piątek, 31 grudnia 2010

Londyn z Turkiem w tle

Moda, Morze Marmara



Once an Istanbullu, always an Istanbullu
– pisze dość patetycznie w swojej książce Istanbullu Buket Uzuner.

Skąd bierze się unikalność Stambułu? Czy to kwestia dobrego marketingu? Czy faktycznie mamy do czynienia z miastem miast, królową metropolii (Stambuł zdaniem Uzuner jest bowiem… kobietą)?

Egzaltowanym i melodramatycznym monologiem miasta Stambuł zaczyna się ta pełna emocji, wręcz rozhisteryzowana momentami książka. Poddałam się po przebrnięciu przez połowę. Zmęczyły mnie niekończące się wątpliwości irytujących do bólu bohaterów, którzy z sadomasochistycznym upodobaniem babrają się we własnych, trudnych zresztą dla nich samych do zdefiniowania, emocjach.


Stambulska klątwa

Ten wyświechtany banał (ileż to razy słyszeliśmy od tureckich znajomych, że Stambuł „zostaje w sercu na zawsze”, że „to niepowtarzalne miasto”, że „nigdzie indziej nie będziemy czuć tego europejsko-azjatyckiego schizofrenicznego rozdwojenia”) sprawdza się w moim przypadku.
Jeszcze przed wyjazdem wiedziałam, że Stambułu łatwo zastąpić się nie da. Nie chodzi tylko o zapierające dech widoki (niepodważalne piękno Bosforu i morza Marmara i tak nie zadowoli w pełni narzekających na nierówne chodniki oraz nie tak sterylne jak szwajcarskie ulice).
O co więc chodzi?
Może ślady przeszłości, duch imperium osmańskiego, zarażają niemożliwym do wyleczenia wirusem?
A może uroczy stambulski chaos przyciąga niespokojne dusze (nie poukładanych leni), które lubią trwać w stanie przyjemnego zawieszenia?


Wyjaśnień racjonalnych brak

Wiele osób zadaje to samo, cisnące się na usta pytanie – dlaczego akurat Turcja? Dlaczego Stambuł? Jest to pewnie w dużym stopniu kwestia przypadku. Z jakiegoś powodu czułam jednak, że Stambuł to właśnie miasto, w którym muszę zamieszkać. Zadziwiająco gładko weszłam w tureckie życie, które sobie wymyśliłam. Poczułam po prostu, że jestem we właściwym miejscu.
Znajoma skomentowała kiedyś moje upodobania krótkim stwierdzeniem: Agata, ty się prostu lubisz użerać.

Nie mogę przypomnieć sobie momentu pierwszego kulturowego szoku, pierwszej rzeczy, z którą faktycznie musiałam się użerać. Powinien to być uliczny chaos, bałagan, hałas. Było wprost przeciwnie – tureckie ulice spodobały mi się właśnie ze względu na swoją energię, dźwięki, nieład. Jednym słowem bajzel. Podejście do tej kwestii ewaluowało oczywiście z czasem…

Może kierowcy? Nienawidzę jazdy samochodem, nawet z dobrym kierowcą, a w Turcji… A w Turcji o empatycznego, zrównoważonego psychicznie kierowcę nie tak znowu łatwo… Szczególnie wśród taksówkarzy, kierowców autobusów, a już na pewno kierowców dolmuszy.

Chyba dość szybko zaczęło mnie irytować postrzeganie i traktowanie przez niektórych kobiet. Mam głównie na uwadze mój pobyt w konserwatywnym Kayseri, gdzie opiekowano się mną zdecydowanie przesadnie. Mimo tego, że zwykle doceniałam starania organizatorów projektu, miałam często ochotę wybić im zęby, trzasnąć drzwiami i uciec do Ankary (najbliższe „zdegenerowane” miasto, z pubami i koncertami).

...

Turcja „prześladuje” mnie w Londynie na każdym kroku.
Pierwszego miesiąca znajomi zapraszają do tureckich knajp, twierdząc, że to nie z grzeczności, a z czystego egoizmu (tureckie żarcie jest przecież najlepsze!). Zresztą, na każdym rogu kebab za trzy funty, grzechem byłoby się nie skusić.

Listopad – turecki festiwal filmowy, podczas którego można zobaczyć Miód, Za głosem stada, Kosmos…

Szukanie pracy. Ku wielkiemu zaskoczeniu, Turcja to najwyraźniej mój najmocniejszy punkt w CV, najciekawszy moment rozmowy kwalifikacyjnej, gdy potencjalnemu pracodawcy rozświetlają się oczy, rozpalają policzki. Turcja? No proszę. Stambuł? Fascynujące. Cztery lata? Niesamowite…

Green Lanes, Hackney – gdyby nie wiktoriańskie domki, można by pomyśleć, że znaleźliśmy się nagle na jednej ze stambulskich ulic.


Mutlu Yillar bez oglądania się wstecz

Piszę po jakiejś chorej przerwie, przerażająco długich dwóch miesiącach, i aż wierzyć mi się nie chce, że tak bardzo zaniedbałam tego bloga. To chyba powyjazdowa reakcja obronna
(a może po prostu kolejny dowód na moje nieuleczalne i niczym nieuzasadnione lenistwo oraz konsekwentną niekonsekwencję).

W Nowym Roku życzę zatem konsekwencji i wytrwałości.
Oraz zdrowia, szczęścia, pomyślności – aby życie było miodem (i tureckim kajmakiem) płynące.
A Turcja prześladowała nas zawsze i wszędzie.

czwartek, 7 października 2010

Na tureckim zakręcie

Po bardzo długiej przerwie… bardzo osobista notka.
A w niej równie osobista, subiektywna oraz niepoprawna politycznie (choć mocno ocenzurowana), spisana na kolanie lista.

Natchnięta podobną listą zrobioną przez znajomą, publikuję własne plusy i minusy Stambułu, czyli dzikiego (choć już znanego, więc prawie okiełznanego) Wschodu…


... plusy:

- mało wymagająca, nieźle płatna praca. oczywiście… TYLKO (lub AŻ - w zależności od upodobań) angielski
- Bosfor, morze, promy… woda!!! blisko do Grecji, Bułgarii..
- klimat, pogoda… słońce! palmy!
- Kadıköy, Moda, Kalamış
- znajomi z Kadıköy.. mieszkanie na Modzie.. jachty w Kalamış
- bezpieczny stan zawieszenia, nieuzasadnione poczucie relaksu
- azjatycka egzotyka
- nieliczne zalety (ale jednak jakieś tam zalety) bycia yabancı (czyli cudzoziemcem)


... i mniej istotne (choć liczne) minusy:

- kontrola społeczna
- tureccy mężczyźni ( :) )
- Turczynki... nie bardzo!!! (szczególnie na wyższym poziomie przyjacielskiego wtajemniczenia)
- nie nauczę się nigdy tego dziwacznego języka na poziomie, na jakim bym chciała!
- wszyscy fajni ludzie, których znam i lubię, prędzej czy później stąd wyjadą
- tłumyyyyyy! poszturchiwania, przepychanki, deptanie po nogach (patrz punkt trzeci)
- bycie yabancı na zawsze („where are you from?”, “did you see Sultanahmet?”, “do you like Turkey?”)
- trzęsienie ziemi (WSZYSTKO się zawali!!!)
- zasiedziałam się i rozleniwiłam -> Stambuł wciąga i wysysa jak wampir energetyczny
- nielegalna praca.. brak emerytury.. brak składek.. wizyty na wydziale policji dla cudzoziemców na Aksaray -> never ever again!!!
- korki, cholerni kierowcy -> śmierć czyha na każdej uliczce, w każdym dolmuşu, na każdym kroku
- brak szacunku dla jednostki, wszechobecny kısmet i kader (przeznaczenie), brak logicznego myślenia, planowania, irytująca postawa „jakoś to będzie”
- „Burası Türkiye”……



Chaotyczna lista spisana w Şile, na samotnym, jednodniowym wypadzie nad Morze Czarne, którego nie widziałam (wstyd…) już prawie cztery lata.

