralnych decyzji dotyczących stylu życia, przyszłości miasta: tego, co Stambulczyków dotyka bezpośrednio. Sprzeciw – jakby nie patrzeć na liczby – mniejszości.
Jestem pełna podziwu dla tej wielotysięcznej mniejszości, która przewinęła się przez park. Mniejszości, która „okupowała” tą zieloną przestrzeń, nadając jej nowe znaczenie. Mniejszości, która bawiła się, dyskutowała. Mimo braku sił porządkowych nie było w parku kradzieży, gwałtów, rozboju. Było za to poczucie solidarności i wiara w to, że głos społeczeństwa może i powinien być wysłuchany.

Znajomy koło czterdziestki, który nie brał udziału w protestach, wyraził się o nich następująco: „Ja tam łaził nie będę, zapracowany jestem i za stary, ale muszę przyznać, że miło mnie ta nasza młodzież zaskoczyła. Już myślałem, że oni tak tylko bezmyślnie szkoła-dom-gry komputerowe-Facebook, a tu proszę, na czymś im jednak zależy. I są nawet za to w stanie nieźle oberwać. Nie do końca rozumiem, ale szanuję.”

Powtórzę: nie jestem obywatelką tego kraju. Nie oddałam i (prawdopodobnie) nie oddam głosu w wyborze jego władz – ani samorządowych, ani parlamentarnych, ani prezydenckich. Szanuję demokratyczne decyzje społeczeństwa. Chcę jednak podkreślić, że szanuję też społeczeństwo – nie tylko 50% dopuszczonych do głosowania obywateli Turcji, którzy oddali swój głos na partię, która przekroczyła 10% próg wyborczy. Szanuję także tych, którzy oddali głos na opozycję lub partie, które uzyskały mniej niż 10% głosów. Szanuję głosujących na posłów niezależnych, którzy nie dostali się do parlamentu. Szanuję wszystkich tureckich wyborców – także tych, którzy protestowali pokojowo przeciwko planom przebudowy parku Gezi. Szanuję tych, którzy pokojowo dołączyli do protestu widząc nadużycie władzy i brutalność policji. I właśnie z powodu tego szacunku pozwolę sobie na stanowczy sprzeciw wobec odpowiedzialności zbiorowej i nazywania wszystkich protestujących „wandalami”. Pozwolę sobie na wyrażanie sprzeciwu wobec krzywdzącego i fałszującego rzeczywistość rzekomego przymusu opowiedzenia się po stronie „czarszafów” albo „chuliganów”.


Co nas nie zabije, to nas wzmocni

W niedzielne popołudnie 16 czerwca, po ciężkiej dla Cihangiru nocy (gazowanie do 5 nad ranem) wybrałam się na późne popołudniowe śniadanie. W drzwiach wejściowych budynku minął mnie sąsiad, pan w średnim wieku, który (na widok mojej pobladłej twarzy) poklepał mnie po ramieniu zapewniając, że dzięki wydarzeniom ostatnich dni wszystko „zmierzać będzie ku lepszemu”. Jako średnio tymi słowami pocieszona polska pesymistka zamówiłam menemen w knajpie na rogu i zaczęłam smętnie dłubać w tureckiej jajecznicy. Przypadek chciał, że w lokalu obok udzielała właśnie wywiadu posłanka niemieckiej partii Zielonych (której to posłance oberwało się poprzedniej nocy w atakowanym przez policję hotelu Divan). Po skończonym interview ludzie zaczęli spontanicznie klaskać, zrobiło się niemal wesoło (?!). I, nawet ja, zwykle sceptyczna, uśmiechnęłam się do swojego omleta.

Wydarzenia ostatnich tygodni to dla Stambułu zaledwie draśnięcie. Wojny, pogromy, podbicia, pożary – to dopiero nokaut, który nie dobił naszej europejsko-azjatyckiej mega wioski. Co dopiero jakieś tam pomazane mury, porozrzucane śmieci… A tym bardziej gaz, który dawno już przeminął z wiatrem…

wtorek, 11 czerwca 2013

Woodstock i pole bitwy, czyli stambulski surrealizm dni minionych

porysunki.blogspot.com

…tyk, tyk…

Excuse my language, ale nerwy zaczynają puszczać.

