niedziela, 17 stycznia 2010

Istanbul 2010, European Capital of Culture

Stało się...

Od wczoraj piękny nasz Stambuł jest już oficjalnie Europejską Stolicą Kultury


Poniżej prezentuję z dumą MIASTO w dziesięciu odsłonach... i zachęcam do odwiedzenia go jeszcze w tym roku !


Sielskie widoki tylko dla studentów Uniwersytetu Bosforskiego... (Boğaziçi Üniversitesi). Europa



Łódki na Caddebostan. Azja



Cihangir. Mieszkać TU to być KIMŚ. Europa



Dworzec Haydarpaşa na tle zachodu słońca. Azja



Bazar jakich mało, dóbr konsumpcyjnych dużo. Kadıköy, Salı Pazarı. Azja



Burgazada, wyspa druga



Kuzguncuk i moje ulubione domy. Azja



Uliczka Nevizade. Europa



Pod pierwszym mostem. Pomiędzy



A taki oto zegar nieopodal przystani Üsküdar stoi. I tyka. Azja

wtorek, 12 stycznia 2010

Wszyscy tacy sami, planowo zwariowani…


(…że zacytuję jeden z ulubionych zespołów dziecięcych lat, szacowne Farben Lehre…)





Człowiek zalicza się podobno do zwierząt stadnych. Jako jednostka aspołeczna miewam co do tego wątpliwości. Po kilkuletnim pobycie w Turcji nawet ja przyznaję jednak, że… nie ma to jak wejść między wrony i krakać, tak jak one!



Indywidualizm vs Kolektywizm

Stosując wyświechtany schemat, możemy umieścić Turcję oraz państwa europejskie na dwóch przeciwległych biegunach (im bardziej na północny-zachód od Turcji, tym mniej podobieństw, ma się rozumieć…).
Chłodny Szwed
W dużym uproszczeniu: mieszkaniec Skandynawii bardziej ceni sobie wolność osobistą (nie podaje dziewczynie haseł do swojego konta na Facebook’u lub MSN, nie pozwala jej też dzwonić do siebie co kwadrans i wypytywać: „A co TERAZ robisz, canım benim?”), prawo do własnych sądów i przekonań (nie pozwala rodzinie robić mu prania mózgu) oraz swobodę ich wyrażania (jeśli mamie nie spodoba się jego nowa dziewczyna, zamiast potulnie przytaknąć, tupnie stanowczo nogą i powie, co o maminych komentarzach myśli).
Jeśli jednak wpadnie w tarapaty, znajomi (nieliczni zresztą; w końcu, zajęty karierą i pielęgnowaniem swojego indywidualizmu, nie ma czasu na przyjaźnie) nie pospieszą mu tak chętnie z pomocą (a radź sobie człowieku sam, każdy kowalem swojego losu przecież!). Rodzina nie wesprze, mama nie otoczy opieką – toksyczne rodzinne relacje łatwo zerwał, pępowina już dawno przecięta, spod klosza udało się, ku radości i z przyklaskiem familii, uciec.
Siądzie więc taki Skandynaw samotnie w pokoju, z Finlandią pod pachą. Dobrze, jeśli nie zaczną mu po głowie krążyć myśli samobójcze (wszyscy słyszeliśmy przecież o wskaźnikach samobójstw w krajach skandynawskich, z Finlandią na czele).
Przynajmniej państwo czuje się jeszcze w obowiązku wesprzeć naszego biednego (dajmy na to) Szweda socjalnie…
Wylewny Turek
Turek z kolei czuje się może nieco emocjonalnie i fizycznie osaczony (dziewczyna nie tylko śledzi każdy jego ruch na Facebook’u, sprawdza sms-y, pilnuje poczty przychodzącej i wychodzącej, ale właściwie wchodzi już zupełnie na głowę, zmuszając – o zgrozo! – do wspólnych zakupów w outlecie sieci odzieżowej Mango*), zbyt mocno skrępowany więzami z rodziną (o szorowaniu pleców tureckim żołnierzom przez ich mamy pisała w komentarzu do jednego z poprzednich postów koleżanka) lub przyduszony od nadmiaru okazywanych mu uczuć i zainteresowania (gdzie nie spojrzy, nowa wiadomość, czaty wariują, telefon bez przerwy drynda; gdzie się nie odwróci, znajomy znajomego na każdym rogu, za każdym zakrętem – a weź tu schowaj się albo zignoruj – społeczna banicja gwarantowana!).
Jeśli jednak trafi mu się gorszy dzień (a ostatnimi czasy trafia się często – podrożało w Turcji niemal wszystko, z papierosami na czele), smutek znów zagości w sercu (przypomni się była dziewczyna, która zostawiła naście lat temu, przygnębi odcinek depresyjnej – jakżeby inaczej – tureckiej opery mydlanej) – przyjaciele nie zostawią w potrzebie! Wyciągną na çay, rakı, wspólne oglądanie rzewnej telenoweli, siedzenie, gadanie, plotkowanie, tańce, śpiewy i inne hulanki…
A turecka mama jak nikt inny pocieszy i doradzi.



