piątek, 15 czerwca 2012

Stambulska strefa mroku…



…czyli nocne mary z Beyoğlu


Pierwsza nad ranem. Przedwczesne westchnienie ulgi – kojący bezgłos sugeruje, że aż do porannego ezanu będzie można rozkoszować się błogą ciszą.
Nic bardziej mylnego.
Pochopną radość przyćmiewają brutalnie pierwsze rytmiczne, basowe uderzenia. Walenie do drzwi? Alarm? Sąsiad turla się po schodach? Skądże znowu! To tylko niewinna zapowiedź imprezy, która będzie trwać do białego rana. Za chwilę pulsujący rytm i wibrująca muzyka zaczną wdzierać się do wszystkich zakamarków pobliskich, pootwieranych na oścież (upał!) mieszkań, zagoszczą w czterech kątach domów wszelkiego rodzaju szaleńców z Beyoğlu.
Bo kto inny ośmieliłby się zasiedlić stambulską strefę mroku?

Druga nad ranem. Śmichy chichy i nieokiełznany entuzjazm, czyli wyżyny imprezowej euforii. Wystarczy łypnąć okiem zza zasłony, by ogarnąć wzrokiem wylewający się z okolicznych klubów wesoły tłumek. Imprezowiczów obowiązkowe przerwy na papierosa – z upływem minut coraz dłuższe, coraz ich więcej. Eleganckie drinki w estetycznych szklaneczkach zmieniają się w jedynie słuszne piwo lokalnej marki, serwowane w wypukłych szklankach lub pękatych butelkach. Na finiszu nawet tanie tureckie wino pite prosto z gwinta smakuje jak najlepsze Bordeaux.
Klub z naprzeciwka zaczyna wystrzeliwać w powietrze czerwone race. Wielkie kolorowe kule prują malowniczo nad dachami niższych budynków, w kierunku Bosforu. Ot, weekendowa atrakcja, którą co weekend raczeni są stali bywalcy i przypadkowi goście. Ku zgrozie okolicznych mieszkańców.
A noc jeszcze młoda…

Trzecia nad ranem. Odgłosy ostatnich, wymuszonych rozmów, wyrywki nieudanych dialogów. Poszarpane, nieskładne zdania, sporadyczne już tylko, desperackie okrzyki. Noc się skończyła, mili państwo, czy tego chcecie, czy nie. Nieodwołalnie, nieodwracalnie. I choć niektórym z was przykro, a inni nie są już pewni imion własnych, dawno pozapominali swoje adresy, a nawet twarze przyjaciół, czas iść do domów. Własnych, lub lojalnych znajomych, którzy zlitują się, wpakują do taksówki i przenocują na skraju kanapy.

Coś nagle stuka, tłucze się, turla głośno po betonowej nawierzchni, szeleści. Z rzadka wyrwie się przekleństwo. Niepokojące odgłosy to tylko lokalny kolekcjoner śmieci, gromadzący z determinacją obijające się o siebie butelki. Rytmiczne, szklane stuku puku pozwala domniemywać, że stambulscy imprezowicze nie żałowali sobie tej nocy wysokoprocentowych trunków.
Tak oto przedstawia się segregacja śmieci w wielu stambulskich zakątkach.

Czas na ezan, poranne nawoływanie do modlitwy, czyli pożegnanie z nocą.

Czwarta nad ranem. Gorączkę stambulskiej nocy letniej kończy poetycko buczenie generatora prądu.

2 komentarze:

Ingalill pisze...

Normalnie chyba bym zatłukła jakby takie odgłosy obudziły mnie w nocy...ja wiem, że życie zaczyna się po 23ej w Turcji i trwa do rana , ale bez przesady....
Jak Ty to wytrzymujesz?

mor cadı pisze...

bo ja... wstyd się przyznać, ale... śpię jak zabita;)