czwartek, 27 sierpnia 2009

Ci wylewni Turcy



Religijna Turczynka bywa niemile widzianym gościem w nowoczesnej, laickiej dzielnicy. Musi zdejmować chustę na uniwersytecie oraz w innych publicznych instytucjach. Jak natomiast czuje się w tradycyjnej okolicy „nowoczesna” Turczynka, a tym bardziej – świeżo przybyłe do Turcji europejskie dziewczę?



Z nieobecnym wzrokiem przed siebie szybko mknąć…

Nawet doceniające turecką egzotykę cudzoziemki mają czasem dość okazywanego im zainteresowania. Nagabywania taksówkarzy, fryzjerów, sprzedawców („skąd jesteś?”, „jak ładnie mówisz po turecku…”, „podoba Ci się Stambuł?”, „widziałaś Sultanahmet?”) mogą zostać uznane za sympatyczny przejaw zwykłej, ludzkiej ciekawości.
Jeśli jednak pytania przechodzą niebezpiecznie z neutralnych w osobiste (a zdarza się to często, gdy uśmiechnięta Europejka przez grzeczność udziela wszystkich odpowiedzi), należy szybko zmienić front i zagrać „niedostępną Turczynkę”. Na pytania „gdzie pracujesz?”, „gdzie mieszkasz?”, „aha… a może sama?”, odpowiadamy wykrętnie, wspominając o mężu lub narzeczonym. Koniecznie tureckim!

Żarty żartami, ale pewność siebie niektórych mężczyzn (niestety, akurat tych, których nie mamy ochoty bliżej poznawać…) wzrasta wprost proporcjonalnie do okazywanej im życzliwości. Ta nie zostanie bowiem odebrana jako przejaw uprzejmości i dobrego wychowania (nasza intencja), ale… przyzwolenie na flirt (fantazja podstarzałego taksówkarza).
Czy można im się jednak dziwić? Szanująca się Turczynka nie będzie przecież szczerzyć zębów do poznanego pięć minut wcześniej fryzjera. Nie będzie też wdawać się w dyskusje na temat swojego życia osobistego ze sklepikarzem.

Większość świeżo przybyłych do Turcji cudzoziemek nabiera się jednak na pozornie niewinne konwersacje „o niczym”. Dopiero po jakimś czasie życia w Turcji zauważamy z zadowoleniem, że taksówkarze, fryzjerzy i sklepikarze nie okazują nam już takiego zainteresowania. Stałyśmy się mniej atrakcyjne? Nie, jesteśmy po prostu… po turecku „niewidzialne”!
Można łatwo domyślić się, że blondynka o śnieżnobiałej cerze będzie mieć w Turcji większe powodzenie od swojej równie atrakcyjnej, ale czarnookiej tureckiej znajomej. Co jednak ciekawe (i w pewnym sensie smutne), nawet ta druga musi często udawać niewidzialną i przemykać po tureckich ulicach. Wcale nie przez swój odważny strój lub wyzywający sposób bycia. Sam fakt bycia kobietą, w dodatku młodą i w miarę atrakcyjną, sprawia, że jest (szczególnie w pewnych dzielnicach, regionach, ulicach), lustrowana od stóp do głów.

Oczywiście, w wielu miejscach przemknie niezauważona.
W wielu dzielnicach nikt nie odwróci się na jej widok nawet, gdy włoży na siebie strój przypominający bikini (chyba, że zrobi to zimą…)
Jeśli jednak wybierze się w odwiedziny do cioci, która mieszka akurat w konserwatywnej dzielnicy Fatih lub Ümraniye, i będzie w dodatku wracać do domu późnym wieczorem, może stanowić na ulicy widok rzadki.
Podobnie jak religijna muzułmanka w chuście, której zachciało się sobotniej imprezy w klubie Reina.
Po prostu, access denied.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Te wredne Turczynki


„Koleżanko! Bo koleżanka to chyba do nas nie pasuje…”



Serdeczne podobno tylko na pokaz.
Infantylne i piskliwe.
Zakłamane materialistki.


Czyżby „Europejki” uwzięły się na Turczynki?


Bo są ładne, zadbane i starannie umalowane nawet o ósmej nad ranem (a makijaż to zaiste weselny)?
Bo chadzają na bardzo wysokich obcasach po zdradliwym bruku stambulskich uliczek (a uliczki te to istny tor przeszkód)?
Bo nie litują się nad mężczyznami, tylko wymagają (i wychodzi im to zwykle na dobre)?
Bo… nie lubią „Europejek”?