Unifikacja – Standaryzacja – Manipulacja

Wiemy już, jakie korzyści płyną z bycia członkiem społeczeństwa, w którym (nieco) wyżej ceni się zbiorowość niż jednostkę.
Jakie mogą być natomiast (potencjalne) zagrożenia wynikające z życia „w stadzie”?

W Turcji bardziej niż w Polsce ceni się (użyjmy w tym miejscu eufemizmu) jednomyślność. Za poglądy odbiegające (bardziej niż jest to dopuszczalne) od tak zwanej normy, można, jeśli nie oberwać, to przynajmniej zostać wyśmianym lub zignorowanym (z wariatami się przecież nie dyskutuje).
Turcy to naród dumny, patriotyzm to słowo wytrych. Istnieje szereg tematów, o których się po prostu nie dyskutuje (a raczej dyskutuje w stopniu ograniczonym), przydzielona przez społeczeństwo „pula” możliwych do posiadania na te dane tematy opinii, pewnego rodzaju kalki i gotowce. Coś w rodzaju: „turecka kuchnia jest najlepsza, a XY Wielkim Poetą był”. W tematy polityczno-religijno-wojskowe nie mam zamiaru się tutaj wgłębiać (a chciałabym, chciała...).
Jednostką zunifikowaną łatwiej się oczywiście manipuluje i z radością się ją kontroluje...

Ponieważ kontrola społeczna jest w Turcji znacząca, zachowania, które w nastawionych na jednostkę społeczeństwach mieściłyby się „w granicach przyzwoitości i rozsądku”, w Turcji mogą już być uznane za dewiację.



Krótka opowieść o tym, jak trzy zagraniczne dziewczęta chciały się popisać przed kolegami z Kayseri, a zasiały tylko zgorszenie – ku przestrodze!

Taką niewinną dewiacją było przygotowanie przeze mnie i moje koleżanki potrawy sigara böreği** w wersji słodkiej, z miodem jako nadzieniem. Przystaweczka wyszła z tego przepyszna, choć tureccy koledzy nie zachwycali się wcale, a wcale. Konsumpcja odbyła się prawie ze łzami w oczach, a z gardeł wyrywało się powtarzane w kółko pytanie „dlaczego… ale dlaczego?”. Dobrze, że przezornie (zapewne po wcześniejszym szkoleniu dla wolontariuszy na temat różnic kulturowych) upichciłyśmy też sigarety w wersji standard, z nadzieniem serowo-pietruszkowym.
A może koledzy płakali, bo kiepskie z nas po prostu kucharki?

