czwartek, 3 września 2009

Uwieść Turczynkę

Dwa dni temu przeszły mi po plecach ciarki…

Nie z powodu chłodu (choć pierwszego września spadł symboliczny, pierwszy od miesięcy deszcz, niepozorny turecki kapuśniaczek... można wreszcie wziąć głębszy oddech i przespacerować się w południe bez obawy o zdrowie i życie...).


Dreszcz ów był spowodowany pewnym filmem…


Nabyłam wreszcie antenę, która umożliwia odbiór niezwykle interesujących tureckich kanałów (telewizor jest od paru miesięcy, ale do tej pory służył tylko jako „odtwarzacz filmów”).
Kto widział show ubóstwianego przez tłumy İbo lub słynną i arcyciekawą Bülent Erosy, ten zrozumie.
Komu nie było dane obcować z tureckimi mediami… niech nawet nie łudzi się, że może sobie wyobrazić ich „lokalny koloryt”.
To trzeba po prostu poczuć na własnej skórze…


Stare, dobre filmy…

Turecka kinematografia przeżywała rozkwit w latach 80-tych (właściwie, przeżywa go nadal, zmierza może jednak w nieco innym kierunku…).
Powstawały wtedy filmy różne, także te nieco niższych lotów…
Należą do nich pełne namiętności, dramaturgii i szczypty przemocy niezwykle oryginalne produkcje klasy B. Sceny miłości i chorej zazdrości mają to „coś”, co na próżno próbują naśladować twórcy niektórych tureckich telenoweli...

Jedną z kulowych scen tych filmów (podkreślam, mam na myśli tylko produkcje pewnego „podgatunku” – nisko budżetowe filmy „yeşilçam”) miałam okazję zobaczyć niedawno w wątpliwej jakości arcydziele zatytułowanym „Ayaz geceler” (mroźne noce).
A myślałam już, że sceny te to tylko legenda…

Scena pokrótce:
Wąsaty mężczyzna z bujną, kręconą czupryną (od razu domyślamy się, że to negatywny typ, bo źle patrzy mu z oczu, co dostrzegamy nawet zza ciemnych okularów…) wysiada z różowego samochodu (nie znam się na samochodach, więc nie wiem, jakiej marki… kolor za to piękny, niemal wrzosowy) z zaprzyjaźnionym (lub dopiero co poderwanym – tego niestety nie byłam w stanie ustalić w ciągu paru minut) atrakcyjnym dziewczęciem.
Udają się w kierunku mieszkania Wąsatego…
(podskórnie przeczuwamy, że dziewczę powinno porwać się pędem w przeciwnym kierunku…).
Rozmawiają przez chwilę w salonie, po czym Wąsaty udaje się do kuchni i – to właśnie słynna scena – dosypuje do piwa Niewinnej Turczynki (a sprawia ona wrażenie bardzo niewinnego i głupiego cielęcia) podejrzany biały proszek…
Możemy domyślić się, co dzieje się w następnej scenie…
(Niewinna Turczynka pije, rozmawia, pije, kręci jej się w głowie, przestaje pić, osuwa się na kanapę, zbliżenie na twarz Wąsatego – już bez okularów – radosny uśmieszek – cięcie, następna scena: Niewinna Turczynka wybiega rozczochrana i zapłakana z mieszkania Wąsatego).

Była to naprawdę bardzo, bardzo straszna, a przy tym makabrycznie śmieszna scena.

Następnego dnia nie włączyłam już telewizora.
Nie wierzę, by jakikolwiek program lub film był w stanie dorównać majstersztykowi, jakim okazał się film „Ayaz geceler”…

Nie znalazłam niestety opisanej sceny na youtube. Poszukiwania okazały się jednak więcej niż owocne… Poniżej dużo ciekawsza, a przy tym psychodeliczna scena z tureckiego „Taksówkarza”… Najwyraźniej klasyka gatunku.







ps. Mehmet, który czyta na końcu list, to ukochany dziewczyny. Ta pod wpływem narkotyku (wspaniała kolorowa halucynacja z perfidnym taksówkarzem na tronie…) pisze do boyfrienda notkę, w której wyjaśnia, że przespała się z İbrahimem i… biorą ślub!