Şile okazało się niestety gwoździem do tureckiej trumny. Lokalna społeczność zdemoralizowana przez stambulskich turystów. Gapienie się, cmokanie – gorzej niż w Trabzonie i Konyi razem wziętych. Trąbienie i pogłaśnianie muzyki w samochodzie na widok spacerującej samotnie yabancı.
Małe piwo w cenie dużego (proszę o ellilik, czyli 0,5, dostaję 0,33).
Naprawdę, nie tego się spodziewałam po „słynnym Şile”, dumie lokalnej turystyki...

Widoki co prawda niczego sobie.
Turkusowe morze. Wzburzone fale. Zatoczki z malowniczymi jaskiniami. Okoliczne plaże są w końcu znane i kochane z jakiegoś powodu.

Ale centrum? Polecam wybrać się jednak do pobliskiej miejscowości zwanej Ağva, która (podobno) nie zostawia nikogo obojętnym.

A jak jest w Şile, proponuję ocenić samemu:









piątek, 28 maja 2010

Kader, czyli przeznaczenie

Turecki fatalizm oswojony

Turcy wydaja sie byc cudownie pogodzeni z losem.

Szalony kierowca dolmusza pedzi na oslep, ignorujac wszelkie zasady ruchu drogowego. Sadystycznie trabi na sploszonych przechodniow, obijajac lusterka mijanych z predkoscia swiatla samochodow. Hamuje z impetem, za nic majac zdrowie i zycie wiezionych jak wor kartofli pasazerow.
Pamietajmy jednak, ze wszystko to odbywa sie pod czujnym okiem Allaha: na kazdym dolmuszu widnieje przeciez magiczne zaklecie ‘Allah korusun’ (niech Allah chroni), gwarantujace bezpieczne dotarcie do celu, czyli przystanku, a nastepnie terytorium zajezdni autobusowej...
Niezapiete pasy pasazerow samochodu osobowego to normalka, dziecko posadzone na przednim siedzeniu – widok wcale nie rzadki. Dumny tata od malego uczy pocieche jazdy bez trzymanki.
Wypadek? Widocznie taka byla wola Najwyzszego...


Turecki stan zawieszenia

Tureckie uwielbienie terazniejszosci, tego, co tu i teraz, wynika byc moze w czesci z poddania sie temu, co nieuniknione. Logiczna opcja to nie martwic sie na zapas i nie przejmowac proba ogarniecia i tak nie dajacej sie w pelni zrozumiec, a tymbardziej kontrolowac, rzeczywistosci.
Turcy sa przez to w ciaglym procesie.
Zaczynamy, ale nie konczymy.
Przesiadujemy i przegadujemy.
Odwlekamy w nieskonczonosc teoretycznie tylko upragniony finisz, o ktorym tak pieknie opowiadamy.
Nauczymy sie angielskiego. Kiedy? Kiedys. Snujemy wizje studiow, lepszej pracy, dobr materialnych, ktore sa na wyciagniecie reki... a jednak stale nie mozemy po nie siegnac. Nie mozemy albo nie chcemy. Do tego potrzeba stanowczosci i determinacji. Syntezy, a nie nie konczacej sie analizy.
Tkwimy wiec zadowoleni w stanie permanentnego zawieszenia.
Po prostu – Kader, czyli wiara w przeznaczenie.

środa, 19 maja 2010

W oparach tureckiego absurdu




Zdarzył się dziś w Republice cud.

Z okazji obchodów święta „młodzieży, sportu i upamiętnienia Atatürka”* w studio jednego z porannych programów telewizyjnych pojawił się… sam Atatürk.

Seda Sayan, obecna na wizji od lat, prowadzi skierowany głównie do tureckich gospodyń domowych program na kanale Show TV. Dziś najwyraźniej postanowiła zaszaleć. Na fotelu jako jeden z gości zasiadł sam Mustafa Kemal… w postaci figury woskowej (do obejrzenia, tylko dla odważnych: TUTAJ).

Obserwującym show cudzoziemcom zaistniała sytuacja mogłaby wydawać się na swój sposób zabawna lub zwyczajnie idiotyczna. Większość nie obeznanych w tureckich realiach uznałaby pewnie program Sayan za jakiś ironiczny manifest, prześmiewcze show.

Najsmutniejsze jest to, że Sayan, zapraszając do studia „mumię” Atatürka, Ojca Narodu, bohatera Republiki, którego nie wypada nigdy i pod żadnym pozorem krytykować, nie zamierzała z nikogo szydzić...
Nie chciała igrać z widownią ani wyśmiewać tureckiego bezgranicznego uwielbienia Wodza.
Nie planowała żadnego happeningu.

Sayan zupełnie niezamierzenie przekroczyła granicę dobrego smaku i wykazała się zaskakującą głupotą, zyskując szerokie grono zagorzałych przeciwników. Powszechne uwielbienie Atatürka to bowiem nie tyle kult jednostki, co istoty ponadludzkiej. Jego portrety wiszą w Turcji wszędzie, pomniki stoją na większości miejskich placów, a twarz widnieje na wszystkich banknotach. Dorośli stawiają na biurkach kalendarze z podobiznami Wodza na każdy miesiąc, dzieci przygotowują plakaty i dekoracje z wizerunkiem Mustafy z okazji każdego święta narodowego. Nawet najbardziej zatwardziali zwolennicy kemalizmu i gorący wielbiciele Atatürka klną i złorzeczą Sayan, która wykopała sobie porządny dół. Zamiast wyrazów najwyższego uznania i szacunku wobec Wodza (czy takie było założenie jej programu? aż trudno uwierzyć…) – totalna groteska…

Chyba lepiej się śmiać niż płakać?



* Atatürk'ü Anma, Gençlik ve Spor Bayramı obchodzony jest w rocznicę lądowania Mustafy Kemala w Samsunie 19 maja 1919 roku

czwartek, 25 marca 2010

Mit (?) tureckiej zazdrości



Zazdrość (kıskançlık). Jeden z siedmiu grzechów głównych.
Piętnowana i tępiona w wielu kulturach. Przypisywana ludziom małym, płytkim, podłym.
Zazdrościmy wszystkiego wszystkim: sąsiadowi – samochodu, koledze – lepszych zarobków, przyjaciółce – przystojnego męża.
Nie posiadamy jednak tak pięknie rozwiniętej koncepcji zazdrości... w miłości.
A Turcy i owszem!