Powyższy obrazek ilustruje z grubsza atmosferę ostatnich dziesięciu dni. Gdy w sobotę 8 czerwca policja opuściła plac, zaczął się rzekomy stambulski „Woodstock”: tysiące demonstrantów w parku siedzi, w parku śpi, w parku czyta, w parku robi teatr, w parku się bawi. Słowem – w parku żyje. Nie zapominajmy, że to jednak nie wielka impreza, a demonstracja. Niektórzy są tu 24 godziny na dobę – nocują w namiotach. Ci, którzy następnego dnia udają się do pracy, wieczorami wracają zwykle do domów, często na azjatycką stronę miasta. Część protestujących powiewa sztandarami (rozmnożyło się ich, jak przewidywał chyba każdy, jak przysłowiowych grzybów po, już mniej przysłowiowych, toksycznych deszczach): mamy więc różnego rodzaju partie, tęcze LGBT oraz nieodzowną czerwień flagi gwiazdy i półksiężyca. Lenina koło Che, zaraz obok Deniz Gezmiş ramię w ramię z Ojcem Turków (niektórzy ze wspomnianych być może przewracają się z tego powodu w grobach). Wokół krążą lub rezydują sprzedawcy „zestawu protestującego”: nabyć można spray’e, maski przeciwgazowe (dla praktycznych) oraz maski Anonymous’a (dla lansujących się). W tle biblioteka, zajęcia z jogi, teatr. Demonstranci czytający, demonstranci tańczący, bawiące się dzieci, świętująca młodzież. Misz masz ludzi z różnych kręgów, jak podkreślają sami protestujący: różnych opcji politycznych i niepolitycznych, różnych wyznań (lub ich braku), w różnym wieku.

Nie musi to być estetyka, która odpowiada każdemu, trzeba jednak przyznać, że: 1.) w parku nie jest niebezpiecznie, a protestujący to nie chuligani; 2.) obserwowany proces to zjawisko, którego nie należy ignorować. Tymczasem... 1.) od początku protestu grupa pokojowych demonstrantów nazywana była konsekwentnie chuliganami; 2.) tureckie główne stacje telewizyjne przez pierwsze dwa dni wydarzeń ignorowały zajścia w Stambule.

…bum !

Ten pozornie sielsko anielski obrazek, w rzeczywistości tykająca bomba, należy od dzisiejszego poranka do przeszłości. Nikt nie łudził się chyba, że status quo będzie trwać wiecznie. Większość (w tym ja) naiwnie wierzyła jednak, że w środę dojdzie do obiecanych w poniedziałek rozmów demonstrantów z władzą. Tymczasem…

"Wbrew wcześniejszym zapowiedziom władz, turecka policja weszła do parku Gezi. Władze zapowiadały, że zależy im wyłącznie na tym, by demonstranci opuścili plac Taksim, który jest bardzo ważnym punktem komunikacyjnym miasta. [korzystam codziennie z metra, wsiadając na stacji Taksim – nie doświadczyłam żadnych komunikacyjnych niewygód - przyp.] Kilka razy podkreślano, że będą mogli zostać w parku Gezi, aż do planowanego spotkania z premierem. Godzinę temu, [w południe] policja gromadząca się od rana wokół parku, zintensyfikowała swoje działania. W ruch poszły armatki wodne i duże ilości gazu łzawiącego, a pierwsze oddziały policji weszły na obrzeża parku." (ŹRÓDŁO)

Amnesty International, HelsińskaFundacja Praw Człowieka i wiele innych organizacji pozarządowych potępiło dziś oficjalnie brutalne użycie siły przez policję oraz aresztowanie kilkudziesięciu prawników, którzy zgromadzili się, by zademonstrować swe poparcie dla protestujących w parku. Czy na dobę przed ustalonym spotkaniem z demonstrantami pokaz władzy i eskalacja konfliktu mogą leżeć w interesie premiera rządu? Czy konflikt osiągnie dziś apogeum, czy uda się – cudem – doprowadzić do jutrzejszych rozmów?

Na te oraz inne pytania nie będę udzielać odpowiedzi, ponieważ boli mnie głowa od latających mi nad domem helikopterów.
Poza tym, szczerze – nie mam zielonego pojęcia.

(galeria zdjęć z "Woodstockowego" parku Gezi: TUTAJ)

niedziela, 2 czerwca 2013

Turecka wiosna (?)

Gaz nie sprzyja również czworonogom

Oczekiwania protestujących wobec rządu:
1. Gezi Park musi pozostać parkiem.
2. Odpowiedzialni za decyzje o nadużyciu przemocy wobec pokojowej demonstracji powinni zrezygnować ze stanowisk.
3. Dalsze użycie gazu musi zostać natychmiast wstrzymane.
4. Aresztowani demonstranci powinni zostać wypuszczeni na wolność.

O co właściwie chodzi z tym niepozornym parkiem? Czy dla (ostatniego nawet), lichego skrawka zieleni w centrum miasta warto ryzykować zdrowie, a nawet życie?

