środa, 16 grudnia 2009

Playing hard to get

zdecydowanie mnie poniosło, za długa przerwa. post nie nadaje się do czytania przy porannej kawie, poprawność polityczna nie jest ostatnio moją mocną stroną. do tego ani tu ładu ani składu. w zasadzie w ogóle nie należy tego tekstu czytać. można za to popatrzeć na zdjęcie (fajna torebka).


"Z kimże moje Canım tak długo rozmawia...?"



Jest taka gra, której znajomość bardzo przydaje się w Republice Tureckiej.
Polega na udowodnieniu, że jest się „prawie jak Turczynka”.
Posiada wiele wariantów i można w nią grać na wiele sposobów.
Cudzoziemki zwykle gubią się w jej zawiłych zasadach.

Gracze

Graczy jest dwóch – Kobieta (niekoniecznie Turczynka) i Mężczyzna (koniecznie Turek).
Występują również gracze wspomagający i przeszkadzający – znajomi, rodzina, życzliwy sąsiad.
Kobieta jest z reguły pionkiem. Zbijanym i przegranym.

Reguły

Zacznijmy od tego, że obowiązują one wyłącznie Kobietę. Są twarde, ustalone z góry i niezmienne. Wystarczy ich przestrzegać, by zdobyć główną wygraną.

Zasady zostały ustalone dla Mężczyzny.

Przebieg gry

Case study No:1 - przegrana

Mężczyzna (Turek) siedzi w gronie znajomych, w tym Kobiety (nie-Turczynki). Atmosfera przyjemna, zimowy wieczór przy piwie (niestety nie grzanym), który kończy się odprowadzeniem Kobiety przez Mężczyznę do domu (mieszkają w tej samej okolicy, a każdy Mężczyzna w Republice jest przecież dżentelmenem). Mężczyzna podczas spaceru obejmuje Kobietę swoim silnym, męskim ramieniem (jest wszakże zimno). Kobieta doznaje szoku, zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że Mężczyzna jest w długoletnim związku z inną Kobietą (Turczynką) i ta nie posiadałaby się z radości mając przed oczami wspomniane ramię osłaniające rzekomo troskliwie przed rzekomym wiatrem i chłodem.

Case study No:2 - wygrana

Kobieta i Mężczyzna (para turecka) wchodzą do restauracji. Kobieta plącze się między stolikami, wzdycha, obrzuca kelnera poirytowanym spojrzeniem. Mężczyzna cierpliwie znosi okazywane niezadowolenie, kilkakrotną zmianę stolika (tu słońce, tam cień, a ten w rogu miał nieładny obrus), wybrzydzanie przy menu i skrzywioną minę. Za rachunek płaci oczywiście sam.

Game over

Turczynkę Mężczyzna szanuje, bo musi się o nią starać. Poza tym to Turczynka.
Nie-Turczynkę Mężczyzna uważa za łatwą, bo jest miła. Zresztą to panna z zachodu.
Podział jasny. Dla tureckiego mężczyzny.

Rady dla przegranych

Graj ostro – fauluj bez skrupułów. I tak nie posuniesz się do chwytów tureckiej koleżanki – kopiowania rozmów Mężczyzny z komunikatorów i sprawdzania jego poczty (niech żyje zaufanie w związku) lub odbijania chłopaka przyjaciółce. Wystarczy tylko trochę namieszać. Poza tym pamiętaj – już na wstępie jesteś na przegranej pozycji.

Bierz przykład ze skuteczniejszych rywali. Kto powiedział, że przy odrobinie dobrej woli i szczerych chęci nie staniesz się bardziej niedostępna od Turczynki?