Zazdrość kontrolowana

Wybieram się z koleżanką znajomych na zwiedzanie Błękitnego Meczetu, Aja Sofii i tym podobnych. Stopień zażyłości żaden, przypadkowo znalazłyśmy się na chwilę w Stambule, obie po raz pierwszy; ja wprost z urokliwego Kayseri, ona z Adany, miasta najbardziej zazdrosnych tureckich mężczyzn (jak głoszą perfidne legendy). Biedaczka siedzi w Stambule prawie tydzień, a nie wychyliła jeszcze nosa z mieszkania, biorę ją więc pod ramię i ruszamy ku przygodzie. Chłoniemy kulturę, chłoniemy historię...
Po godzinie osiemnastej nasz spokój zostaje brutalnie zakłócony. Dzwoni zaniepokojony chłopak dziewczyny, który wrócił właśnie z pracy i nie zastał jej w domu. Wiedział oczywiście, ze wybieramy się na podbój miasta, uznał jednak, że zrobiło się już “podejrzanie późno”, a przez to niebezpiecznie (jesteśmy wszakże w Stambule, miejscu moralnego upadku, czyhających na każdym rogu zasadzek, mieście grozy, rozpusty, degeneratów i innych padalców).
Telefon pierwszy był zwiastunem katastrofy, czyli telefonów kolejnych. Ilu, nie liczyłam, ale sieć telefonii komórkowej Turkcell na pewno zwiększyła tego dnia obroty.
Z każdą kolejną rozmową dziewczyna robiła się coraz bardziej nerwowa, histerycznie spoglądała na zegarek (co nie wpłynęło niestety na przyspieszenie upływającego czasu), wzdychając ciężko i narzekając między każdym westchnięciem na tureckich mężczyzn i swoją ciężką dolę-niedolę tureckiej kobiety (nie przez telefon oczywiście, lecz do mnie, prywatnie i szeptem, w ścisłej konspiracji).
Gdy dotarłyśmy w końcu do domu (a dodać należy, że mieszkanie znajomych znajdowało się na obrzeżach Stambułu i korek był o tej porze niczego sobie), denerwowałam się chyba bardziej niż moja nowa turecka koleżanka (pobiją się? talerze pójdą w ruch?). Jakież było moje zaskoczenie, kiedy para przywitała się wylewnie wśród uścisków, całusów i aşk-ów wtrącanych bez umiaru, gdzie popadnie! Jakby nie widzieli się co najmniej tydzień! Z jakiej to wyprawy dzielna dziewczyna wróciła żywa, a do tego całkiem zdrowa! Po uściskach i serdecznościach chłopak tylko na chwilę przyjął srogą minę numer pięć (na czas przypomniał sobie o roli), uzupełniając ją stanowczym “no wiesz, tak późno, ja się tu przecież martwię!”, na co dziewczyna fuknęła dwa razy, marszcząc przy tym brwi (a widać było na kilometr, że się do samej siebie uśmiecha na myśl, jaki to jej erkek opiekuńczy i męski). Czymże jest bowiem zazdrość, jeśli nie niewinnym przejawem prawdziwego uczucia, głębokiego emocjonalnego zaangażowania w związek?
Powyższa scena stanowi przykład zazdrości męczącej, choć jeszcze stosunkowo niegroźnej. Zazdrość kontrolowana może jednak przerodzić się w zazdrość chorobliwą, obsesyjną chęć kontroli. Nawet permanentny monitoring nie musi być jednak groźny, jeśli druga strona odbiera brak zaufania i nadzór jako... swoisty komplement. Niska samoocena sprzyja w końcu tendencjom masochistycznym.
Przejdźmy jednak do najbardziej radykalnej odmiany zazdrości chorobliwej...



Zazdrość urojona

Zazdrość urojona to obsesyjna potrzeba nadzoru, która wymyka się spod kontroli, w skrajnych przypadkach przejawiając się zachowaniami destrukcyjnymi...

Mój pierwszy pobyt w tureckiej stolicy (Anno Domini 2005) wiąże się ze spektakularnymi scenami zazdrości, które na dobre utkwiły mi w pamięci.
Chłopak znajomej Turczynki nie pozwolił jej dołączyć do zorganizowanej wycieczki (rundka po muzeach Ankary, wyjazd uniwersytecki). Dlaczego? Nie chciał, żeby jechała SAMA (w domyśle: bez niego). Bo tak przecież NIE MOŻNA.
Wyemancypowana koleżanka na wycieczkę pojechała, co więcej, postanowiła zostać w Ankarze na weekend i zatrzymać się w… mieszkaniu kolegi (znanego skądinąd dobrze jej chłopakowi). Jednak nawet zapewnienia, że są z nią również koleżanki (w liczbie trzech, wliczając moją skromną osobę) nie uspokoiły zazdrosnego chłopa, który wydzwaniał, krzyczał, groził, a w końcu… wsiadł w autobus i przyjechał do stolicy z odległego Kayseri. Zabroniona wycieczka po muzeach była może ciosem w serce, ale beztroski, samotny weekend w towarzystwie „znajomych” („znajomego”)? Nie, to zbyt wiele dla najbardziej nawet wyrozumiałego mężczyzny!
Znajoma zamiast cieszyć się chwilową wolnością, wylewała więc łzy, przeklinała swój marny los, ale gdy spotkała się w końcu z ukochanym… momentalnie zamilkła, przyjmując uśmiech numer trzy oraz wielce zagadkową postawę „wszystko gra, o co wam chodzi, nie ma i nie było przecież żadnego problemu!”. Spędziliśmy wszyscy wspólnie niedzielne popołudnie, podczas którego odmieniona drastycznie dziewczyna nie zamówiła z nami ani słowa, przymilając się za to bezustannie do ukochanego (swoją drogą, i tak jej nigdy nie lubiłyśmy…).



Zazdrość upragniona

Biedni tureccy mężczyźni mają do zgryzienia nie lada orzech.
Z jednej strony karci się ich za ślepą zazdrość i despotyzm, strofuje srogo za granie macho.
Z drugiej, patriarchalne społeczeństwo oczekuje, patriarchalne społeczeństwo wymaga, patriarchalne społeczeństwo nie zostawi suchej nitki na takim “niby to facecie”, co to nawet baby ustawić sobie nie potrafi.
Przyzwyczajona do męskiej kontroli (możemy nazwać ją swoiście pojmowaną opieką) Turczynka też nie obejrzy się za byle ciamajdą. Erkek gibi erkek (zwrot na określenie "prawdziwego mężczyzny" z krwi i kości...) musi mieć w końcu jakieś emocje (najlepiej, gdy targają nim silne), nie może też bać się ich okazywać (a niechże nawet pięścią w stół walnie czy nogą przytupnie, lepsze to niż emocjonalny chłód i niemęskie jakieś takie rozmemłanie…).
Przeciętna Turczynka oczekuje więc, że jej własny, prywatny, zakochany po uszy mężczyzna zadzwoni (raz, drugi, n-ty...) i wypyta szczegółowo o to, co też ona aktualnie porabia (jak również: gdzie, z kim, dlaczego, po co, o której wraca do domu, i dlaczego tak późno). Niewinne sceny zazdrości z wymachiwaniem rąk i całą dramatyczną otoczką są również w miłosnym pakiecie więcej niż mile widziane. Choć dla nieobytego cudzoziemca wyglądać mogą podejrzanie, stanowią tylko typową, niegroźną grę w tureckim teatrze życia codziennego.


Turczynki nie pozostają mężczyznom dłużne. O ile jednak zazdrość męska jest bardziej efektowna, barwna i na pokaz, o tyle zazdrość kobieca ma w sobie więcej dwuznaczności i pasywnej agresji. Zakłada również zdecydowanie szerszy wachlarz wyrafinowanych form kontroli...
Ale o tym przy innej okazji.
C.D.N.

niedziela, 21 marca 2010

O tym, jak rzucono na mnie urok



Dziś historia dla twardzieli o stalowych nerwach. Turecka wersja strefy mroku.
Oto, co przytrafia się niedowiarkom.
Ignorantom, którzy z zadartym nosem głoszą teorię, jakoby Nazar był tylko głupiutkim, ludowym zabobonem.

Trzy tygodnie temu jakiś zawistnik rzucił na mnie urok. W swoim ograniczeniu (wynikającym z racjonalnego pojmowania rzeczywistości) niezdolna byłam jednak pojąć powagi zaistniałej sytuacji. Uwierzyłam lekarzowi (wysłannikowi złej mocy!), który wmówił mi, że to zwykłe przeziębienie. Historia ta okazała się mieć jednak swą mroczną, długą i zakasłaną kontynuację…
A wszystko skończyłoby się dobrze, ba, nie doszłoby wcale do całej tej chorobowej afery, gdybym miała na szyi (w formie wisiorka), w uszach (w postaci kolczyków), na nadgarstku (jako bransoletkę) lub na palcu (w formie pierścionka)… Nazar Boncuğu (Oko Proroka). Lek na całe zło. Amulet, w moc którego wierzy chórem cała Turcja.
Jako że ignoruję zwykle mądrości ludowe, złe spojrzenie przewierciło mnie na wskroś. W tym tygodniu śpieszę więc zakupić talizman i zawiesić go z pieczołowitością na szyi… A także, na wszelki wypadek, na drzwiach wejściowych mieszkania. Strzeżonego, i tak dalej, tfu, tfu, a kysz czarny kocie, odpukać…



Raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy…

Nazar oznacza złe spojrzenie, rzucone przez zawistników, zazdrośników, złośliwców. Tych, którzy chcieliby, aby podwinęła nam się noga, abyśmy poślizgnęli się na skórce od banana, wpadli do rowu, potknęli na nierównym stambulskim chodniku.
Nazar Boncuğu, znany nam jako Oko Proroka, to ochrona przed wspomnianym złym spojrzeniem.
Jak wygląda Oko? Przede wszystkim – jest niebieskie. Niebieściutkie. Lazurowe jak Lazurowe Wybrzeże. To zasada numer jeden. I wspomnieć należy, że nie ma od niej odstępstw. Wszystkie inne kolory tęczówek są bezwzględnie dyskryminowane. Zielony nie wchodzi w grę. Brązowy – odpada. Czarny – nie ma mowy. Skąd ta zasadniczość?
Koncepcja Oka wywodzi się z mieszanki islamu i tradycji pogańskiej. Oko ma symbolizować spojrzenie proroka Mahometa, które chroni przed złym urokiem. Istnieje również ciekawa (niesprawdzona przeze mnie) teoria, zgodnie z którą Oko to spojrzenie cudzoziemca, obcego, czyli złego. Tego, który najeżdża kraj, z którym toczy się wojny. A yabancı, wiadomo: blondyn, Europejczyk, oczy ma często anielsko błękitne…
Oko przybierać może natomiast najróżniejsze formy – tu obowiązuje już pełna dowolność. Od wszelkiego rodzaju biżuterii po naklejki, breloczki, nadruki na koszulkach, skarpetkach i innych akcesoriach. Wymieniać można bez końca, wszelkie chwyty i fantazje dozwolone.



Jak uchronić się przed złym spojrzeniem, czyli kilka porad praktycznych

1. Po pierwsze, nigdy, przenigdy nie neguj ani nie umniejszaj mocy złego spojrzenia!
2. Po drugie, miej przy sobie zawsze Nazar Boncuğu. Najlepiej, jeśli będzie on na widoku (zadziała wtedy z większą mocą). Ukryty w kieszeni breloczek powinien jednak wystarczyć na małe i średnie uroki. Na uroki silne lub perfidnie zaplanowane: patrz punkt trzeci.
3. Po trzecie, zachowaj czujność! Wróg nie śpi. Jeśli intuicja podpowiada ci, że:
- ktoś w chwili obecnej wyjątkowo mocno pragnie twojego nieszczęścia,
- ludzie generalnie zazdroszczą ci i źle życzą,
- osiągnąłeś niedawno wyjątkowy sukces, który może doprowadzić innych do wrzenia,
- jesteś ostatnio wyjątkowo szczęśliwy, czym wiercisz nieszczęśnikom dziury w brzuchach,
noś Nazar Boncuğu w liczbie mnogiej (ilość sztuk: minimum dwie), koniecznie na widoku! W chwili wzmożonego zagrożenia dotknij talizmanu i uwierz w jego siłę!

Niech moc Oka będzie z Tobą!



ps. zaniepokojonych podejrzeniem, jakobym wpadła w sidła bliżej niezidentyfikowanej tureckiej sekty, pragnę donieść, że przechodzę obecnie kurację antybiotykową, która może mieć wpływ na to, jak myślę i co piszę (i pewnie ma, jako że antybiotyki to największe zło tego świata, wynik międzynarodowego spisku lekarzy i farmaceutów oraz przeciwników czosnku i świeżego soku z pomarańczy, jak również innych cytrusów). Za kilka dni wszystko powinno wrócić do normy.

wtorek, 2 lutego 2010

Był sobie Były, czyli o tureckich EX-ach



Pokuszę się dziś o kolejną generalizację (a kusi mnie ona bardzo, i to od jakiegoś już czasu). Mam nadzieję, że nie posypią się na mnie gromy z jasnego nieba, i że nikt nie poczuje się specjalnie urażony (a przynajmniej nie bardziej niż zwykle…).

Generalizacja dzisiejsza dotyczyć będzie koncepcji tureckiego Byłego/ tureckiej Byłej. Mniej z doświadczeń własnych, a bardziej z relacji znajomych oraz z historii zasłyszanych i przeczytanych, wyłania się bowiem obraz Turków i Turczynek jako osób swoiście sentymentalnych.
Sentymentalnych uczuciowo, rzecz jasna.
Sentymentalnych związkowo, po prostu.
Sentymentalnych bardziej, a przede wszystkim – trochę jednak inaczej…


C’est la vie…

Rozpada się związek. Z winy jednej ze stron, z winy niczyjej, z powodów błahych lub poważnych, z przeterminowania lub bez wyraźnej przyczyny. Zwyczajnie – kończy się, takie życie. In an ideal world obie strony powinny dać sobie spokój, odpocząć, odetchnąć, przetrawić, przemyśleć, albo… zwyczajnie odpuścić i poszukać kogoś nowego. A najlepiej skupić się na karierze i poczekać aż książę/księżniczka z bajki sam/a się przyplącze.
W naszym brutalnym, realnym świecie, nie tak łatwo jednak o książęta i księżniczki, a nawet o choćby ich namiastki. Tak to już niestety bywa, że w przypadku relacji damsko-męskich sprawy lubią się komplikować. Szczególnie, gdy dotyczą one związków tureckich. O związkach mieszanych nawet nie wspominając.


Widmo EX-a krąży nad Anatolią

Znajoma Turczynka sprawdzała jak zahipnotyzowana telefon i pocztę swojego chłopaka. Z braku zaufania do ukochanego? Bynajmniej. Z braku zaufania do Byłej!
Związek z Byłą rozpadł się dobry rok temu, ta jednak pojawiała się co jakiś czas w życiu chłopaka – materialnie lub duchowo. A to na spotkaniu absolwentów uczelni (studiowali na tym samym kierunku), a to na fejsbuku (świeżo otagowana na bardzo przeterminowanym i bardzo niestosownym zdjęciu z chłopakiem mojej koleżanki, kiedy był wówczas jeszcze boyfriendem Byłej), a to w rozmowach w gronie wspólnych znajomych. Czasami nawet esemesowo (w końcu życzenia urodzinowe lub bajramowe złożyć wypada, prawda? Turecka uprzejmość zobowiązuje…). Od święta również telefonicznie. Koleżanka obsesyjnie wyczuwała, kiedy Była napisze, kiedy zadzwoni. Suma summarum, związek znajomej rozpadł się przez Byłą właśnie, w co wnikać nie zamierzam, bo nie jest moim celem promowanie zachowań paranoidalnych. Chciałabym tylko podkreślić, jak ważnym elementem w tureckiej kulturze jest postać EX-a. Choćby tego najbardziej nieznośnego.
A może właśnie tego nieznośnego szczególnie…


Jak pies ogrodnika

Rozmawiałam niedawno ze znajomą Holenderką na temat Byłej jej tureckiego chłopaka. Dziewczyna jak nieproszona zjawa pojawia się i znika. W regularnych odstępach czasowych pisze, dzwoni, nagabuje. Krótko mówiąc: systematycznie, z uporem maniaka o sobie przypomina. Znajomą śmieszy zaistniała sytuacja, choć fakt, że jej chłopak rozstał się z Byłą ponad dwa lata temu… trochę przeraża.
Jak turecki boyfriend koleżanki podsumował obsesyjne zagrywki Byłej? Trzeźwo i z przymrużeniem oka. „Moja droga, doskonale wiesz, że ona wcale nie chce do mnie wrócić. Nie układało nam się, a jej wcale nie zależy na tym, aby mnie odzyskać. Ona po prostu chce poczuć, że nadal jest dla mnie ważna – aby podłechtać swoje ego. Poza tym, chce cię rozzłościć. Tak, zdecydowanie, najbardziej zależy jej na tym, abyś dostała szału, zmęczyła się sytuacją, i najlepiej mnie rzuciła. Nie daj jej więc powodu do satysfakcji”.