Ponieważ „Europejki” zabierają im najlepsze męskie okazy? (a, że jest ich mało, zostawiają wyżelowane, egocentryczne ochłapy, które nigdy nie nauczyły się obsługiwać lodówki, nie wspominając nawet o pralce automatycznej i bardziej skomplikowanych sprzętach jak odkurzacz)?
Ponieważ są „wolne”, co z grubsza znaczy: tata nie każe im wracać do domu o określonej porze, mogą spotykać się i mieszkać z kim chcą i gdzie chcą (bo niektóre Turczynki nie mogą, dopóki nie wyjdą za mąż? a wtedy wypadałoby mieszkać z mężem, i może niekoniecznie daleko od jego rodziny…)?
Ponieważ małżeństwo nie stanowi dla nich ucieczki „do wolności” (czy też ucieczki z jednej niewoli w drugą)?

Skąd takie makabryczne wnioski? Przeczytane, zasłuchane… wyimaginowane?

Jak powiedział kiedyś znajomy znajomej: „Jak myślisz, jakim cudem one mogą was lubić? Przecież one (w domyśle: Turczynki) nie znoszą nawet samych siebie (w domyśle: Turczynek). One… one walczą o tureckich mężczyzn!”.
Seksista? A i owszem.
Zastanówmy się jednak, co chciał nam poprzez swoją złotą myśl przekazać…


I wszystko jasne

Siostra seksisty, lat 28. Bezrobotna, niezamężna, bez chłopaka. Czas wolny spędza w domu. Podobno – ucząc się angielskiego.
Faktycznie – oglądając z niepracującą mamą seriale od świtu do zmierzchu.
Siostra zajmuje się mną jako gościem. Jest uprzejma i pomocna.
Pewnego wieczoru zapraszam ją na imprezę organizowaną przez znajomych w jednym z klubów na İstiklalu (miejsce przyzwoite, a noc jeszcze młoda – dla jasności…).
Koleżanka zastanawia się, co założy na imprezę. Musi jednak najpierw zapytać o zgodę taty...

Tata zgody nie wyraża. A raczej (perfidnie) pozwala jej iść tylko w towarzystwie brata.
Brat (jak łatwo przewidzieć) na imprezę wybrać się nie planuje.
Dziewczę ze smutkiem oznajmia mi, że iść nie może i zamyka się w pokoju.
Następnego dnia rozmawia ze mną niechętnie.
Kilka dni później, gdy proponuję kolejne wyjście, odburkuje tylko, że nie i że dziękuje.
Od tego czasu już ze mną nie rozmawia.

Morał?
Tak, tak, to tureccy mężczyźni skłócają ze sobą Turczynki z cudzoziemkami, by czerpać z owych waśni korzyści!




Zakryta vs Odkryta

To, co uderzyło mnie w Turcji już dawno, to niewypowiedziana niechęć pewnej grupy kobiet „odkrytych” do noszących chusty Turczynek.
Owszem, jest wiele „mieszanych” grup przyjaciół i nie należy generalizować.
Ta specyficzna niechęć odnosi się jednak do pewnego typu stylizujących się „na zachodnią modłę” Turczynek z zamożnych domów, Turczynek mających ambicje i warunki finansowe, by należeć do tureckiej sosyete.
W dobrym tonie jest farbować się na blond, nosić torebkę Louis Vuitton i pić kawę w Starbucksie na Bağdad Caddesi (spieszę wyjaśnić, że lubię niezdrową, kaloryczną i nie-kawową kawę ze Starbucksa i uwielbiam Bağdad Caddesi – mam na myśli pewien typ idealny Turczynki przestylizowanej i prze-europeizowanej).
Takiej Turczynce wypada iść na demonstracje w obronie „wartości Tureckiej Republiki”, by zamanifestować nie tyle poglądy polityczne, co niechęć do „tej drugiej Turcji”, Turcji „zachuszczonej”. Wypada fuknąć i prychnąć na widok „zachuszczonej” Turczynki, która znalazła się w „nieodpowiedniej” dla siebie dzielnicy.
Dzielnicy, w której nie jest mile widziana.


Eksperyment Ayşe Arman

Dziennikarka gazety Hürriyet wybrała się w towarzystwie znajomej na weekendowy spacer po różnych, bardzo odmiennych dzielnicach Stambułu. Wydarzenie niby zwykłe, tyle tylko, że obie panie, na co dzień tlenione i roznegliżowane blondynki, przywdziały na ten dzień stroje Turczynek „zakrytych”. Zmieniały styl w zależności od dzielnicy. I tak, w ekskluzywnym Nişantaşı wyglądały na zamożne, religijne muzułmanki, a w mniej dostojnych miejscach ubierały się bardziej sportowo. Zawsze jednak miały na głowie chusty.

