czwartek, 10 maja 2012

Beyoğlu pokazuje pazur


Sobotnich wieczorów nie spędzam wcale w pobliskich, dudniących od hałasu klubach, w rytmach wątpliwego uroku muzyki pop (których w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody i tak bym nie odwiedziła). Niedziela, dzień ponoć święty, należy zwykle do najbardziej pracowitych. Kaganek oświaty nie może przecież nieść się sam. Po niemal roku spędzonym na Taksimie przyznaję, że ów, wydawałoby się, godzien współczucia system pracy, jest dla mnie istnym zbawieniem. Weekend na Beyoğlu to szalone piątkowe i sobotnie wieczory oraz niedzielna pielgrzymka sunących w zwolnionym tempie tubylców i zagranicznych turystów. Tak, niezidentyfikowana masa ludzkich istnień spragnionych rozrywki wszelkiej maści to coś, czego w coraz bardziej przytłoczonym centrum miasta należy unikać. Choćby siedząc sobie w pracy…

 Tak się bawi Beyoğlu
[urocza reklama lokalnej wódki: imprezy na Taksimie z grą słów w roli głównej – nazwy odnoszą się do różnych stambulskich lokalizacji]


Ucieczka przed İstiklalową masą stanowi nie lada wyzwanie, jeśli spędzamy na Alei 90% naszego cennego czasu: w pracy, w drodze do pracy… w drodze z pracy… na lunchu ze współpracownikami… na wieczornym piwie lub kolacji ze znajomymi… na zakupach…
Taksim zimą a Taksim latem to dwie różne bajki – łatwo domyślić się, której przyklaskuję, a która spędza mi sen z powiek (przenośnie i dosłownie – średnio trzy wieczory w tygodniu echem niosą się bowiem przeboje Serdara Ortaça i jemu podobnych). Od kwietnia Stambuł przeżywa małe turystyczne oblężenie – zapowiedź zbliżającego się nieuchronnie… Wielkiego Letniego Najazdu.

Im niżej, tym lepiej

Gdyby tak uciec z energo-ssącego İstiklalu na pobliski Cihangir! Odciąć się od turystycznego ula, napawać widokiem na barokowy meczet Nusretiye ze skrawkiem Bosforu w tle (najlepiej widokiem z własnego salonu…). Zupełnie inna jakość życia...


…adekwatna do cen wynajmu, bynajmniej nie zachęcających. Wąskie uliczki, odrestaurowane domy, przyjemne (i, co za tym idzie, często nieprzyjemnie drogie) knajpy, zieleń, centralna lokalizacja. Raj? Wart swojej ceny, do tego niebezpiecznie często słychać tu angielski. Nie ma co się oszukiwać – na Beyoğlu od dawna nie ma już dziewiczych, nie odkrytych lądów...

Lepszy chyba zielony i drogi Cihangir niż stosunkowo droga, zalewana przez turystów Galata, do której mimo wszystko mam ogromną słabość, i na której nigdy (z powodu cen, ale przede wszystkich wspomnianych tłumów) nie będzie mi dane zamieszkać.