Fatalizm, trudna miłość, przeznaczenie…

Swoisty fatalizm uczuciowy można zaobserwować w wielu tureckich produkcjach, wliczając w to zarówno kino ambitne, filmy lżejsze, jak i pełne dramaturgii miłosne historie z tureckich telenoweli (bardzo zresztą popularnych i produkowanych na masową wręcz skalę).
On, ona, i ten trzeci. Ona, on, i jego była. Silna wiara w moc uczucia zakazanego, miłości niespełnionej, często tej najwspanialszej i najwznioślejszej, czyli… od pierwszego wejrzenia.
Filmem nawiązującym do tego swoistego fatalizmu, a do tego wartym obejrzenia, jest KADER (tur.: przeznaczenie) (2006, reżyseria: Zeki Demirkubuz). Historia miłości obsesyjnej, niesamowitego zdeterminowania i sadomasochistycznego cierpienia, czy wręcz obłąkania. Mężczyzna podąża za wybraną kobietą jak ćma leci za światłem. Traci fortunę, zapomina o rodzinie, stacza się, upadla. A wszystko to w imię miłości przez wielkie M. Takiej, której nie może mu dać wybrana przez rodzinę, kochająca żona. Miłości ekstremalnej.
Kiedy więc podcina sobie żyły DLA ukochanej, jest tak naprawdę szczęśliwy. Bo, jak powie wybrance, przeznaczeniu uciec przecież nie można...


Na temat PRZEZNACZENIA więcej przy innej okazji.


PS. powyższy opis filmu nie zdradza wcale całej fabuły – polecam obejrzeć KADER w senny, huzunowy wieczór – zimowa aura sprzyja!

niedziela, 17 stycznia 2010

Istanbul 2010, European Capital of Culture

Stało się...

Od wczoraj piękny nasz Stambuł jest już oficjalnie Europejską Stolicą Kultury


Poniżej prezentuję z dumą MIASTO w dziesięciu odsłonach... i zachęcam do odwiedzenia go jeszcze w tym roku !


Sielskie widoki tylko dla studentów Uniwersytetu Bosforskiego... (Boğaziçi Üniversitesi). Europa



Łódki na Caddebostan. Azja



Cihangir. Mieszkać TU to być KIMŚ. Europa



Dworzec Haydarpaşa na tle zachodu słońca. Azja



Bazar jakich mało, dóbr konsumpcyjnych dużo. Kadıköy, Salı Pazarı. Azja



Burgazada, wyspa druga



Kuzguncuk i moje ulubione domy. Azja



Uliczka Nevizade. Europa



Pod pierwszym mostem. Pomiędzy



A taki oto zegar nieopodal przystani Üsküdar stoi. I tyka. Azja

wtorek, 12 stycznia 2010

Wszyscy tacy sami, planowo zwariowani…


(…że zacytuję jeden z ulubionych zespołów dziecięcych lat, szacowne Farben Lehre…)





Człowiek zalicza się podobno do zwierząt stadnych. Jako jednostka aspołeczna miewam co do tego wątpliwości. Po kilkuletnim pobycie w Turcji nawet ja przyznaję jednak, że… nie ma to jak wejść między wrony i krakać, tak jak one!



Indywidualizm vs Kolektywizm

Stosując wyświechtany schemat, możemy umieścić Turcję oraz państwa europejskie na dwóch przeciwległych biegunach (im bardziej na północny-zachód od Turcji, tym mniej podobieństw, ma się rozumieć…).
Chłodny Szwed
W dużym uproszczeniu: mieszkaniec Skandynawii bardziej ceni sobie wolność osobistą (nie podaje dziewczynie haseł do swojego konta na Facebook’u lub MSN, nie pozwala jej też dzwonić do siebie co kwadrans i wypytywać: „A co TERAZ robisz, canım benim?”), prawo do własnych sądów i przekonań (nie pozwala rodzinie robić mu prania mózgu) oraz swobodę ich wyrażania (jeśli mamie nie spodoba się jego nowa dziewczyna, zamiast potulnie przytaknąć, tupnie stanowczo nogą i powie, co o maminych komentarzach myśli).
Jeśli jednak wpadnie w tarapaty, znajomi (nieliczni zresztą; w końcu, zajęty karierą i pielęgnowaniem swojego indywidualizmu, nie ma czasu na przyjaźnie) nie pospieszą mu tak chętnie z pomocą (a radź sobie człowieku sam, każdy kowalem swojego losu przecież!). Rodzina nie wesprze, mama nie otoczy opieką – toksyczne rodzinne relacje łatwo zerwał, pępowina już dawno przecięta, spod klosza udało się, ku radości i z przyklaskiem familii, uciec.
Siądzie więc taki Skandynaw samotnie w pokoju, z Finlandią pod pachą. Dobrze, jeśli nie zaczną mu po głowie krążyć myśli samobójcze (wszyscy słyszeliśmy przecież o wskaźnikach samobójstw w krajach skandynawskich, z Finlandią na czele).
Przynajmniej państwo czuje się jeszcze w obowiązku wesprzeć naszego biednego (dajmy na to) Szweda socjalnie…
Wylewny Turek
Turek z kolei czuje się może nieco emocjonalnie i fizycznie osaczony (dziewczyna nie tylko śledzi każdy jego ruch na Facebook’u, sprawdza sms-y, pilnuje poczty przychodzącej i wychodzącej, ale właściwie wchodzi już zupełnie na głowę, zmuszając – o zgrozo! – do wspólnych zakupów w outlecie sieci odzieżowej Mango*), zbyt mocno skrępowany więzami z rodziną (o szorowaniu pleców tureckim żołnierzom przez ich mamy pisała w komentarzu do jednego z poprzednich postów koleżanka) lub przyduszony od nadmiaru okazywanych mu uczuć i zainteresowania (gdzie nie spojrzy, nowa wiadomość, czaty wariują, telefon bez przerwy drynda; gdzie się nie odwróci, znajomy znajomego na każdym rogu, za każdym zakrętem – a weź tu schowaj się albo zignoruj – społeczna banicja gwarantowana!).
Jeśli jednak trafi mu się gorszy dzień (a ostatnimi czasy trafia się często – podrożało w Turcji niemal wszystko, z papierosami na czele), smutek znów zagości w sercu (przypomni się była dziewczyna, która zostawiła naście lat temu, przygnębi odcinek depresyjnej – jakżeby inaczej – tureckiej opery mydlanej) – przyjaciele nie zostawią w potrzebie! Wyciągną na çay, rakı, wspólne oglądanie rzewnej telenoweli, siedzenie, gadanie, plotkowanie, tańce, śpiewy i inne hulanki…
A turecka mama jak nikt inny pocieszy i doradzi.



Unifikacja – Standaryzacja – Manipulacja

Wiemy już, jakie korzyści płyną z bycia członkiem społeczeństwa, w którym (nieco) wyżej ceni się zbiorowość niż jednostkę.
Jakie mogą być natomiast (potencjalne) zagrożenia wynikające z życia „w stadzie”?

W Turcji bardziej niż w Polsce ceni się (użyjmy w tym miejscu eufemizmu) jednomyślność. Za poglądy odbiegające (bardziej niż jest to dopuszczalne) od tak zwanej normy, można, jeśli nie oberwać, to przynajmniej zostać wyśmianym lub zignorowanym (z wariatami się przecież nie dyskutuje).
Turcy to naród dumny, patriotyzm to słowo wytrych. Istnieje szereg tematów, o których się po prostu nie dyskutuje (a raczej dyskutuje w stopniu ograniczonym), przydzielona przez społeczeństwo „pula” możliwych do posiadania na te dane tematy opinii, pewnego rodzaju kalki i gotowce. Coś w rodzaju: „turecka kuchnia jest najlepsza, a XY Wielkim Poetą był”. W tematy polityczno-religijno-wojskowe nie mam zamiaru się tutaj wgłębiać (a chciałabym, chciała...).
Jednostką zunifikowaną łatwiej się oczywiście manipuluje i z radością się ją kontroluje...

Ponieważ kontrola społeczna jest w Turcji znacząca, zachowania, które w nastawionych na jednostkę społeczeństwach mieściłyby się „w granicach przyzwoitości i rozsądku”, w Turcji mogą już być uznane za dewiację.



Krótka opowieść o tym, jak trzy zagraniczne dziewczęta chciały się popisać przed kolegami z Kayseri, a zasiały tylko zgorszenie – ku przestrodze!