"This is not about Islam versus secularism. This is not about ideology. This is about abuse of power." („Nie chodzi wcale o Islam versus sekularyzm. Nie chodzi wcale o ideologię. Chodzi o nadużycie władzy.”)
(z bloga myphilosofia)

Nie ujęłabym tego lepiej. Jak już większość zachodnich mediów (nawet polskich – w piątek zaczęły pojawiać się wreszcie informacje odnośnie stambulskich wydarzeń, jak choćby artykuł na gazeta.pl, w którym Stambuł figuruje/figurował co prawda jako… „stolica Turcji”) podała, nie chodzi już tylko o park, lecz:

- o brak konsultacji i arbitralne decyzje dotyczące poruszających część społeczeństwa kwestii, jak choćby zamknięcia kina Emek (pokojowe protesty aktorów, reżyserów, filmowców, architektów oraz zwykłych Stambulczyków, rozpędzane przez policję gazem łzawiącym), zakazu sprzedaży alkoholu w sklepach po godzinie 22, planów budowy centrum handlowego w parki Gezi (mimo sprzeciwów architektów i urbanistów);

- o drastycznie nieproporcjonalne stosowanie siły przeciwko pokojowej, niewielkiej grupie demonstrantów (policja użyła armatek wodnych i gazu, gdy manifestanci siedzieli spokojnie w Gezi Park i czytali książki w trakcie pikniku, podczas którego częstowali nawet policję jedzeniem… za poczęstunek ten zostali nagrodzeni sporą dawką gazu: film do obejrzenia TUTAJ).

- o cenzurę tureckich mediów, które przez długi czas milczały na temat stambulskich wydarzeń (do kultowych już należą zamieszczane na Facebook’u zdjęcia: amerykański CNN vs CNN turecki, telewizja norweska vs telewizja turecka):



Prorządowa gazeta Zaman zauważyła, iż „problem parku Gezi może stać się kroplą, która przeleje czarę cierpliwości”.


Ocalą nas (?) żołnierze Aty

"Plac Taksim jest terenem, na którym szaleją ekstremiści" - słowa wypowiadane w momencie, gdy zagraniczne media oraz media społecznościowe prześcigają się w informacjach na temat protestu dziesiątek tysięcy pokojowych manifestantów: wszelkich opcji politycznych i niepolitycznych, organizacji pozarządowych, zwykłych i niezwykłych ludzi w różnym wieku, a nawet różnych narodowości. Protesty mają już miejsca w wielu miastach, tureckie media nie są i nie będą na pewno w stanie ignorować wydarzeń, w których bierze udział tak ogromna rzesza ludzi.

Jakich ludzi? I tu zaczyna się mały problem…

Do protestu, który rozpoczął się jako pokojowy i apolityczny zaczęły wczoraj dołączać grupy stricte polityczne oraz… zwyczajni wandale. W zamieszkałej przeze mnie dzielnicy Cihangir (10 minut piechotą na plac Taksim) zgromadził się wczoraj pokaźny tłum – w większości trzeźwy, sympatyczny i apolityczny. Policja wycofała się akurat z Taksimu, zapanowała więc pewnego rodzaju atmosfera zwycięstwa. Która, niestety, bynajmniej mi się nie udzieliła. Powody?

Po pierwsze, nigdy nie przestaje kołatać mi w głowie pytanie: co dalej? (za godzinę? jutro? za miesiąc?). Wobec planów dalszego uczestnictwa w manifestacji nie wydało mi się więc rozsądnym… obalanie z gwinta butelek wina. Po drugie, jak to zwykle w tego typu protestach bywa, jego kilku nie tak już miłych uczestników (prowokatorów, idiotów, lub zwyczajnie – ludzi, którym ze zmęczenia i stresu zaczęły wysiadać nerwy) zaczęło wymachiwać flagami, krzycząc hasła o Republice i Atatürku. Ciekawy to widok, gdy podchmielony Kemalista całuje turecką flagę, śpiewa, że jest żołnierzem Aty i wyzywa „faszystowski”, wybrany demokratycznie (czy nam się to podoba, czy nie) rząd. Całe szczęście, że moi sąsiedzi to ludzie myślący, a nie fanatycy – od razu rozległo się buczenie i krytyczne komentarze („No tak, już się pojawiają pierwsi wariaci…”).

Problem jednak w tym, że im dłuższy protest, tym więcej nerwów, tym większe zmęczenie, a gdy dochodzi alkohol – niestety też wandalizm.

Dlatego cieszą takie oto zdjęcia – oznaki zdrowego rozsądku:


Nie chodzi o AKP i religię
CHP i Atatürka
MHP i naród
BDP i Kurdów
To protest społeczeństwa przeciwko nadużyciu władzy, a nie promocja partii politycznych!

Zwał jak zwał, a i tak wiadomo, jaki będzie finał…
A może jednak nie?