Wnioski?
Znanej dziennikarki nie rozpoznał na ulicy znajomy, a pod jej domem – członek jej własnej rodziny!
Kobiet nie chciano wpuścić do znanej ekskluzywnej dyskoteki Reina (w której bawią się często tureckie gwiazdki i gwiazdeczki), wymigując się brakiem wolnych miejsc (dziennikarki celowo zrobiły wcześniej rezerwację). Udawały cudzoziemki, rozmawiały więc po angielsku i podsłuchiwały nerwowe szepty ochroniarzy („przecież nie możemy ich wpuścić… zlinczują je!”).


P.S. do eksperymentu

Dziennikarki wybrały się po tradycyjne stroje do dzielnicy Fatih. Miały na sobie krótkie, letnie sukienki i odkryte głowy... Chyba nie muszę dodawać, jakie zrobiły w tych kusych ubrankach wrażenie na mieszkańcach tej tradycyjnej dzielnicy? (ostatnie zdjęcie ARTYKUŁU)

Morał?
Tak, tak, tureckie kobiety kłócą się również między sobą, i to także wina tureckich mężczyzn!



ps. proszę wybaczyć, ale po notce poprawnej politycznie miałam ogromną ochotę na notkę poprawną inaczej… :)

czwartek, 20 sierpnia 2009

Poprawność polityczna a sprawa turecka

… czyli jak pisać o Turcji, aby nikogo nie urazić.




Tytułem wstępu

Kilka dni temu ukazał się w Dużym Formacie krótki reportaż, a właściwie wywiad z mieszkającą w Turcji Polką („Nie widać mnie”).

Wzbudził trochę emocji, bo ukazuje Republikę w negatywnym świetle.
Właściwie skupia się na pewnym aspekcie pobytu w Turcji.
Na tym, jak ciężko jest przyzwyczajonej do wolności osobistej oraz swobód wszelakich europejskiej niewieście żyć w kraju gapiących się czarnookich mężczyzn.
Ba, w najlepszym wypadku gapiących.
Bo nie dość, że się gapią, to myślą, że blond dziewoja równa się prostytutce z Rosji.
I na przejściu granicznym robią takiej delikwentce problemy.
To tylko niewinny przykład.


Etyka dziennikarska (?)

Polka, z którą przeprowadzono wywiad, umieszcza na swoim blogu sprostowanie, w którym wyjaśnia, że część jej wypowiedzi została zmieniona, a kilka wręcz zmyślono.
Nie dostała tekstu do autoryzacji.
Nie taki miał być jego wydźwięk.
Żeby było weselej – autorka artykułu nie miała podobno wpływu na jego ostateczny kształt – materiał został przerobiony bez jej wiedzy.


A jaki z tego morał?

Nie jestem dziennikarką, nie mam zamiaru rozpisywać się na temat etyki dziennikarskiej (coś takiego jeszcze chyba istnieje?).
Zaciskam więc zęby i przemilczam.

Zastanawia mnie tylko, czego może dowiedzieć się o Turcji z polskiej prasy przeciętny obywatel? Przeciętny, czyli – jak zakładam – wiedzący na temat Turcji niewiele.

Czytałam ostatnio o nielegalnych imigrantach udających się przez Turcję do krajów Unii, o morderstwach honorowych (temat powtarzany jak mantra), o byłych prostytutkach kandydujących w wyborach parlamentarnych (to było dawno), o AKP z Erdoğanem w roli głównej (to bardzo dawno) – większość zresztą z Wyborczej, tego samego autora.
Większość dobra (nawet, jeśli można zarzucić niektórym sensacyjny styl).

„Nie widać mnie”, artykuł pisany z innej perspektywy (Turcja oczami Polki mieszkającej tu od lat), w dodatku o tak intrygującym tytule (a każda z nas, Konstantynopoli… oraz zamieszkałych w innych tureckich zakątkach, wie dokładnie, co znaczy „nieobecny wzrok”, okulary na nos i szybki marsz przed siebie – w niektórych okolicach wręcz obowiązkowy… i bynajmniej nie twierdzę, że należy tego typu tematy przemilczać), obiecywał wiele…
Pozostał niestety niedosyt. Wzmocniony dodatkowo przez fakt przeinaczenia wypowiedzi, cięć i przeróbek tekstu…
Bo czyż nie byłoby milej przeczytać dłuższą, a przede wszystkim rzetelną relację z pięciogodzinnego aż (!) nagrania?

Mam nadzieję, że to nie ostatni tego typu artykuł.
Mam też nadzieję, że nie przesadziłam z narzekaniem na polską prasę;)

ps. Koleżance-Dziennikarce dziękujemy za cynk na temat reportażu:)