Taką niewinną dewiacją było przygotowanie przeze mnie i moje koleżanki potrawy sigara böreği** w wersji słodkiej, z miodem jako nadzieniem. Przystaweczka wyszła z tego przepyszna, choć tureccy koledzy nie zachwycali się wcale, a wcale. Konsumpcja odbyła się prawie ze łzami w oczach, a z gardeł wyrywało się powtarzane w kółko pytanie „dlaczego… ale dlaczego?”. Dobrze, że przezornie (zapewne po wcześniejszym szkoleniu dla wolontariuszy na temat różnic kulturowych) upichciłyśmy też sigarety w wersji standard, z nadzieniem serowo-pietruszkowym.
A może koledzy płakali, bo kiepskie z nas po prostu kucharki?

Jedno jest pewne – błędu dewiacji, także tej kulinarnej, starałyśmy się już potem nie popełniać.
Inaczej sprawy się mają w Stambule – wszak wszyscy tureccy „dewianci” ukrywają się (jeśli nie uciekli wcześniej poza granice kraju) właśnie tutaj.
Kolorowy i tolerancyjny nasz Stambuł zachęca wręcz do zachowań anormalnych!

O tym jednak kiedy indziej.



PS. podziękowania dla tureckiego kolektywu inżynierów-naprawiaczy pralek i innych urządzeń, sprzętów oraz mechanizmów, których humanistyczny mój umysł pojąć jak nie mógł, tak nie może;)
PS 2. na zdjęciu meczet w Kayseri



* outlet sieci odzieżowej Mango – ukochane przez Turczynki miejsce zakupów (i moje, i moje!); zakupy w outlecie sieci odzieżowej Mango – ulubione zajęcie części Turczynek w czasie wolnym; zakupy w outlecie sieci odzieżowej Mango w towarzystwie boyfrienda, który stęka, poci się i mdleje, w tym samym czasie doradzając i zachwalając – ulubiona sadystyczna rozrywka niektórych Turczynek, sprawdzian zaangażowania tureckiego mężczyzny w związek partnerski.
** sigara böreği – przystawka podawana na ciepło, składająca się ze zwiniętego w rulonik ciasta yufka oraz nadzienia serowo-pietruszkowego, pod żadnym (!!!) pozorem nie może być to nadzienie słodkie lub jeszcze bardziej szalone, dziwaczne i zwariowane (na przykład… słodko-kwaśne?!).

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Książka o Turcji



Z cyklu "krótkie, acz treściwe ogłoszenia parafialne"

Niniejszym oświadczam, że ja, Agata (ze Stambułu) oraz Skylar (z Alanyi, autorka bloga TUR-TUR), wydajemy w tym roku książkę o tematyce jak w tytule powyżej.

Turcja, Turcy, Turczynki i wszystko, co tureckie!
Dla spragnionych informacji i żądnych wiedzy turystów oraz pasjonatów Turcji...

Nie będzie to przewodnik, nie będzie to powieść.
Nie będzie aż tyle ironii, co na blogu.
Mamy nadzieję, że sprawimy miłą niespodziankę wszystkim zakochanym w Turcji.

Tak rzekłam, a teraz zabieram się do pisania…

piątek, 8 stycznia 2010

Face 2 Face & Double Face

(na zdjęciu manekiny z Bazaru Egipskiego)




„Wolę najgorszą prawdę od najmniejszego kłamstwa” – mawiają niektórzy mądrzy ludzie.
W Turcji stosowanie się do zasady bezgranicznej szczerości grozi jednak posądzeniem o brak piątej klepki.
A może nawet czymś gorszym.

Wszyscy wiemy o białych kłamstwach, kłamstwach niewinnych, małych kłamstewkach, które nikomu nie szkodzą, a wręcz pomagają.
Grubej, niezgrabnej koleżance nie trzeba przecież walić prosto z mostu, że z sukienkami to ona może się pożegnać do końca życia, nawet, jeśli schudnie te swoje wymarzone dziesięć kilo. Można za to zasugerować delikatnie zmianę stylu ubierania.
Z drugiej strony, nie trzeba też na wszystko cmokać i zachwalać pod niebiosa, przewracając oczami: „Canım, Tobie to we wszystkim pięknie!”


Gadki szmatki, czyli turecki small talk

Jako Polacy mamy podobno skłonność do narzekania i czarnowidztwa (być może coś się w tej kwestii zmieniło, nie jestem na bieżąco). Na pytanie „Co słychać?” rozpoczynamy litanię skarg i zażaleń. Stara bieda, stara bieda, rodacy…

Turcy wprost przeciwnie. Zaczynają każdą, najbardziej nawet błahą konwersację, od słynnego „Nasılsın(ız)?”. Nawet opieprz szefa zostanie poprzedzony grzecznościowymi formułkami, uprzejmościową „grą wstępną” do dania głównego, czyli takiego zwolnienia z pracy na przykład.
Jak się masz? Świetnie, a Ty? Ja też, dziękuję. Co słychać? Wszystko wspaniale. U mnie również („To może ruszysz w końcu tyłek i przyniesiesz to, o co prosiłem Cię tydzień temu, i miało być na wczoraj?!” – ukryte między wierszami).


Złych wiadomości nie podajemy

Turecki znajomy obiecał, że nas podwiezie, a teraz nie daje znaku życia? Może tata zabrał samochód, a on wstydzi się nas zawiadomić, że z wyprawy nici? Wystarczyłoby zadzwonić i odwołać, prawda? Nie, to byłoby zbyt proste. I w tureckim mniemaniu: najzwyczajniej chamskie.
Przypominamy więc o obietnicy (zależy nam na transporcie, wszystko zaplanowane), a kolega niepewnym już głosikiem potwierdza i zapewnia, że oddzwoni. Zamiast tego milczy, a naszych telefonów nie odbiera. Powinniśmy zorientować się, że coś nie gra i zostawić biednego człowieka w spokoju. My jednak potrzebujemy informacji, gubimy się w rozszyfrowywaniu takich uników! Mogliśmy przecież zadzwonić do innego zmotoryzowanego znajomego, tymczasem jest już za późno przez kolegę, który nas (w naszym wyłącznie mniemaniu) OKŁAMAŁ. A jemu było po prostu głupio, bo obiecał i nie wyszło. Wolał więc zignorować, przemilczeć ten niezwykle wstydliwy fakt, licząc skrycie na naszą ignorancję lub zaniki pamięci. My tymczasem drążyliśmy, męczyliśmy i wymuszaliśmy (bez złych intencji, czego turecki znajomy nie rozumie), wychodząc na zwykłych chamów i prostaków. A życzyliśmy sobie jedynie zostać jasno poinformowani o rozwoju wydarzeń, aby móc zaplanować tą cholerną (przykładową) wycieczkę.


Nadmiar obietnic jeszcze nikomu nie zaszkodził

Kolega od samochodu obiecał, choć swoją obietnicą specjalnie się nie przejął. Mógłby, toby zawiózł. Ale nie mógł. To nie zawiózł. Dużo rzeczy się mówi i obiecuje, nikt jednak za słówka nie łapie i perfidnie nie rozlicza, czego więc do diabła chcemy? Już sama propozycja, oferta pomocy, jest wartością samą w sobie, czymś pozytywnym. Wyrażając werbalnie chęć pomocy, dajemy drugiej stronie do zrozumienia, że nie jest nam obojętna, ba, że lubimy ją i o nią dbamy (a raczej chcielibyśmy zadbać… gdybyśmy akurat mogli albo mieli na to ochotę). Takie gadki szmatki naprawdę wzmacniają więzi! Pójdziemy razem tam, przedstawię Cię temu, oczywiiiiiście zaaaaawsze jesteś mile widziany na kolacji, tylko zadzwoń, poza tym możemy to i tamto, a nawet owamto. Pięć minut po takiej rozmowie turecki rozmówca wraca do swojego życia i obietnicami-cacankami niespecjalnie zaprząta sobie głowę. Ale my już zacieramy ręce na wspaniałą wizję przyszłości, jaką nam właśnie przedstawił…
Wpadliśmy jak polska śliwka w turecki kompot.