Jedno jest pewne – błędu dewiacji, także tej kulinarnej, starałyśmy się już potem nie popełniać.
Inaczej sprawy się mają w Stambule – wszak wszyscy tureccy „dewianci” ukrywają się (jeśli nie uciekli wcześniej poza granice kraju) właśnie tutaj.
Kolorowy i tolerancyjny nasz Stambuł zachęca wręcz do zachowań anormalnych!

O tym jednak kiedy indziej.



PS. podziękowania dla tureckiego kolektywu inżynierów-naprawiaczy pralek i innych urządzeń, sprzętów oraz mechanizmów, których humanistyczny mój umysł pojąć jak nie mógł, tak nie może;)
PS 2. na zdjęciu meczet w Kayseri



* outlet sieci odzieżowej Mango – ukochane przez Turczynki miejsce zakupów (i moje, i moje!); zakupy w outlecie sieci odzieżowej Mango – ulubione zajęcie części Turczynek w czasie wolnym; zakupy w outlecie sieci odzieżowej Mango w towarzystwie boyfrienda, który stęka, poci się i mdleje, w tym samym czasie doradzając i zachwalając – ulubiona sadystyczna rozrywka niektórych Turczynek, sprawdzian zaangażowania tureckiego mężczyzny w związek partnerski.
** sigara böreği – przystawka podawana na ciepło, składająca się ze zwiniętego w rulonik ciasta yufka oraz nadzienia serowo-pietruszkowego, pod żadnym (!!!) pozorem nie może być to nadzienie słodkie lub jeszcze bardziej szalone, dziwaczne i zwariowane (na przykład… słodko-kwaśne?!).

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Książka o Turcji



Z cyklu "krótkie, acz treściwe ogłoszenia parafialne"

Niniejszym oświadczam, że ja, Agata (ze Stambułu) oraz Skylar (z Alanyi, autorka bloga TUR-TUR), wydajemy w tym roku książkę o tematyce jak w tytule powyżej.

Turcja, Turcy, Turczynki i wszystko, co tureckie!
Dla spragnionych informacji i żądnych wiedzy turystów oraz pasjonatów Turcji...

Nie będzie to przewodnik, nie będzie to powieść.
Nie będzie aż tyle ironii, co na blogu.
Mamy nadzieję, że sprawimy miłą niespodziankę wszystkim zakochanym w Turcji.

Tak rzekłam, a teraz zabieram się do pisania…

piątek, 8 stycznia 2010

Face 2 Face & Double Face

(na zdjęciu manekiny z Bazaru Egipskiego)




„Wolę najgorszą prawdę od najmniejszego kłamstwa” – mawiają niektórzy mądrzy ludzie.
W Turcji stosowanie się do zasady bezgranicznej szczerości grozi jednak posądzeniem o brak piątej klepki.
A może nawet czymś gorszym.

Wszyscy wiemy o białych kłamstwach, kłamstwach niewinnych, małych kłamstewkach, które nikomu nie szkodzą, a wręcz pomagają.
Grubej, niezgrabnej koleżance nie trzeba przecież walić prosto z mostu, że z sukienkami to ona może się pożegnać do końca życia, nawet, jeśli schudnie te swoje wymarzone dziesięć kilo. Można za to zasugerować delikatnie zmianę stylu ubierania.
Z drugiej strony, nie trzeba też na wszystko cmokać i zachwalać pod niebiosa, przewracając oczami: „Canım, Tobie to we wszystkim pięknie!”


Gadki szmatki, czyli turecki small talk

Jako Polacy mamy podobno skłonność do narzekania i czarnowidztwa (być może coś się w tej kwestii zmieniło, nie jestem na bieżąco). Na pytanie „Co słychać?” rozpoczynamy litanię skarg i zażaleń. Stara bieda, stara bieda, rodacy…

Turcy wprost przeciwnie. Zaczynają każdą, najbardziej nawet błahą konwersację, od słynnego „Nasılsın(ız)?”. Nawet opieprz szefa zostanie poprzedzony grzecznościowymi formułkami, uprzejmościową „grą wstępną” do dania głównego, czyli takiego zwolnienia z pracy na przykład.
Jak się masz? Świetnie, a Ty? Ja też, dziękuję. Co słychać? Wszystko wspaniale. U mnie również („To może ruszysz w końcu tyłek i przyniesiesz to, o co prosiłem Cię tydzień temu, i miało być na wczoraj?!” – ukryte między wierszami).


Złych wiadomości nie podajemy

Turecki znajomy obiecał, że nas podwiezie, a teraz nie daje znaku życia? Może tata zabrał samochód, a on wstydzi się nas zawiadomić, że z wyprawy nici? Wystarczyłoby zadzwonić i odwołać, prawda? Nie, to byłoby zbyt proste. I w tureckim mniemaniu: najzwyczajniej chamskie.
Przypominamy więc o obietnicy (zależy nam na transporcie, wszystko zaplanowane), a kolega niepewnym już głosikiem potwierdza i zapewnia, że oddzwoni. Zamiast tego milczy, a naszych telefonów nie odbiera. Powinniśmy zorientować się, że coś nie gra i zostawić biednego człowieka w spokoju. My jednak potrzebujemy informacji, gubimy się w rozszyfrowywaniu takich uników! Mogliśmy przecież zadzwonić do innego zmotoryzowanego znajomego, tymczasem jest już za późno przez kolegę, który nas (w naszym wyłącznie mniemaniu) OKŁAMAŁ. A jemu było po prostu głupio, bo obiecał i nie wyszło. Wolał więc zignorować, przemilczeć ten niezwykle wstydliwy fakt, licząc skrycie na naszą ignorancję lub zaniki pamięci. My tymczasem drążyliśmy, męczyliśmy i wymuszaliśmy (bez złych intencji, czego turecki znajomy nie rozumie), wychodząc na zwykłych chamów i prostaków. A życzyliśmy sobie jedynie zostać jasno poinformowani o rozwoju wydarzeń, aby móc zaplanować tą cholerną (przykładową) wycieczkę.


Nadmiar obietnic jeszcze nikomu nie zaszkodził

Kolega od samochodu obiecał, choć swoją obietnicą specjalnie się nie przejął. Mógłby, toby zawiózł. Ale nie mógł. To nie zawiózł. Dużo rzeczy się mówi i obiecuje, nikt jednak za słówka nie łapie i perfidnie nie rozlicza, czego więc do diabła chcemy? Już sama propozycja, oferta pomocy, jest wartością samą w sobie, czymś pozytywnym. Wyrażając werbalnie chęć pomocy, dajemy drugiej stronie do zrozumienia, że nie jest nam obojętna, ba, że lubimy ją i o nią dbamy (a raczej chcielibyśmy zadbać… gdybyśmy akurat mogli albo mieli na to ochotę). Takie gadki szmatki naprawdę wzmacniają więzi! Pójdziemy razem tam, przedstawię Cię temu, oczywiiiiiście zaaaaawsze jesteś mile widziany na kolacji, tylko zadzwoń, poza tym możemy to i tamto, a nawet owamto. Pięć minut po takiej rozmowie turecki rozmówca wraca do swojego życia i obietnicami-cacankami niespecjalnie zaprząta sobie głowę. Ale my już zacieramy ręce na wspaniałą wizję przyszłości, jaką nam właśnie przedstawił…
Wpadliśmy jak polska śliwka w turecki kompot.


Co chcę przekazać synowej, powiem córce

(w oryginale: Kızım sana söylüyorum gelinim sen anla, czyli: Córko, mówię Tobie, a Ty wytłumacz mojej synowej)
Bardzo ważne powiedzenie! Wyjaśnia wiele na temat tureckich niedomówień, niedopowiedzeń, tego czającego się wszędzie, ukrytego gdzieś głęboko, drugiego (tureckiego) dna, do którego cudzoziemcy często nie mogą się dokopać… Dotyczy wszelkich relacji społecznych, nie tylko stosunków między teściową a synową (i tu zagraniczne synowe tureckich teściowych mogą odetchnąć z ulgą…).
Dwuznaczne i zaszyfrowane opinie oraz komentarze tureckich znajomych brzmią często jak zaklęcia. Trzeba chyba zarazić się z premedytacją nerwicą natręctw, aby nauczyć się je bezbłędnie odczytywać.

O tureckich szyfrach następnym razem.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

O Rozpuszczonym Tureckim Chłopcu



(ze specjalną dedykacją dla Marzeny)



Wstęp

Odcięta od świata, czyli mojego Kochanego Internetu, korzystam ostatnio z gościnności różnych kafejek na Modzie. Podczas mojego sieciowego odwyku spędziłam jedno popołudnie w prawdziwej dekoratorskiej perełce: imitujące czerwoną skórę siedzenia, szpitalno-różowe ściany i à la kryształowe, podświetlone na fioletowo żyrandole; całości dopełnia pasująca do wystroju muzyka. Serwują tam bezsmakową nescafé ze śmietanką z proszku jako jedyną kawę (poza turecką, której akurat nie chciałam, bo w ceną wliczone było wróżenie, a ja wtedy i bez tłumacza, i bez specjalnych chęci…).

Siedzę więc w tej bezowej kawiarni, ugniatam łyżeczką stwardniałą śmietankę i z determinacją wpisuję podane mi przez obsługę hasło. Bezskutecznie – Internetu jak nie było, tak nie ma (jak dowiedziałam się wychodząc, „taaak, czasem nie działa…”).
Towarzystwa dotrzymuje mi czteroletni (na moje wprawne oko) chłopiec, który kręci się wokół stolika, wychyla spod krzesła, zagląda zza rogu. Krótko mówiąc – oczekuje uwagi. Nie odpowiada jednak na grzecznościowe pytania w stylu „jak masz na imię? ile masz lat?”, daję więc sobie spokój tak z uwagą, jak i z konwersacją i wracam do walki o Internet (za który w końcu zapłaciłam w postaci mętnego płynu z coraz bardziej podatną na dźganie śmietanką).
Dopiero gdy chłopiec zaczyna bawić się moją torebką (ostateczna próba zwrócenia na siebie uwagi, dość ryzykowna zresztą), mierzę go lodowatym spojrzeniem, jakiego nie powstydziłby się surowy turecki hodża, czyli nauczyciel (wprawa jeszcze jest, z tym jak z jazdą na rowerze widocznie). Chłopiec trochę się jeszcze kręci wokół zielonego stolika i czerwonej sofy, torebkę i inne dobra osobiste należące do mnie omija jednak szerokim łukiem.

Kawiarniany chłopiec nie tylko nie wyraża chęci kontaktu werbalnego, jest dodatkowo przyssany do butelki (w tym wieku?) i konsekwentnie ignoruje wszelkie uwagi ze strony matki, która łudzi się jeszcze, że kiedy wystęka skwaszonym głosem „synku, nie biegaj” (piłując w tym czasie paznokcie i plotkując z koleżanką), to synek biegać przestanie.
Otóż nie przestanie.

***

Ponieważ postanowiłam być w tym roku nieco bardziej złośliwa niż zwykle (próba niezbędnej adaptacji, ostatnie tureckie stracie, tonąca cudzoziemka brzytwy się chwyta, etc.), będzie dziś kolejny wredny post. Tym razem o Rozpuszczonym Tureckim Chłopcu.
Nie chciałabym uchodzić za cudzoziemkę dręczącą wyłącznie Turczynki, tak więc dziś oberwie się tylko Turkom.
Potem obiecuję zamieszczać już tylko ładne zdjęcia, komentarze odnośnie wydarzeń kulturalnych, porady podróżnicze oraz inne ogłoszenia parafialne.

Tymczasem wróćmy do Rozpuszczonego Tureckiego Chłopca.
Natchnęła mnie Perihan Mağden i jej urokliwy esej „Mężczyzna pływający motylkiem” (w oryginale: „Kelebek yüzen erkekler”), który ukazał się w listopadowym BLUSZCZU. Polecam gorąco.



Rozwinięcie

Turecki Chłopiec oraz Turecka Dziewczynka dorastają w atmosferze bezkarności i swawoli, wychowywani – nie bójmy się tego słowa – co najmniej bezstresowo. Tarmoszeni przez ciocie, kuzynki, babcie i sąsiadki za policzki (oznaka sympatii wobec dziecka, w wersji soft lub nieco sadystycznej), karmieni tureckimi potrawami pichconymi z zapałem przez mamy i babcie (które, szczęśliwie lub nie, pracować często nie muszą). Rozpieszczani przez nauczycieli (ale tylko w szkołach prywatnych – tam zdecydowanie rządzi młodzież!). Pilnuje się tych dzieci, strzeże jak oczek w głowie, nie pozwala pić letnich nawet napojów (uwaga na przeziębienie!), chroni przed przeciągami czy najlżejszym podmuchem wiatru (przeziębienie!), wozi zawsze i wszędzie (Pan Szofer dostarczy pod drzwi prywatnej podstawówki i dowiezie z powrotem do domu) – podczas spaceru można się przecież przeziębić! Szkolna pielęgniarka opatrzy każde skaleczenie i podejrzaną kropeczkę na palcu, pani dyrektor skarci wredną nauczycielkę, która śmiała próbować prowadzić lekcję lub postawić czwórkę za fatalną klasówkę.
Słowem: MA-SA-KRAAA.

Gdy Turecki Chłopiec i Turecka Dziewczynka zaczynają dojrzewać, sprawy nieco się komplikują. Obie strony muszą nauczyć się swoich ról społecznych. I tak, jak nietrudno się domyślić, Turecki Chłopiec ma być silny, a Turecka Dziewczynka – ładna (miła to nawet nie musi… chyba że dla Tureckich Chłopców i ich Tureckich Mam, i tylko w specyficznych sytuacjach).
Jak określiła to moja polska koleżanka (lepiej bym tego nie ujęła): Turecki Mężczyzna jest aktywny – WYBIERA; Turecka kobieta jest pasywna – PREZENTUJE SIĘ (w domyśle – Tureckiemu Mężczyźnie). Niby żadne to odkrycie, i nie dotyczy tylko Turcji, ale… na jaką skalę jest to prezentacja!


Życie „na wybiegu” – o Tureckiej Kobiecie

Turecka Kobieta wie, że czas nagli. Lustruje każdego poznanego mężczyznę, analizuje jego wady i zalety, podświadomie szuka w nim „przymiotów prawego męża”, sprawdza, jaki to z niego materiał na stały, dobrze rokujący (w podtekście: rokujący małżeństwem) związek. I nie chodzi tylko o pieniądze, władzę, przyzwoite stanowisko w przyzwoitej korporacji. Turecka Kobieta ma w życiu coraz bardziej pod górkę: ona nadal tylko się prezentuje. Mężczyzna wybiera, ale jest przy tym coraz bardziej wybredny. I coraz dłużej zwleka. Co prawda średnia wieku wchodzenia w związki małżeńskie to w przypadku Turków 26 lat (niecałe 23 lat dla kobiet) – statystyczny Turecki Mężczyzna nadal żeni się więc wcześnie. Jednak najbardziej pożądani kandydaci – wykształceni, zamożni, zaradni, po odbytej służbie wojskowej (tak!), nie spieszą się. Bo i nie mają do czego. Rodzina już tak bardzo nie naciska (zresztą, są to rodziny bardziej otwarte na świat i inne poglądy), do tego te cudzoziemki pchają się do Stambułu, Izmiru, Antalyi, jak szalone… A przed czterdziestką można ustatkować się z młodą turecką absolwentką nauczania początkowego. Rodzina tylko przyklaśnie (Mama w szczególności).
Turecką Kobietę rodzina będzie natomiast ku małżeństwu (raczej mocno) popychać. Znam tylko kilka Turczynek, które nie pytają koleżanek o plany zaręczyn i ślubów, które nie lustrują chłopaków znajomych, nie analizują wad i zalet potencjalnego kandydata na męża przyjaciółki. Te lustrujące i analizujące to wcale nie ogłupione, biedne dziewczęta, ale wykształcone, nieźle zarabiające Turczynki ze stambulskich rodzin. Niby wszystko gra, ale magiczne słowo MAŁŻEŃSTWO kołacze stale gdzieś w tyle głowy, do tego bardzo młodym dziewczynom. Młodym i chyba jednak niezbyt roztropnym (żeby nie powiedzieć: głupim), skoro snują wizję ŚLUBU (bo nawet nie wspólnego życia PO) z dopiero co poznanym chłopakiem, z którym od niedawna zaczęły się spotykać.
Jak (lubiana zresztą przeze mnie) koleżanka, która w taki oto sposób analizowała swój trzymiesięczny wówczas związek (cytuję): „ Jeśli X. pójdzie do wojska na pół roku, to w porządku… Ale jeśli wyślą go na rok, musimy ustalić, czy bierzemy potem ślub, bo jeśli się nie zdeklaruje, to ja w ciągu tych dwunastu miesięcy mogę znaleźć kogoś innego, zamiast tracić czas”. Dodam, że koleżanka nie skończyła jeszcze dwudziestu pięciu lat. Dodam też, że nie było w tym wywodzie krzty ironii, tylko czysta kalkulacja i pragmatyzm (oraz determinacja!).
Skrajny (i smutny) przykład pochodzi z Kayseri. Znajoma musiała po studiach wrócić do rodzinnego miasta (bo tak). Rodzina uznała, że nadszedł czas na małżeństwo (bo tak), pozwalając dziewczynie (cóż za wspaniałomyślność) wyjść za mąż za chłopaka, z którym była związana przez ponad dwa lata. Chłopak ten jednak żenić się nie chciał. Dopiero skończył studia i planował trochę „pożyć”, zwiedzać świat… Opowiadał mi przygnębiony, paląc papierosa za papierosem, że rodzina na pewno wyda jego ukochaną za kogoś innego, a on NIC na to nie może poradzić… Dwa, trzy miesiące później, miał już nową dziewczynę. Co stało się z poprzedniczką? Nie wiem, ale mam nadzieję, że historia o aranżowanym małżeństwie była lekko podkoloryzowana na potrzeby dramaturgii rozstania. Albo że rodzina dziewczyny ma dobry gust, i wydała ją za mniejszego kretyna niż jej były.


Żyć nie umierać, tylko przebierać – o Tureckim Chłopcu

Wiemy już, że Turecki Chłopiec wybiera, a raczej przebiera, że nie marzy o ustatkowaniu się za wszelką cenę, jak jego tureckie koleżanki (mało tego, po ustatkowaniu się PODOBNO zdradza – wynika tak z badań, jakich, nie pamiętam, dlatego pominę ten trudny temat, w który i tak nie chcę się w tej chwili zagłębiać, bo wystarczająco już namieszałam). Wiemy, że jego wybory, przynajmniej te dotyczące życia osobistego, są względnie akceptowane przez rodzinę – oczywiście pod warunkiem, że sam się utrzymuje – jest wtedy prawie panem własnego losu. Rodzinie nie zwierza się przecież ze wszystkich randek, związków i związeczków. Jest wolny, bo prowadzi po prostu żywot pracoholika i stawia na karierę – taka jest oficjalna i w miarę wiarygodna wersja. I tak już swoje przecierpiał – skończył studia, nauczył się jakoś angielskiego na poziomie elementary, poszedł do wojska, a teraz ciężko zarabia na chleb powszedni. Odczepcie się więc od Tureckiego Chłopca, z Tureckimi Kobietami też nie ma przecież łatwo!
Jeśli więc flirtuje z koleżanką, a potem z inną umawia się do kina (mówiąc swojej tureckiej dziewczynie, że ogląda w tym czasie mecz z kolegą), oznacza to tylko, że korzysta z możliwości, jakie dało mu życie. I że przyklaskuje mu przyzwalające na takie zachowania społeczeństwo. Możliwości, których nie ma (a raczej w teorii nie powinna mieć) Turecka Kobieta. Bo w praktyce, jak wiemy, bywa różnie…



Zakończenie

Wyjątkowo nie będę się na zakończenie tłumaczyć.
Ci, co mieli zrozumieć, zrozumieli.
Ci, którzy dopiero przyjechali do Turcji i zachwycają się nią aż dechu w piersi brak, i tak posądzą mnie o brak piątej klepki.

Następny post już naprawdę o wróżbach!

piątek, 1 stycznia 2010

Turcja. Świąt nie będzie


Hoł hoł hoł… jestem dobrym duszkiem tureckich Świąt Bożego Narodzenia…



Christmas: when, where, why?!

Co roku powtarzam jak mantrę (taką wredną mantrę), że wielu Turków myli Święta Bożego Narodzenia z Nowym Rokiem, wysyłając zagranicznym znajomym 31 grudnia sms-y o treści: „Świętujemy dziś razem z Tobą, Merry Christmas!”. Dostałam sporo takich życzeń podczas pobytu w Kayseri, w tym roku o Świętach jednak ani słowa… Być może światli Stambulczycy są lepiej wyedukowani. A może po prostu z roku na rok grono moich tureckich znajomych się kurczy? (kto by się chciał kolegować z taką przemądrzalską)

Na okoliczność Świąt moja okolica zamieniła się w jarmark świątecznych dekoracji: Mikołaje w różnych wymiarach i wygibasach, choinki we wszystkich odcieniach zieleni, a między nimi… świecące figurki Najświętszej Marii Panny! Czyżby promocyjny gadżet dorzucony do hurtowo zamawianych z Chin Mikołajków? A może jest na nie popyt w muzułmańskiej Turcji?

Wichry znad Bosforu nie dręczą tej zimy Stambułu. Temperatura cały czas na plusie, i to powyżej dziesięciu stopni, słońce częściej niż deszcz. Aż miło było połazić wczoraj wieczorem po zatłoczonych barowych uliczkach, żadnych dreszczy, chuchania w lodowate ręce, czy śniegu skrzypiącego pod nogami (tak, byłam na Święta w Polsce, i nie, nie przekonałam się jeszcze do uroków pięknej, mroźnej zimy… choć robię postępy).

Sylwester 2009 to mój trzeci stambulski Sylwester, drugi po stronie azjatyckiej, ale pierwszy naprawdę udany – dzięki temu, że w cudownym polsko-tureckim gronie (z przewagą polską).
Nie wiem, jak bawiono się w tym roku na Taksimie (czy były ofiary w ludziach?), ponieważ jestem tymczasowo odcięta od świata (internetowo, telewizyjnie… dobrze, że mam chociaż jakieś zakurzone książki…), ale Sylwester na İstiklalu (główna ulica odchodząca od Placu) jest chyba owiany złą sławą, bo nawet mnie myśl o noworocznym balowaniu na Taksimie napawa przerażeniem… (na temat tegorocznych tańców i hulanek na Placu TUTAJ).


Noworocznie i poświątecznie pozdrawiam wszystkich Czytelników, życząc udanego 2010 roku (który, jak wszyscy podświadomie czują, a fachowcy od horoskopów potwierdzili, będzie rokiem DOSKONAŁYM).
Wybieram się niedługo na noworoczne wróżenie z kawy. Relacja wkrótce.