Sprostowanie

Czytającym przypominam, że spędziłam prawie rok w Kayseri, a to powinno wiele tłumaczyć (a przynajmniej nieco usprawiedliwiać). Historie z Kayseri to jednak historie na osobnego posta (który nigdy nie powstanie).
Turków nadal lubię, a Turczynki coraz bardziej toleruję (mam nawet DWIE dobre koleżanki i kolejne dwie kandydatki na takowe). Po prostu nasłuchałam się ostatnio strasznych bzdur od tureckich znajomych (w tym historii o kopiowaniu korespondencji) i ręce opadły mi niżej niż zwykle.
W następnym poście dużo ładnych, kolorowych zdjęć.

wtorek, 20 października 2009

B jak Bebek

Co: dzielnica Bebek, znana i kochana zarówno w czasach Imperium Osmańskiego, jak i dziś
Gdzie: Beşiktaş
Jak dotrzeć: może nie najszybciej, ale najprzyjemniej – na piechotę z Örtaköy
Po co: po ładne widoki i zdrowy spacer (lub) lans i bogatego męża



B jak Bogato

Bebek to po turecku dziecko, niemowlę.

Jedna z najdroższych (jeśli nie najdroższa) dzielnic Stambułu.
Szyk i blichtr europejskiej strony miasta (odpowiednikiem azjatyckim jest równie urocza Bağdat Caddesi).
Tu bywa się i pokazuje, jeśli… ma się za co.

Jeśli planujemy rychłe zamążpójście, kandydatów na wybranka życia wybierajmy właśnie tu. Oceniamy po samochodach i… jachtach.

Możemy oczywiście umówić się na zwyczajne spotkanie z koleżanką. Najlepiej na Güneş dondurma (lody Słoneczne).

Nie musimy jednak siedzieć i bezsensownie wydawać lir na kolejne drogie kawy w okolicznych knajpach.

Nie ma to jak spacer z Bebek do Örtaköy. Polecany szczególnie w jesiennych momentach kryzysowo-chandrowych.



Widok pięknych, drewnianych willi położonych nad Bosforem wybawi z największej depresji:



Forteca Rumeli, ujęcie z promu:



"Wyspa" Galatasaray. Ku radości fanów:



Polski akcent – Jan Matejko i jego Widok na Bebek pod Konstantynopolem:



Enjoy Istanbul – nic dodać, nic ująć...

czwartek, 15 października 2009

Sonbahar

Lato, lato, a tu nagle jesień.
A za chwilę Święta i Sylwester.
Ale po kolei.

Dwa dni temu szalony lodos zawiał nad Bosforem i narobił trochę bałaganu. Odwołano promy.


Hula, hula wiatr zimowy, wicher duje w twarz...



Za to dziś 19 stopni i słońce.

Nie można się jednak oszukiwać. Październik to miesiąc niewątpliwie jesienny. Wyprawy na wyspy w celu kąpieli i opalania straciły sens…
Trzeba pogodzić się z tym, że będzie raczej chłodniej niż cieplej. Wiedzą to doskonale Turczynki, które dawno już przywdziały puchate kozaczki i modne kaloszki.

Nie wpadajmy jednak w jesienny marazm. Temperatura w Stambule wynosi obecnie około 20 stopni. A na południu kraju dopiero teraz robi się znośnie (choć wielbiciele smażenia się na skwarkę pewnie dawno już z Turcji uciekli).



Ekim /Październik/ kulturalny

Jesień nie sprzyja może turystce plażowej, ale za to kulturze na pewno.
Już dawno po sezonie ogórkowym. Dzieje się aż za dużo.
Ja tym razem w życiu kulturalnym Stambułu aktywnie nie uczestniczę, ale zainteresowanym polecam:

- Biennale 12 września - 8 listopada

- Filmekimi 17-25 października

- Akbank Jazz Festival 15-25 października

- Eurasia Marathon 18 października

czwartek, 3 września 2009

Uwieść Turczynkę

Dwa dni temu przeszły mi po plecach ciarki…

Nie z powodu chłodu (choć pierwszego września spadł symboliczny, pierwszy od miesięcy deszcz, niepozorny turecki kapuśniaczek... można wreszcie wziąć głębszy oddech i przespacerować się w południe bez obawy o zdrowie i życie...).


Dreszcz ów był spowodowany pewnym filmem…


Nabyłam wreszcie antenę, która umożliwia odbiór niezwykle interesujących tureckich kanałów (telewizor jest od paru miesięcy, ale do tej pory służył tylko jako „odtwarzacz filmów”).
Kto widział show ubóstwianego przez tłumy İbo lub słynną i arcyciekawą Bülent Erosy, ten zrozumie.
Komu nie było dane obcować z tureckimi mediami… niech nawet nie łudzi się, że może sobie wyobrazić ich „lokalny koloryt”.
To trzeba po prostu poczuć na własnej skórze…


Stare, dobre filmy…

Turecka kinematografia przeżywała rozkwit w latach 80-tych (właściwie, przeżywa go nadal, zmierza może jednak w nieco innym kierunku…).
Powstawały wtedy filmy różne, także te nieco niższych lotów…
Należą do nich pełne namiętności, dramaturgii i szczypty przemocy niezwykle oryginalne produkcje klasy B. Sceny miłości i chorej zazdrości mają to „coś”, co na próżno próbują naśladować twórcy niektórych tureckich telenoweli...

Jedną z kulowych scen tych filmów (podkreślam, mam na myśli tylko produkcje pewnego „podgatunku” – nisko budżetowe filmy „yeşilçam”) miałam okazję zobaczyć niedawno w wątpliwej jakości arcydziele zatytułowanym „Ayaz geceler” (mroźne noce).
A myślałam już, że sceny te to tylko legenda…

Scena pokrótce:
Wąsaty mężczyzna z bujną, kręconą czupryną (od razu domyślamy się, że to negatywny typ, bo źle patrzy mu z oczu, co dostrzegamy nawet zza ciemnych okularów…) wysiada z różowego samochodu (nie znam się na samochodach, więc nie wiem, jakiej marki… kolor za to piękny, niemal wrzosowy) z zaprzyjaźnionym (lub dopiero co poderwanym – tego niestety nie byłam w stanie ustalić w ciągu paru minut) atrakcyjnym dziewczęciem.
Udają się w kierunku mieszkania Wąsatego…
(podskórnie przeczuwamy, że dziewczę powinno porwać się pędem w przeciwnym kierunku…).
Rozmawiają przez chwilę w salonie, po czym Wąsaty udaje się do kuchni i – to właśnie słynna scena – dosypuje do piwa Niewinnej Turczynki (a sprawia ona wrażenie bardzo niewinnego i głupiego cielęcia) podejrzany biały proszek…
Możemy domyślić się, co dzieje się w następnej scenie…
(Niewinna Turczynka pije, rozmawia, pije, kręci jej się w głowie, przestaje pić, osuwa się na kanapę, zbliżenie na twarz Wąsatego – już bez okularów – radosny uśmieszek – cięcie, następna scena: Niewinna Turczynka wybiega rozczochrana i zapłakana z mieszkania Wąsatego).

Była to naprawdę bardzo, bardzo straszna, a przy tym makabrycznie śmieszna scena.

Następnego dnia nie włączyłam już telewizora.
Nie wierzę, by jakikolwiek program lub film był w stanie dorównać majstersztykowi, jakim okazał się film „Ayaz geceler”…

Nie znalazłam niestety opisanej sceny na youtube. Poszukiwania okazały się jednak więcej niż owocne… Poniżej dużo ciekawsza, a przy tym psychodeliczna scena z tureckiego „Taksówkarza”… Najwyraźniej klasyka gatunku.







ps. Mehmet, który czyta na końcu list, to ukochany dziewczyny. Ta pod wpływem narkotyku (wspaniała kolorowa halucynacja z perfidnym taksówkarzem na tronie…) pisze do boyfrienda notkę, w której wyjaśnia, że przespała się z İbrahimem i… biorą ślub!

czwartek, 27 sierpnia 2009

Ci wylewni Turcy



Religijna Turczynka bywa niemile widzianym gościem w nowoczesnej, laickiej dzielnicy. Musi zdejmować chustę na uniwersytecie oraz w innych publicznych instytucjach. Jak natomiast czuje się w tradycyjnej okolicy „nowoczesna” Turczynka, a tym bardziej – świeżo przybyłe do Turcji europejskie dziewczę?



Z nieobecnym wzrokiem przed siebie szybko mknąć…

Nawet doceniające turecką egzotykę cudzoziemki mają czasem dość okazywanego im zainteresowania. Nagabywania taksówkarzy, fryzjerów, sprzedawców („skąd jesteś?”, „jak ładnie mówisz po turecku…”, „podoba Ci się Stambuł?”, „widziałaś Sultanahmet?”) mogą zostać uznane za sympatyczny przejaw zwykłej, ludzkiej ciekawości.
Jeśli jednak pytania przechodzą niebezpiecznie z neutralnych w osobiste (a zdarza się to często, gdy uśmiechnięta Europejka przez grzeczność udziela wszystkich odpowiedzi), należy szybko zmienić front i zagrać „niedostępną Turczynkę”. Na pytania „gdzie pracujesz?”, „gdzie mieszkasz?”, „aha… a może sama?”, odpowiadamy wykrętnie, wspominając o mężu lub narzeczonym. Koniecznie tureckim!

Żarty żartami, ale pewność siebie niektórych mężczyzn (niestety, akurat tych, których nie mamy ochoty bliżej poznawać…) wzrasta wprost proporcjonalnie do okazywanej im życzliwości. Ta nie zostanie bowiem odebrana jako przejaw uprzejmości i dobrego wychowania (nasza intencja), ale… przyzwolenie na flirt (fantazja podstarzałego taksówkarza).
Czy można im się jednak dziwić? Szanująca się Turczynka nie będzie przecież szczerzyć zębów do poznanego pięć minut wcześniej fryzjera. Nie będzie też wdawać się w dyskusje na temat swojego życia osobistego ze sklepikarzem.

Większość świeżo przybyłych do Turcji cudzoziemek nabiera się jednak na pozornie niewinne konwersacje „o niczym”. Dopiero po jakimś czasie życia w Turcji zauważamy z zadowoleniem, że taksówkarze, fryzjerzy i sklepikarze nie okazują nam już takiego zainteresowania. Stałyśmy się mniej atrakcyjne? Nie, jesteśmy po prostu… po turecku „niewidzialne”!
Można łatwo domyślić się, że blondynka o śnieżnobiałej cerze będzie mieć w Turcji większe powodzenie od swojej równie atrakcyjnej, ale czarnookiej tureckiej znajomej. Co jednak ciekawe (i w pewnym sensie smutne), nawet ta druga musi często udawać niewidzialną i przemykać po tureckich ulicach. Wcale nie przez swój odważny strój lub wyzywający sposób bycia. Sam fakt bycia kobietą, w dodatku młodą i w miarę atrakcyjną, sprawia, że jest (szczególnie w pewnych dzielnicach, regionach, ulicach), lustrowana od stóp do głów.

Oczywiście, w wielu miejscach przemknie niezauważona.
W wielu dzielnicach nikt nie odwróci się na jej widok nawet, gdy włoży na siebie strój przypominający bikini (chyba, że zrobi to zimą…)
Jeśli jednak wybierze się w odwiedziny do cioci, która mieszka akurat w konserwatywnej dzielnicy Fatih lub Ümraniye, i będzie w dodatku wracać do domu późnym wieczorem, może stanowić na ulicy widok rzadki.
Podobnie jak religijna muzułmanka w chuście, której zachciało się sobotniej imprezy w klubie Reina.
Po prostu, access denied.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Te wredne Turczynki


„Koleżanko! Bo koleżanka to chyba do nas nie pasuje…”



Serdeczne podobno tylko na pokaz.
Infantylne i piskliwe.
Zakłamane materialistki.


Czyżby „Europejki” uwzięły się na Turczynki?


Bo są ładne, zadbane i starannie umalowane nawet o ósmej nad ranem (a makijaż to zaiste weselny)?
Bo chadzają na bardzo wysokich obcasach po zdradliwym bruku stambulskich uliczek (a uliczki te to istny tor przeszkód)?
Bo nie litują się nad mężczyznami, tylko wymagają (i wychodzi im to zwykle na dobre)?
Bo… nie lubią „Europejek”?


Ponieważ „Europejki” zabierają im najlepsze męskie okazy? (a, że jest ich mało, zostawiają wyżelowane, egocentryczne ochłapy, które nigdy nie nauczyły się obsługiwać lodówki, nie wspominając nawet o pralce automatycznej i bardziej skomplikowanych sprzętach jak odkurzacz)?
Ponieważ są „wolne”, co z grubsza znaczy: tata nie każe im wracać do domu o określonej porze, mogą spotykać się i mieszkać z kim chcą i gdzie chcą (bo niektóre Turczynki nie mogą, dopóki nie wyjdą za mąż? a wtedy wypadałoby mieszkać z mężem, i może niekoniecznie daleko od jego rodziny…)?
Ponieważ małżeństwo nie stanowi dla nich ucieczki „do wolności” (czy też ucieczki z jednej niewoli w drugą)?

Skąd takie makabryczne wnioski? Przeczytane, zasłuchane… wyimaginowane?

Jak powiedział kiedyś znajomy znajomej: „Jak myślisz, jakim cudem one mogą was lubić? Przecież one (w domyśle: Turczynki) nie znoszą nawet samych siebie (w domyśle: Turczynek). One… one walczą o tureckich mężczyzn!”.
Seksista? A i owszem.
Zastanówmy się jednak, co chciał nam poprzez swoją złotą myśl przekazać…


I wszystko jasne

Siostra seksisty, lat 28. Bezrobotna, niezamężna, bez chłopaka. Czas wolny spędza w domu. Podobno – ucząc się angielskiego.
Faktycznie – oglądając z niepracującą mamą seriale od świtu do zmierzchu.
Siostra zajmuje się mną jako gościem. Jest uprzejma i pomocna.
Pewnego wieczoru zapraszam ją na imprezę organizowaną przez znajomych w jednym z klubów na İstiklalu (miejsce przyzwoite, a noc jeszcze młoda – dla jasności…).
Koleżanka zastanawia się, co założy na imprezę. Musi jednak najpierw zapytać o zgodę taty...

Tata zgody nie wyraża. A raczej (perfidnie) pozwala jej iść tylko w towarzystwie brata.
Brat (jak łatwo przewidzieć) na imprezę wybrać się nie planuje.
Dziewczę ze smutkiem oznajmia mi, że iść nie może i zamyka się w pokoju.
Następnego dnia rozmawia ze mną niechętnie.
Kilka dni później, gdy proponuję kolejne wyjście, odburkuje tylko, że nie i że dziękuje.
Od tego czasu już ze mną nie rozmawia.

Morał?
Tak, tak, to tureccy mężczyźni skłócają ze sobą Turczynki z cudzoziemkami, by czerpać z owych waśni korzyści!




Zakryta vs Odkryta

To, co uderzyło mnie w Turcji już dawno, to niewypowiedziana niechęć pewnej grupy kobiet „odkrytych” do noszących chusty Turczynek.
Owszem, jest wiele „mieszanych” grup przyjaciół i nie należy generalizować.
Ta specyficzna niechęć odnosi się jednak do pewnego typu stylizujących się „na zachodnią modłę” Turczynek z zamożnych domów, Turczynek mających ambicje i warunki finansowe, by należeć do tureckiej sosyete.
W dobrym tonie jest farbować się na blond, nosić torebkę Louis Vuitton i pić kawę w Starbucksie na Bağdad Caddesi (spieszę wyjaśnić, że lubię niezdrową, kaloryczną i nie-kawową kawę ze Starbucksa i uwielbiam Bağdad Caddesi – mam na myśli pewien typ idealny Turczynki przestylizowanej i prze-europeizowanej).
Takiej Turczynce wypada iść na demonstracje w obronie „wartości Tureckiej Republiki”, by zamanifestować nie tyle poglądy polityczne, co niechęć do „tej drugiej Turcji”, Turcji „zachuszczonej”. Wypada fuknąć i prychnąć na widok „zachuszczonej” Turczynki, która znalazła się w „nieodpowiedniej” dla siebie dzielnicy.
Dzielnicy, w której nie jest mile widziana.


Eksperyment Ayşe Arman

Dziennikarka gazety Hürriyet wybrała się w towarzystwie znajomej na weekendowy spacer po różnych, bardzo odmiennych dzielnicach Stambułu. Wydarzenie niby zwykłe, tyle tylko, że obie panie, na co dzień tlenione i roznegliżowane blondynki, przywdziały na ten dzień stroje Turczynek „zakrytych”. Zmieniały styl w zależności od dzielnicy. I tak, w ekskluzywnym Nişantaşı wyglądały na zamożne, religijne muzułmanki, a w mniej dostojnych miejscach ubierały się bardziej sportowo. Zawsze jednak miały na głowie chusty.

Wnioski?
Znanej dziennikarki nie rozpoznał na ulicy znajomy, a pod jej domem – członek jej własnej rodziny!
Kobiet nie chciano wpuścić do znanej ekskluzywnej dyskoteki Reina (w której bawią się często tureckie gwiazdki i gwiazdeczki), wymigując się brakiem wolnych miejsc (dziennikarki celowo zrobiły wcześniej rezerwację). Udawały cudzoziemki, rozmawiały więc po angielsku i podsłuchiwały nerwowe szepty ochroniarzy („przecież nie możemy ich wpuścić… zlinczują je!”).


P.S. do eksperymentu

Dziennikarki wybrały się po tradycyjne stroje do dzielnicy Fatih. Miały na sobie krótkie, letnie sukienki i odkryte głowy... Chyba nie muszę dodawać, jakie zrobiły w tych kusych ubrankach wrażenie na mieszkańcach tej tradycyjnej dzielnicy? (ostatnie zdjęcie ARTYKUŁU)

Morał?
Tak, tak, tureckie kobiety kłócą się również między sobą, i to także wina tureckich mężczyzn!



ps. proszę wybaczyć, ale po notce poprawnej politycznie miałam ogromną ochotę na notkę poprawną inaczej… :)

czwartek, 20 sierpnia 2009

Poprawność polityczna a sprawa turecka

… czyli jak pisać o Turcji, aby nikogo nie urazić.




Tytułem wstępu

Kilka dni temu ukazał się w Dużym Formacie krótki reportaż, a właściwie wywiad z mieszkającą w Turcji Polką („Nie widać mnie”).

Wzbudził trochę emocji, bo ukazuje Republikę w negatywnym świetle.
Właściwie skupia się na pewnym aspekcie pobytu w Turcji.
Na tym, jak ciężko jest przyzwyczajonej do wolności osobistej oraz swobód wszelakich europejskiej niewieście żyć w kraju gapiących się czarnookich mężczyzn.
Ba, w najlepszym wypadku gapiących.
Bo nie dość, że się gapią, to myślą, że blond dziewoja równa się prostytutce z Rosji.
I na przejściu granicznym robią takiej delikwentce problemy.
To tylko niewinny przykład.


Etyka dziennikarska (?)

Polka, z którą przeprowadzono wywiad, umieszcza na swoim blogu sprostowanie, w którym wyjaśnia, że część jej wypowiedzi została zmieniona, a kilka wręcz zmyślono.
Nie dostała tekstu do autoryzacji.
Nie taki miał być jego wydźwięk.
Żeby było weselej – autorka artykułu nie miała podobno wpływu na jego ostateczny kształt – materiał został przerobiony bez jej wiedzy.


A jaki z tego morał?

Nie jestem dziennikarką, nie mam zamiaru rozpisywać się na temat etyki dziennikarskiej (coś takiego jeszcze chyba istnieje?).
Zaciskam więc zęby i przemilczam.

Zastanawia mnie tylko, czego może dowiedzieć się o Turcji z polskiej prasy przeciętny obywatel? Przeciętny, czyli – jak zakładam – wiedzący na temat Turcji niewiele.

Czytałam ostatnio o nielegalnych imigrantach udających się przez Turcję do krajów Unii, o morderstwach honorowych (temat powtarzany jak mantra), o byłych prostytutkach kandydujących w wyborach parlamentarnych (to było dawno), o AKP z Erdoğanem w roli głównej (to bardzo dawno) – większość zresztą z Wyborczej, tego samego autora.
Większość dobra (nawet, jeśli można zarzucić niektórym sensacyjny styl).