Co chcę przekazać synowej, powiem córce

(w oryginale: Kızım sana söylüyorum gelinim sen anla, czyli: Córko, mówię Tobie, a Ty wytłumacz mojej synowej)
Bardzo ważne powiedzenie! Wyjaśnia wiele na temat tureckich niedomówień, niedopowiedzeń, tego czającego się wszędzie, ukrytego gdzieś głęboko, drugiego (tureckiego) dna, do którego cudzoziemcy często nie mogą się dokopać… Dotyczy wszelkich relacji społecznych, nie tylko stosunków między teściową a synową (i tu zagraniczne synowe tureckich teściowych mogą odetchnąć z ulgą…).
Dwuznaczne i zaszyfrowane opinie oraz komentarze tureckich znajomych brzmią często jak zaklęcia. Trzeba chyba zarazić się z premedytacją nerwicą natręctw, aby nauczyć się je bezbłędnie odczytywać.

O tureckich szyfrach następnym razem.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

O Rozpuszczonym Tureckim Chłopcu



(ze specjalną dedykacją dla Marzeny)



Wstęp

Odcięta od świata, czyli mojego Kochanego Internetu, korzystam ostatnio z gościnności różnych kafejek na Modzie. Podczas mojego sieciowego odwyku spędziłam jedno popołudnie w prawdziwej dekoratorskiej perełce: imitujące czerwoną skórę siedzenia, szpitalno-różowe ściany i à la kryształowe, podświetlone na fioletowo żyrandole; całości dopełnia pasująca do wystroju muzyka. Serwują tam bezsmakową nescafé ze śmietanką z proszku jako jedyną kawę (poza turecką, której akurat nie chciałam, bo w ceną wliczone było wróżenie, a ja wtedy i bez tłumacza, i bez specjalnych chęci…).

Siedzę więc w tej bezowej kawiarni, ugniatam łyżeczką stwardniałą śmietankę i z determinacją wpisuję podane mi przez obsługę hasło. Bezskutecznie – Internetu jak nie było, tak nie ma (jak dowiedziałam się wychodząc, „taaak, czasem nie działa…”).
Towarzystwa dotrzymuje mi czteroletni (na moje wprawne oko) chłopiec, który kręci się wokół stolika, wychyla spod krzesła, zagląda zza rogu. Krótko mówiąc – oczekuje uwagi. Nie odpowiada jednak na grzecznościowe pytania w stylu „jak masz na imię? ile masz lat?”, daję więc sobie spokój tak z uwagą, jak i z konwersacją i wracam do walki o Internet (za który w końcu zapłaciłam w postaci mętnego płynu z coraz bardziej podatną na dźganie śmietanką).
Dopiero gdy chłopiec zaczyna bawić się moją torebką (ostateczna próba zwrócenia na siebie uwagi, dość ryzykowna zresztą), mierzę go lodowatym spojrzeniem, jakiego nie powstydziłby się surowy turecki hodża, czyli nauczyciel (wprawa jeszcze jest, z tym jak z jazdą na rowerze widocznie). Chłopiec trochę się jeszcze kręci wokół zielonego stolika i czerwonej sofy, torebkę i inne dobra osobiste należące do mnie omija jednak szerokim łukiem.

Kawiarniany chłopiec nie tylko nie wyraża chęci kontaktu werbalnego, jest dodatkowo przyssany do butelki (w tym wieku?) i konsekwentnie ignoruje wszelkie uwagi ze strony matki, która łudzi się jeszcze, że kiedy wystęka skwaszonym głosem „synku, nie biegaj” (piłując w tym czasie paznokcie i plotkując z koleżanką), to synek biegać przestanie.
Otóż nie przestanie.

***

Ponieważ postanowiłam być w tym roku nieco bardziej złośliwa niż zwykle (próba niezbędnej adaptacji, ostatnie tureckie stracie, tonąca cudzoziemka brzytwy się chwyta, etc.), będzie dziś kolejny wredny post. Tym razem o Rozpuszczonym Tureckim Chłopcu.
Nie chciałabym uchodzić za cudzoziemkę dręczącą wyłącznie Turczynki, tak więc dziś oberwie się tylko Turkom.
Potem obiecuję zamieszczać już tylko ładne zdjęcia, komentarze odnośnie wydarzeń kulturalnych, porady podróżnicze oraz inne ogłoszenia parafialne.

Tymczasem wróćmy do Rozpuszczonego Tureckiego Chłopca.
Natchnęła mnie Perihan Mağden i jej urokliwy esej „Mężczyzna pływający motylkiem” (w oryginale: „Kelebek yüzen erkekler”), który ukazał się w listopadowym BLUSZCZU. Polecam gorąco.



Rozwinięcie

Turecki Chłopiec oraz Turecka Dziewczynka dorastają w atmosferze bezkarności i swawoli, wychowywani – nie bójmy się tego słowa – co najmniej bezstresowo. Tarmoszeni przez ciocie, kuzynki, babcie i sąsiadki za policzki (oznaka sympatii wobec dziecka, w wersji soft lub nieco sadystycznej), karmieni tureckimi potrawami pichconymi z zapałem przez mamy i babcie (które, szczęśliwie lub nie, pracować często nie muszą). Rozpieszczani przez nauczycieli (ale tylko w szkołach prywatnych – tam zdecydowanie rządzi młodzież!). Pilnuje się tych dzieci, strzeże jak oczek w głowie, nie pozwala pić letnich nawet napojów (uwaga na przeziębienie!), chroni przed przeciągami czy najlżejszym podmuchem wiatru (przeziębienie!), wozi zawsze i wszędzie (Pan Szofer dostarczy pod drzwi prywatnej podstawówki i dowiezie z powrotem do domu) – podczas spaceru można się przecież przeziębić! Szkolna pielęgniarka opatrzy każde skaleczenie i podejrzaną kropeczkę na palcu, pani dyrektor skarci wredną nauczycielkę, która śmiała próbować prowadzić lekcję lub postawić czwórkę za fatalną klasówkę.
Słowem: MA-SA-KRAAA.

Gdy Turecki Chłopiec i Turecka Dziewczynka zaczynają dojrzewać, sprawy nieco się komplikują. Obie strony muszą nauczyć się swoich ról społecznych. I tak, jak nietrudno się domyślić, Turecki Chłopiec ma być silny, a Turecka Dziewczynka – ładna (miła to nawet nie musi… chyba że dla Tureckich Chłopców i ich Tureckich Mam, i tylko w specyficznych sytuacjach).
Jak określiła to moja polska koleżanka (lepiej bym tego nie ujęła): Turecki Mężczyzna jest aktywny – WYBIERA; Turecka kobieta jest pasywna – PREZENTUJE SIĘ (w domyśle – Tureckiemu Mężczyźnie). Niby żadne to odkrycie, i nie dotyczy tylko Turcji, ale… na jaką skalę jest to prezentacja!


