czwartek, 7 października 2010

Na tureckim zakręcie

Po bardzo długiej przerwie… bardzo osobista notka.
A w niej równie osobista, subiektywna oraz niepoprawna politycznie (choć mocno ocenzurowana), spisana na kolanie lista.

Natchnięta podobną listą zrobioną przez znajomą, publikuję własne plusy i minusy Stambułu, czyli dzikiego (choć już znanego, więc prawie okiełznanego) Wschodu…


... plusy:

- mało wymagająca, nieźle płatna praca. oczywiście… TYLKO (lub AŻ - w zależności od upodobań) angielski
- Bosfor, morze, promy… woda!!! blisko do Grecji, Bułgarii..
- klimat, pogoda… słońce! palmy!
- Kadıköy, Moda, Kalamış
- znajomi z Kadıköy.. mieszkanie na Modzie.. jachty w Kalamış
- bezpieczny stan zawieszenia, nieuzasadnione poczucie relaksu
- azjatycka egzotyka
- nieliczne zalety (ale jednak jakieś tam zalety) bycia yabancı (czyli cudzoziemcem)


... i mniej istotne (choć liczne) minusy:

- kontrola społeczna
- tureccy mężczyźni ( :) )
- Turczynki... nie bardzo!!! (szczególnie na wyższym poziomie przyjacielskiego wtajemniczenia)
- nie nauczę się nigdy tego dziwacznego języka na poziomie, na jakim bym chciała!
- wszyscy fajni ludzie, których znam i lubię, prędzej czy później stąd wyjadą
- tłumyyyyyy! poszturchiwania, przepychanki, deptanie po nogach (patrz punkt trzeci)
- bycie yabancı na zawsze („where are you from?”, “did you see Sultanahmet?”, “do you like Turkey?”)
- trzęsienie ziemi (WSZYSTKO się zawali!!!)
- zasiedziałam się i rozleniwiłam -> Stambuł wciąga i wysysa jak wampir energetyczny
- nielegalna praca.. brak emerytury.. brak składek.. wizyty na wydziale policji dla cudzoziemców na Aksaray -> never ever again!!!
- korki, cholerni kierowcy -> śmierć czyha na każdej uliczce, w każdym dolmuşu, na każdym kroku
- brak szacunku dla jednostki, wszechobecny kısmet i kader (przeznaczenie), brak logicznego myślenia, planowania, irytująca postawa „jakoś to będzie”
- „Burası Türkiye”……



Chaotyczna lista spisana w Şile, na samotnym, jednodniowym wypadzie nad Morze Czarne, którego nie widziałam (wstyd…) już prawie cztery lata.

Şile okazało się niestety gwoździem do tureckiej trumny. Lokalna społeczność zdemoralizowana przez stambulskich turystów. Gapienie się, cmokanie – gorzej niż w Trabzonie i Konyi razem wziętych. Trąbienie i pogłaśnianie muzyki w samochodzie na widok spacerującej samotnie yabancı.
Małe piwo w cenie dużego (proszę o ellilik, czyli 0,5, dostaję 0,33).
Naprawdę, nie tego się spodziewałam po „słynnym Şile”, dumie lokalnej turystyki...

Widoki co prawda niczego sobie.
Turkusowe morze. Wzburzone fale. Zatoczki z malowniczymi jaskiniami. Okoliczne plaże są w końcu znane i kochane z jakiegoś powodu.

Ale centrum? Polecam wybrać się jednak do pobliskiej miejscowości zwanej Ağva, która (podobno) nie zostawia nikogo obojętnym.

A jak jest w Şile, proponuję ocenić samemu: