wtorek, 19 maja 2009

Alanya is the best


Kontemplacja poczwórna. Widok ze wzgórza Kale



Tym oto optymistycznym tytułem rozpoczynam krótką, acz treściwą opowieść „Alanijska Majówka 2009”.


Wielu Turków (a ja wraz z nimi), udało się na wyczekiwany długi majowy weekend (19 maja przypada Gençlik ve Spor Bayramı, czyli święto młodzieży i sportu). Rozpoczęłam go dość wcześnie, bo już w czwartek rano stawiłam się na lotnisku z walizką pełną letnich sukienek, lekkich spódniczek (jak zwykle chodziłam tylko w jednej parze dżinsów), kostiumem kąpielowym (przydał się! woda po godzinie 18 wręcz gorąca), kremem do opalania (uwaga! tureckie słońce nawet w maju grzeje po czwartej, a zbrązowieć można od leżenia w cieniu – w końcu zaczęła docierać do mnie ta prawda), niestety, bez koła ratunkowego (przez letnie sukienki zabrakło miejsca w walizce).

Podekscytowana swoim pierwszym pobytem na Riwierze Tureckiej (dwa dni w Antalyi parę lata temu właściwie się nie liczą) ruszyłam do miasta egzotycznej roślinności, błękitnej wody, kiczowatych dyskotek i rozpusty: osławionej Alanyi. Turystycznego tureckiego raju.


(w tym miejscu chciałam serdecznie podziękować za gościnność drogiej SKYLAR, mistrzyni börka i przewodniczce/pilotce/rezydentce doskonałej)


Na wstępie muszę zaznaczyć, że wszystkie poniższe opisy, opinie i komentarze pisane są przez osobę przytłoczoną wielkim miastem – jego gwarem, korkami, natarczywością i pędem – która długo nie była na wakacjach. Urokliwa, zielona Alanya (bo wyrażenia „bezpretensjonalna” w przypadku tego komercyjnego miasteczka użyć chyba nie wypada) poruszyła moje naiwne, turystyczne serce do głębi…

Hmm hmm…



W gąszczu palemek

Pierwsze wrażenia nad wyraz oryginalne: palmy! Tu naprawdę są palmy! Setki, tysiące. Małe, duże, zgrabne, pokrzywione. Poutykane wszędzie, dosłownie wszędzie. Po tylu latach wreszcie poczułam się jak w „prawdziwej” Turcji. Choćby z tego powodu warto było tu przyjechać…

Soczysta zieleń, przestrzeń, temperatura powietrza (jeszcze nie za gorąco, a już przyjemnie ciepło), wody (idealna), słońce, widok morza i gór – wszystko to wprawiło mnie w doskonały, leniwy nastrój. Wreszcie poczułam się w Turcji turystką z prawdziwego zdarzenia! Ba, kupiłam nawet kilka kiczowatych gadżetów (koszmarne magnesiki na lodówkę i nad wyraz oryginalne pocztówki, z lat osiemdziesiątych rodem).



Pozorny święty spokój

Tego chyba najbardziej brakuje mi w dzikiej metropolii, jaką jest Stambuł. Wydawałoby się, że w takim właśnie miejscu warto mieszkać, a jednak… Po każdym pobycie „pod palmą” odbija mi palma. Mam ochotę wyprzedać wszystkie posiadane dobra i rozpocząć Nowe Życie – im bliżej ładnej plaży, tym lepiej. Wiem, typowa powakacyjna reakcja. Może jednak tym razem warto byłoby zastanowić się dłużej nad tym, czy życie w nadmorskim kurorcie to raj na ziemi czy przepełnione turystami piekło?



Yes, please!

Słyszałam i czytałam wiele na temat „kurortowych podrywaczy”, jednak ujrzenie na własne oczy kaleczących angielski tureckich lowelasów to inna historia… Pracownicy sezonowi, czyli sprzedawcy, kelnerzy, zaczęli już mozolną pracę. Sezon jeszcze nie w pełni, choć z dnia na dzień turystów przybywa. Trzeba zachęcać ich do kupowania wycieczek, pamiątek, kolacji w „najlepszej w mieście knajpie”.
I właśnie te „zachęcania” mogą zniechęcić nawet najbardziej zmotywowanych do osiedlenia się nad tureckim wybrzeżem Morza Śródziemnego…

Dwa tygodnie nieustannych nagabywań może nie dają się tak we znaki. Turyści takich zaczepek zresztą często oczekują, w końcu po to między innymi wyjechali na wakacje. Chcą wydać pieniądze, chcą być zapraszani do restauracji, przekonywani o wyższości dyskoteki X nad dyskoteką Y (tu na marginesie: polecam uroczy THE DOORS – przeboje znane i kochane, w nieco innym niż alanijskie dyskoteki klimacie – dla znudzonych klimatem alanijskich dyskotek właśnie).
A mieszańcy? Wolą jednak święty spokój na co dzień, a „yes, please, welcome”, tylko od święta. Na wakacjach w innej miejscowości.
Jak pozbyć się tej niedogodności? Opatrzeć się sprzedawcom? Zaprzyjaźnić z pracownikami sezonowymi? Może wtedy będą nam przysługiwać specjalne, nieturystyczne ceny… Wizja więcej niż kusząca.


O zaletach i wadach Alanyi, oraz więcej przemyśleń na temat życia pod palemką, już wkrótce.

7 komentarzy:

skylar pisze...

znakomita notka! fantastyczna relacja. widac, ze masz sloneczko Cie natchnelo ;) dziekuje za (nie)zasluzone komplementy ;)
no i pozdrawiam z recepcji w wiesz-jakim-hotelu w Istanbule... ;)

cebulka44 pisze...

zazdroszczę majówki...
ja niestety w pracy, z resztą w jak każde święta czy dni wolne.
Ale na szczęście 23.08 Bodrum i Stambuł ukochany.

Pozdrawiam z dość zimnego Pucka.
;)

Anonimowy pisze...

Miło Cię znowu czytać,
udanej Alanyi:)


olgalami

aga pisze...

Ladnie ladnie. Zachecilo mnie to do wybrania sie na riwiere ;-) a zawsze bylam tak sceptycznie nastawiona do tamtych rejonow :-) LEo jedzie na czesc zdjec filmowych na tydzien do Antalyi. I to chyba jak mi sie szkolne wakacje zaczna. Zaczynam kombinowac czy by sie nie zabrac z ekipa na pare dni :-)

aga
ps super, ze sie wygrzalas na sloneczku. mnie zmienna stanbulska pogoda dopadla chorubskiem :-(

mor cadı pisze...

ja też byłam sceptyczna. skąd to się właściwie bierze? może to wizja turystów i dyskotek w jednym, sama nie wiem.

w każdym razie sceptycyzm zdecydowanie odradzam, do Antalyi jechać musisz!

pozdrawiam wszystkich, już stety/niestety ze Stambułu
(choć dziś klimaty wakacyjne, bo regaty na Caddebostan ;)

mała pisze...

Ja 10-go czerwca jadę po raz n-ty do Alanyi i już nie mogę się doczekać.Uwielbiam ten kraj,ludzi,kulturę no i oczywiście kuchnię.

4emkaa pisze...

Jak miło , miałaś wakacje i doceniłaś kurort,który wiele osób omija :)