Życie „na wybiegu” – o Tureckiej Kobiecie

Turecka Kobieta wie, że czas nagli. Lustruje każdego poznanego mężczyznę, analizuje jego wady i zalety, podświadomie szuka w nim „przymiotów prawego męża”, sprawdza, jaki to z niego materiał na stały, dobrze rokujący (w podtekście: rokujący małżeństwem) związek. I nie chodzi tylko o pieniądze, władzę, przyzwoite stanowisko w przyzwoitej korporacji. Turecka Kobieta ma w życiu coraz bardziej pod górkę: ona nadal tylko się prezentuje. Mężczyzna wybiera, ale jest przy tym coraz bardziej wybredny. I coraz dłużej zwleka. Co prawda średnia wieku wchodzenia w związki małżeńskie to w przypadku Turków 26 lat (niecałe 23 lat dla kobiet) – statystyczny Turecki Mężczyzna nadal żeni się więc wcześnie. Jednak najbardziej pożądani kandydaci – wykształceni, zamożni, zaradni, po odbytej służbie wojskowej (tak!), nie spieszą się. Bo i nie mają do czego. Rodzina już tak bardzo nie naciska (zresztą, są to rodziny bardziej otwarte na świat i inne poglądy), do tego te cudzoziemki pchają się do Stambułu, Izmiru, Antalyi, jak szalone… A przed czterdziestką można ustatkować się z młodą turecką absolwentką nauczania początkowego. Rodzina tylko przyklaśnie (Mama w szczególności).
Turecką Kobietę rodzina będzie natomiast ku małżeństwu (raczej mocno) popychać. Znam tylko kilka Turczynek, które nie pytają koleżanek o plany zaręczyn i ślubów, które nie lustrują chłopaków znajomych, nie analizują wad i zalet potencjalnego kandydata na męża przyjaciółki. Te lustrujące i analizujące to wcale nie ogłupione, biedne dziewczęta, ale wykształcone, nieźle zarabiające Turczynki ze stambulskich rodzin. Niby wszystko gra, ale magiczne słowo MAŁŻEŃSTWO kołacze stale gdzieś w tyle głowy, do tego bardzo młodym dziewczynom. Młodym i chyba jednak niezbyt roztropnym (żeby nie powiedzieć: głupim), skoro snują wizję ŚLUBU (bo nawet nie wspólnego życia PO) z dopiero co poznanym chłopakiem, z którym od niedawna zaczęły się spotykać.
Jak (lubiana zresztą przeze mnie) koleżanka, która w taki oto sposób analizowała swój trzymiesięczny wówczas związek (cytuję): „ Jeśli X. pójdzie do wojska na pół roku, to w porządku… Ale jeśli wyślą go na rok, musimy ustalić, czy bierzemy potem ślub, bo jeśli się nie zdeklaruje, to ja w ciągu tych dwunastu miesięcy mogę znaleźć kogoś innego, zamiast tracić czas”. Dodam, że koleżanka nie skończyła jeszcze dwudziestu pięciu lat. Dodam też, że nie było w tym wywodzie krzty ironii, tylko czysta kalkulacja i pragmatyzm (oraz determinacja!).
Skrajny (i smutny) przykład pochodzi z Kayseri. Znajoma musiała po studiach wrócić do rodzinnego miasta (bo tak). Rodzina uznała, że nadszedł czas na małżeństwo (bo tak), pozwalając dziewczynie (cóż za wspaniałomyślność) wyjść za mąż za chłopaka, z którym była związana przez ponad dwa lata. Chłopak ten jednak żenić się nie chciał. Dopiero skończył studia i planował trochę „pożyć”, zwiedzać świat… Opowiadał mi przygnębiony, paląc papierosa za papierosem, że rodzina na pewno wyda jego ukochaną za kogoś innego, a on NIC na to nie może poradzić… Dwa, trzy miesiące później, miał już nową dziewczynę. Co stało się z poprzedniczką? Nie wiem, ale mam nadzieję, że historia o aranżowanym małżeństwie była lekko podkoloryzowana na potrzeby dramaturgii rozstania. Albo że rodzina dziewczyny ma dobry gust, i wydała ją za mniejszego kretyna niż jej były.


Żyć nie umierać, tylko przebierać – o Tureckim Chłopcu

Wiemy już, że Turecki Chłopiec wybiera, a raczej przebiera, że nie marzy o ustatkowaniu się za wszelką cenę, jak jego tureckie koleżanki (mało tego, po ustatkowaniu się PODOBNO zdradza – wynika tak z badań, jakich, nie pamiętam, dlatego pominę ten trudny temat, w który i tak nie chcę się w tej chwili zagłębiać, bo wystarczająco już namieszałam). Wiemy, że jego wybory, przynajmniej te dotyczące życia osobistego, są względnie akceptowane przez rodzinę – oczywiście pod warunkiem, że sam się utrzymuje – jest wtedy prawie panem własnego losu. Rodzinie nie zwierza się przecież ze wszystkich randek, związków i związeczków. Jest wolny, bo prowadzi po prostu żywot pracoholika i stawia na karierę – taka jest oficjalna i w miarę wiarygodna wersja. I tak już swoje przecierpiał – skończył studia, nauczył się jakoś angielskiego na poziomie elementary, poszedł do wojska, a teraz ciężko zarabia na chleb powszedni. Odczepcie się więc od Tureckiego Chłopca, z Tureckimi Kobietami też nie ma przecież łatwo!
Jeśli więc flirtuje z koleżanką, a potem z inną umawia się do kina (mówiąc swojej tureckiej dziewczynie, że ogląda w tym czasie mecz z kolegą), oznacza to tylko, że korzysta z możliwości, jakie dało mu życie. I że przyklaskuje mu przyzwalające na takie zachowania społeczeństwo. Możliwości, których nie ma (a raczej w teorii nie powinna mieć) Turecka Kobieta. Bo w praktyce, jak wiemy, bywa różnie…



Zakończenie

Wyjątkowo nie będę się na zakończenie tłumaczyć.
Ci, co mieli zrozumieć, zrozumieli.
Ci, którzy dopiero przyjechali do Turcji i zachwycają się nią aż dechu w piersi brak, i tak posądzą mnie o brak piątej klepki.

Następny post już naprawdę o wróżbach!

piątek, 1 stycznia 2010

Turcja. Świąt nie będzie


Hoł hoł hoł… jestem dobrym duszkiem tureckich Świąt Bożego Narodzenia…



Christmas: when, where, why?!

Co roku powtarzam jak mantrę (taką wredną mantrę), że wielu Turków myli Święta Bożego Narodzenia z Nowym Rokiem, wysyłając zagranicznym znajomym 31 grudnia sms-y o treści: „Świętujemy dziś razem z Tobą, Merry Christmas!”. Dostałam sporo takich życzeń podczas pobytu w Kayseri, w tym roku o Świętach jednak ani słowa… Być może światli Stambulczycy są lepiej wyedukowani. A może po prostu z roku na rok grono moich tureckich znajomych się kurczy? (kto by się chciał kolegować z taką przemądrzalską)

Na okoliczność Świąt moja okolica zamieniła się w jarmark świątecznych dekoracji: Mikołaje w różnych wymiarach i wygibasach, choinki we wszystkich odcieniach zieleni, a między nimi… świecące figurki Najświętszej Marii Panny! Czyżby promocyjny gadżet dorzucony do hurtowo zamawianych z Chin Mikołajków? A może jest na nie popyt w muzułmańskiej Turcji?

Wichry znad Bosforu nie dręczą tej zimy Stambułu. Temperatura cały czas na plusie, i to powyżej dziesięciu stopni, słońce częściej niż deszcz. Aż miło było połazić wczoraj wieczorem po zatłoczonych barowych uliczkach, żadnych dreszczy, chuchania w lodowate ręce, czy śniegu skrzypiącego pod nogami (tak, byłam na Święta w Polsce, i nie, nie przekonałam się jeszcze do uroków pięknej, mroźnej zimy… choć robię postępy).

Sylwester 2009 to mój trzeci stambulski Sylwester, drugi po stronie azjatyckiej, ale pierwszy naprawdę udany – dzięki temu, że w cudownym polsko-tureckim gronie (z przewagą polską).
Nie wiem, jak bawiono się w tym roku na Taksimie (czy były ofiary w ludziach?), ponieważ jestem tymczasowo odcięta od świata (internetowo, telewizyjnie… dobrze, że mam chociaż jakieś zakurzone książki…), ale Sylwester na İstiklalu (główna ulica odchodząca od Placu) jest chyba owiany złą sławą, bo nawet mnie myśl o noworocznym balowaniu na Taksimie napawa przerażeniem… (na temat tegorocznych tańców i hulanek na Placu TUTAJ).


Noworocznie i poświątecznie pozdrawiam wszystkich Czytelników, życząc udanego 2010 roku (który, jak wszyscy podświadomie czują, a fachowcy od horoskopów potwierdzili, będzie rokiem DOSKONAŁYM).
Wybieram się niedługo na noworoczne wróżenie z kawy. Relacja wkrótce.