piątek, 8 stycznia 2010

Face 2 Face & Double Face

(na zdjęciu manekiny z Bazaru Egipskiego)




„Wolę najgorszą prawdę od najmniejszego kłamstwa” – mawiają niektórzy mądrzy ludzie.
W Turcji stosowanie się do zasady bezgranicznej szczerości grozi jednak posądzeniem o brak piątej klepki.
A może nawet czymś gorszym.

Wszyscy wiemy o białych kłamstwach, kłamstwach niewinnych, małych kłamstewkach, które nikomu nie szkodzą, a wręcz pomagają.
Grubej, niezgrabnej koleżance nie trzeba przecież walić prosto z mostu, że z sukienkami to ona może się pożegnać do końca życia, nawet, jeśli schudnie te swoje wymarzone dziesięć kilo. Można za to zasugerować delikatnie zmianę stylu ubierania.
Z drugiej strony, nie trzeba też na wszystko cmokać i zachwalać pod niebiosa, przewracając oczami: „Canım, Tobie to we wszystkim pięknie!”


Gadki szmatki, czyli turecki small talk

Jako Polacy mamy podobno skłonność do narzekania i czarnowidztwa (być może coś się w tej kwestii zmieniło, nie jestem na bieżąco). Na pytanie „Co słychać?” rozpoczynamy litanię skarg i zażaleń. Stara bieda, stara bieda, rodacy…

Turcy wprost przeciwnie. Zaczynają każdą, najbardziej nawet błahą konwersację, od słynnego „Nasılsın(ız)?”. Nawet opieprz szefa zostanie poprzedzony grzecznościowymi formułkami, uprzejmościową „grą wstępną” do dania głównego, czyli takiego zwolnienia z pracy na przykład.
Jak się masz? Świetnie, a Ty? Ja też, dziękuję. Co słychać? Wszystko wspaniale. U mnie również („To może ruszysz w końcu tyłek i przyniesiesz to, o co prosiłem Cię tydzień temu, i miało być na wczoraj?!” – ukryte między wierszami).


Złych wiadomości nie podajemy

Turecki znajomy obiecał, że nas podwiezie, a teraz nie daje znaku życia? Może tata zabrał samochód, a on wstydzi się nas zawiadomić, że z wyprawy nici? Wystarczyłoby zadzwonić i odwołać, prawda? Nie, to byłoby zbyt proste. I w tureckim mniemaniu: najzwyczajniej chamskie.
Przypominamy więc o obietnicy (zależy nam na transporcie, wszystko zaplanowane), a kolega niepewnym już głosikiem potwierdza i zapewnia, że oddzwoni. Zamiast tego milczy, a naszych telefonów nie odbiera. Powinniśmy zorientować się, że coś nie gra i zostawić biednego człowieka w spokoju. My jednak potrzebujemy informacji, gubimy się w rozszyfrowywaniu takich uników! Mogliśmy przecież zadzwonić do innego zmotoryzowanego znajomego, tymczasem jest już za późno przez kolegę, który nas (w naszym wyłącznie mniemaniu) OKŁAMAŁ. A jemu było po prostu głupio, bo obiecał i nie wyszło. Wolał więc zignorować, przemilczeć ten niezwykle wstydliwy fakt, licząc skrycie na naszą ignorancję lub zaniki pamięci. My tymczasem drążyliśmy, męczyliśmy i wymuszaliśmy (bez złych intencji, czego turecki znajomy nie rozumie), wychodząc na zwykłych chamów i prostaków. A życzyliśmy sobie jedynie zostać jasno poinformowani o rozwoju wydarzeń, aby móc zaplanować tą cholerną (przykładową) wycieczkę.


Nadmiar obietnic jeszcze nikomu nie zaszkodził

Kolega od samochodu obiecał, choć swoją obietnicą specjalnie się nie przejął. Mógłby, toby zawiózł. Ale nie mógł. To nie zawiózł. Dużo rzeczy się mówi i obiecuje, nikt jednak za słówka nie łapie i perfidnie nie rozlicza, czego więc do diabła chcemy? Już sama propozycja, oferta pomocy, jest wartością samą w sobie, czymś pozytywnym. Wyrażając werbalnie chęć pomocy, dajemy drugiej stronie do zrozumienia, że nie jest nam obojętna, ba, że lubimy ją i o nią dbamy (a raczej chcielibyśmy zadbać… gdybyśmy akurat mogli albo mieli na to ochotę). Takie gadki szmatki naprawdę wzmacniają więzi! Pójdziemy razem tam, przedstawię Cię temu, oczywiiiiiście zaaaaawsze jesteś mile widziany na kolacji, tylko zadzwoń, poza tym możemy to i tamto, a nawet owamto. Pięć minut po takiej rozmowie turecki rozmówca wraca do swojego życia i obietnicami-cacankami niespecjalnie zaprząta sobie głowę. Ale my już zacieramy ręce na wspaniałą wizję przyszłości, jaką nam właśnie przedstawił…
Wpadliśmy jak polska śliwka w turecki kompot.


Co chcę przekazać synowej, powiem córce

(w oryginale: Kızım sana söylüyorum gelinim sen anla, czyli: Córko, mówię Tobie, a Ty wytłumacz mojej synowej)
Bardzo ważne powiedzenie! Wyjaśnia wiele na temat tureckich niedomówień, niedopowiedzeń, tego czającego się wszędzie, ukrytego gdzieś głęboko, drugiego (tureckiego) dna, do którego cudzoziemcy często nie mogą się dokopać… Dotyczy wszelkich relacji społecznych, nie tylko stosunków między teściową a synową (i tu zagraniczne synowe tureckich teściowych mogą odetchnąć z ulgą…).
Dwuznaczne i zaszyfrowane opinie oraz komentarze tureckich znajomych brzmią często jak zaklęcia. Trzeba chyba zarazić się z premedytacją nerwicą natręctw, aby nauczyć się je bezbłędnie odczytywać.

O tureckich szyfrach następnym razem.

7 komentarzy:

Joanka pisze...

Absolutnie się zgadzam. Ze wszystkim - zresztą ja też pisałam o poleganiu na tureckich "przyjaciół"... Troche w innym kontekscie, ale w sumie najwazniejsze sa przyklady, które i tak prowadzą do jednego...
http://sumaprzypadkow.blogspot.com/2009/11/arkadaslar.html

pozdrawiam i czekam na kolejne notki
J.

agata pisze...

sto procent prawdy, polska sliwka i turecki kompot - wspaniale :)
i nie znalam tego przyslowia z tesciowa...dzieki!

skylar pisze...

Agata, jesteś boska :)

ps. Dlatego właśnie już kompletnie ignoruje te ich pierdoły. Uśmiecham się, dziękuję grzecznie, a liczę tylko i wyłącznie na siebie.

brytyjka pisze...

Świetna notka, strzał w dziesiątkę :)

Kroniki egipskie pisze...

To dokładnie tak samo, jak w Egipcie ;)

Anonimowy pisze...

Dzięki temu co tu przeczytałam oraz doświadczeniom własnym utwierdzam się w przekonaniu, że dzieli nas wieelka przepaść mentalna. Dokładnie - polska śliwka i turecki kompot ;) Co nie oznacza oczywiście, że inny znaczy gorszy.

Wspaniała notka i czekamy na więcej, więcej, więcej :)))

mor cadı pisze...

dziękuję moje drogie!

nie będę się obijać w tym roku, więc wkrótce nowa notka:)