czwartek, 25 marca 2010

Mit (?) tureckiej zazdrości



Zazdrość (kıskançlık). Jeden z siedmiu grzechów głównych.
Piętnowana i tępiona w wielu kulturach. Przypisywana ludziom małym, płytkim, podłym.
Zazdrościmy wszystkiego wszystkim: sąsiadowi – samochodu, koledze – lepszych zarobków, przyjaciółce – przystojnego męża.
Nie posiadamy jednak tak pięknie rozwiniętej koncepcji zazdrości... w miłości.
A Turcy i owszem!



Zazdrość kontrolowana

Wybieram się z koleżanką znajomych na zwiedzanie Błękitnego Meczetu, Aja Sofii i tym podobnych. Stopień zażyłości żaden, przypadkowo znalazłyśmy się na chwilę w Stambule, obie po raz pierwszy; ja wprost z urokliwego Kayseri, ona z Adany, miasta najbardziej zazdrosnych tureckich mężczyzn (jak głoszą perfidne legendy). Biedaczka siedzi w Stambule prawie tydzień, a nie wychyliła jeszcze nosa z mieszkania, biorę ją więc pod ramię i ruszamy ku przygodzie. Chłoniemy kulturę, chłoniemy historię...
Po godzinie osiemnastej nasz spokój zostaje brutalnie zakłócony. Dzwoni zaniepokojony chłopak dziewczyny, który wrócił właśnie z pracy i nie zastał jej w domu. Wiedział oczywiście, ze wybieramy się na podbój miasta, uznał jednak, że zrobiło się już “podejrzanie późno”, a przez to niebezpiecznie (jesteśmy wszakże w Stambule, miejscu moralnego upadku, czyhających na każdym rogu zasadzek, mieście grozy, rozpusty, degeneratów i innych padalców).
Telefon pierwszy był zwiastunem katastrofy, czyli telefonów kolejnych. Ilu, nie liczyłam, ale sieć telefonii komórkowej Turkcell na pewno zwiększyła tego dnia obroty.
Z każdą kolejną rozmową dziewczyna robiła się coraz bardziej nerwowa, histerycznie spoglądała na zegarek (co nie wpłynęło niestety na przyspieszenie upływającego czasu), wzdychając ciężko i narzekając między każdym westchnięciem na tureckich mężczyzn i swoją ciężką dolę-niedolę tureckiej kobiety (nie przez telefon oczywiście, lecz do mnie, prywatnie i szeptem, w ścisłej konspiracji).
Gdy dotarłyśmy w końcu do domu (a dodać należy, że mieszkanie znajomych znajdowało się na obrzeżach Stambułu i korek był o tej porze niczego sobie), denerwowałam się chyba bardziej niż moja nowa turecka koleżanka (pobiją się? talerze pójdą w ruch?). Jakież było moje zaskoczenie, kiedy para przywitała się wylewnie wśród uścisków, całusów i aşk-ów wtrącanych bez umiaru, gdzie popadnie! Jakby nie widzieli się co najmniej tydzień! Z jakiej to wyprawy dzielna dziewczyna wróciła żywa, a do tego całkiem zdrowa! Po uściskach i serdecznościach chłopak tylko na chwilę przyjął srogą minę numer pięć (na czas przypomniał sobie o roli), uzupełniając ją stanowczym “no wiesz, tak późno, ja się tu przecież martwię!”, na co dziewczyna fuknęła dwa razy, marszcząc przy tym brwi (a widać było na kilometr, że się do samej siebie uśmiecha na myśl, jaki to jej erkek opiekuńczy i męski). Czymże jest bowiem zazdrość, jeśli nie niewinnym przejawem prawdziwego uczucia, głębokiego emocjonalnego zaangażowania w związek?
Powyższa scena stanowi przykład zazdrości męczącej, choć jeszcze stosunkowo niegroźnej. Zazdrość kontrolowana może jednak przerodzić się w zazdrość chorobliwą, obsesyjną chęć kontroli. Nawet permanentny monitoring nie musi być jednak groźny, jeśli druga strona odbiera brak zaufania i nadzór jako... swoisty komplement. Niska samoocena sprzyja w końcu tendencjom masochistycznym.
Przejdźmy jednak do najbardziej radykalnej odmiany zazdrości chorobliwej...



Zazdrość urojona

Zazdrość urojona to obsesyjna potrzeba nadzoru, która wymyka się spod kontroli, w skrajnych przypadkach przejawiając się zachowaniami destrukcyjnymi...

Mój pierwszy pobyt w tureckiej stolicy (Anno Domini 2005) wiąże się ze spektakularnymi scenami zazdrości, które na dobre utkwiły mi w pamięci.
Chłopak znajomej Turczynki nie pozwolił jej dołączyć do zorganizowanej wycieczki (rundka po muzeach Ankary, wyjazd uniwersytecki). Dlaczego? Nie chciał, żeby jechała SAMA (w domyśle: bez niego). Bo tak przecież NIE MOŻNA.
Wyemancypowana koleżanka na wycieczkę pojechała, co więcej, postanowiła zostać w Ankarze na weekend i zatrzymać się w… mieszkaniu kolegi (znanego skądinąd dobrze jej chłopakowi). Jednak nawet zapewnienia, że są z nią również koleżanki (w liczbie trzech, wliczając moją skromną osobę) nie uspokoiły zazdrosnego chłopa, który wydzwaniał, krzyczał, groził, a w końcu… wsiadł w autobus i przyjechał do stolicy z odległego Kayseri. Zabroniona wycieczka po muzeach była może ciosem w serce, ale beztroski, samotny weekend w towarzystwie „znajomych” („znajomego”)? Nie, to zbyt wiele dla najbardziej nawet wyrozumiałego mężczyzny!
Znajoma zamiast cieszyć się chwilową wolnością, wylewała więc łzy, przeklinała swój marny los, ale gdy spotkała się w końcu z ukochanym… momentalnie zamilkła, przyjmując uśmiech numer trzy oraz wielce zagadkową postawę „wszystko gra, o co wam chodzi, nie ma i nie było przecież żadnego problemu!”. Spędziliśmy wszyscy wspólnie niedzielne popołudnie, podczas którego odmieniona drastycznie dziewczyna nie zamówiła z nami ani słowa, przymilając się za to bezustannie do ukochanego (swoją drogą, i tak jej nigdy nie lubiłyśmy…).



Zazdrość upragniona

Biedni tureccy mężczyźni mają do zgryzienia nie lada orzech.
Z jednej strony karci się ich za ślepą zazdrość i despotyzm, strofuje srogo za granie macho.
Z drugiej, patriarchalne społeczeństwo oczekuje, patriarchalne społeczeństwo wymaga, patriarchalne społeczeństwo nie zostawi suchej nitki na takim “niby to facecie”, co to nawet baby ustawić sobie nie potrafi.
Przyzwyczajona do męskiej kontroli (możemy nazwać ją swoiście pojmowaną opieką) Turczynka też nie obejrzy się za byle ciamajdą. Erkek gibi erkek (zwrot na określenie "prawdziwego mężczyzny" z krwi i kości...) musi mieć w końcu jakieś emocje (najlepiej, gdy targają nim silne), nie może też bać się ich okazywać (a niechże nawet pięścią w stół walnie czy nogą przytupnie, lepsze to niż emocjonalny chłód i niemęskie jakieś takie rozmemłanie…).
Przeciętna Turczynka oczekuje więc, że jej własny, prywatny, zakochany po uszy mężczyzna zadzwoni (raz, drugi, n-ty...) i wypyta szczegółowo o to, co też ona aktualnie porabia (jak również: gdzie, z kim, dlaczego, po co, o której wraca do domu, i dlaczego tak późno). Niewinne sceny zazdrości z wymachiwaniem rąk i całą dramatyczną otoczką są również w miłosnym pakiecie więcej niż mile widziane. Choć dla nieobytego cudzoziemca wyglądać mogą podejrzanie, stanowią tylko typową, niegroźną grę w tureckim teatrze życia codziennego.


Turczynki nie pozostają mężczyznom dłużne. O ile jednak zazdrość męska jest bardziej efektowna, barwna i na pokaz, o tyle zazdrość kobieca ma w sobie więcej dwuznaczności i pasywnej agresji. Zakłada również zdecydowanie szerszy wachlarz wyrafinowanych form kontroli...
Ale o tym przy innej okazji.
C.D.N.

5 komentarzy:

Koralina pisze...

Swietny tekst, uwielbiam Twojego bloga! Tylko o co chodzi z ta konfabulacja? Nie chodzilo przypadkiem o konspiracje? :-)
Pozdrawiam.

4emkaa pisze...

O mój Boże strach się bać :P

mor cadı pisze...

taaaak, juz zmienilam, dzieki!
wstyd:)

strach sie bac, a i owszem;)

skylar pisze...

dobrze napisane ;)
podpisuje sie pod tymi uwagami. wlasnie slusznie zauwazylas ze ta meska zazdrosc to wiecej huku niz faktu... (na marginesie zaczynam sie zastanawiac czy moj facet nie jest jakis wybrakowany:)

duzo ciekawsza wydaje mi sie kwestia damskiej zazdrosci mam nadzieje ze o niej wkrotce napiszesz, bo obserwacje ktore mam sklaniaja mnie do wniosku ze to paranoja jakas... kino akcji sie chowa.

andzia pisze...

Turcy przez zazdrość wyrażają swoją "wielką" miłość do kobiet:)Czasami takie scenki bawią,ale przede wszystkim bywają męczące zwłaszcza dla yabanci;)