piątek, 4 marca 2011

Klapki na oczach, czyli faza zachłyśnięcia się Orientem



Wiemy już, że once an İstanbullu, always an İstanbullu.
Nie tak łatwo jednak stać się Stambulczykiem zintegrowanym. Pogodzonym ze swoim tureckim losem. Akceptującym drobne stambulskie niedociągnięcia.
Przed nami droga długa, kręta i stroma niczym uliczki Tarlabaşı.


Różowe okulary, czyli stambulskie początki

Jeśli chcemy zostać Stambulczykiem z własnej, nieprzymuszonej woli (a nie w wyniku poświęcenia w imię miłości lub innego rodzaju kompromisu) oznacza to, że miasto musiało nam co najmniej przypaść do gustu. Stambuł przedstawia się uroczo na pocztówkach i filmikach promocyjnych tureckiego ministerstwa turystki, zetknięcie z Orientem na żywo nie musi jednak wcale zachęcić do wielkiej życiowej zmiany i decyzji o przeprowadzce nad Bosfor.
Przeciwnie, jeśli w ramach turystycznego wypadu zahaczyliśmy tylko o okolice Sultanahmet i placu Taksim, w dodatku latem, będziemy mieć ciekawe wspomnienia i udane zdjęcia, ale po powrocie do domu odetchniemy z ulgą. Na myśl o tym, że za nami już cały ten tłum świecących fleszem po oczach turystów, plączących się pod nogami naganiaczy i krwiopijczych sprzedawców z Wielkiego Bazaru.
Dla wielu taka dawka Wchodu w pigułce będzie dawką maksymalną.

Jeśli więc chwilowy, przypadkowy zwiedzacz postanowił zatrzymać się w Stambule na dłużej, oznacza to, że został zarażony stambulskim wirusem, który każe patrzeć na Bosfor przez różowe okulary.


Zaczyna się niewinnie. Zachwyca głos muezina nawołującego do modlitwy, budzący nas o świcie. Turcy/Turczynki mijani/e na zatłoczonych ulicach wydają się egzotyczni/e i nad wyraz atrakcyjni/e. Kuchnia – jedną z najlepszych, jakich próbowaliśmy. Z entuzjazmem chłoniemy język turecki, wkuwamy z determinacją każde nowe słówko ciesząc się jak dzieci na entuzjazm tubylców, którzy chwalą nas tylko z grzeczności. Spędzamy godziny na Beyoğlu, snując wizje nowego życia w stylizowanym na styl osmański mieszkaniu z obowiązkowym widokiem na Bosfor.

Nie zrażają nas gapie z konserwatywnych dzielnic. Nie wzruszają działania tureckich polityków, które irytują naszych znajomych. Niestraszna nam myśl o trzęsieniu ziemi. Stambulskie korki w godzinach szczytu jeszcze nas nie dotyczą, bo dopiero rozglądamy się za pracą. Na myśl o posterunku policji, który będziemy regularnie odwiedzać, aby załatwiać formalności związane z naszym pozwoleniem na pobyt, nie przeszywa nas nieprzyjemny dreszcz. O trudnościach związanych z uzyskaniem pozwolenia na pracę w ogóle jeszcze nie słyszeliśmy.

Cieszymy się stambulska zimą, wspominając ze zgrozą polskie mrozy i zamiecie śnieżne. Być może właśnie ze względu na pogodę żyjący tu ludzie sprawiają wrażenie bardziej zadowolonych z życia. Zrelaksowani i uśmiechnięci, na pytanie „co słychać?” nie rozpoczynają litanii skarg i zażaleń.

Wszystko to jednak do czasu…

5 komentarzy:

Marzena pisze...

bo zeby stac sie "Stambulczykiem pogodzonym z losem" trzeba wyjechac na troche do innego kraju, po czym tesknic, tesknic, a nastepnie wrocic pokornie z podkulonym ogonem...

Anonimowy pisze...

Wspominałaś kiedyś o książce, jak wygląda sprawa ?
pozdrawiam serdecznie!

mor cadı pisze...

książka będzie prawdopodobnie wydana jeszcze przed wakacjami przez wydawnictwo Nowy Świat (notka na blogu Wydawcy: http://blog.nowy-swiat.pl/?p=1221).
szczegóły wkrótce :)

Stambulczyk z podkulonym ogonem bedzie kontynować wątek sentymentalny jeszcze przez kilka ładnych tygodni.. :)

Anonimowy pisze...

W takim razie czekam na ksiazke :)

Olga pisze...

rany, jestem bezpiecznie w Poznaniu, a na samą wzmiankę o tureckiej policji włącza mi się wizja Aksarayu i ciarki mnie przechodzą... :)))