„Nie widać mnie”, artykuł pisany z innej perspektywy (Turcja oczami Polki mieszkającej tu od lat), w dodatku o tak intrygującym tytule (a każda z nas, Konstantynopoli… oraz zamieszkałych w innych tureckich zakątkach, wie dokładnie, co znaczy „nieobecny wzrok”, okulary na nos i szybki marsz przed siebie – w niektórych okolicach wręcz obowiązkowy… i bynajmniej nie twierdzę, że należy tego typu tematy przemilczać), obiecywał wiele…
Pozostał niestety niedosyt. Wzmocniony dodatkowo przez fakt przeinaczenia wypowiedzi, cięć i przeróbek tekstu…
Bo czyż nie byłoby milej przeczytać dłuższą, a przede wszystkim rzetelną relację z pięciogodzinnego aż (!) nagrania?

Mam nadzieję, że to nie ostatni tego typu artykuł.
Mam też nadzieję, że nie przesadziłam z narzekaniem na polską prasę;)

ps. Koleżance-Dziennikarce dziękujemy za cynk na temat reportażu:)

środa, 8 lipca 2009

TURCJA: audycja w RadioAktywne


Z przyjemnością informuję, że SKYLAR oraz Szwedzki Kucharz prowadzą dziś w RadiuAktywnym audycję "Dolmusz, czyli jazda po Turcji" (godz.23).

A to tylko na dobry początek...
Już teraz co środę o godzinie 23 można będzie słuchać w RadiuAktywnym opowieści o Turcji.

Proszę się zmobilizować!

Ja zamieniam się dziś w słuch:)



ps. a jutro biorę się wreszcie za pisanie...

piątek, 12 czerwca 2009

Gorączka stambulskiego lata

Burgazada. Wyspa Książęca No.2
Niebiesko-turkusowa
Wbrew pozorom – wcale nie bezludna




Napastnik z wyspy atakuje
Pytanie do znawców: czy czerwone mocniej parzą?




Suadiye
Jak widać nie tylko na Bağdad Caddesi trudno o miejsce parkingowe




Cudze chwalicie, a swego nie znacie
„A my nawet w centrum miasta fajne plaże mamy”
Pan z niebieskim ręczniczkiem słońca się nie boi
Suadiye również. Nieco bliżej portu Bostancı. Widok na wyspy




Kolorowe jarmarki. Blaszane zegarki
Bazar w Örtaköy
Zapraszamy w każdą niedzielę
Chętnych, jak widać, nie brakuje
Mimo cen…




Haydarpaşa i tysiące minaretów
Zachód słońca w centrum Kadıköy
Czas wracać do domu

wtorek, 2 czerwca 2009

Oda do Salı Pazarı

Co: Salı Pazarı, czyli bazar wtorkowy (największy w Stambule), który (a jakże!) ma miejsce również w piątki
Gdzie: Kadıköy
Jak dotrzeć: od „Byka” w lewo – podążać za strzałkami. Powrót po kilkugodzinnych zakupach wskazany taksówką…
Po co: po warzywa & owoce, spodnie & skarpetki, podróbki perfum po dwa złote & tłuczek do ziemniaków… po wszystko!





Salı Pazarı to nie jest zwykły bazar.

To widowisko.
Prawdziwy uliczny teatr.
Cenowe szaleństwo.
Uczta dla oka i spragnionego egzotyki ducha.
Raj dla masochistów lubujących się w poszturchiwaniach, pokrzykiwaniach i walce o tanie dobra konsumpcyjne (nie-masochiści w celu uniknięcia poszturchiwań powinni rozpocząć bazarową wyprawę jak najwcześniej).


To jednak przede wszystkim ciuchy H&M, Vero Moda, Topshop, Mango, Zara, po 2,5-10 lira (oczywiście oryginalne – z końcówek serii, ubrania z prawie niewidocznymi wadami fabrycznymi).
Dla bardziej wybrednych – znaleziona dziś przeze mnie koszulka Burberry kosztowała jedyne 20 lira (oczywiście, dobra jakościowo podróbka).

Tu targować się już po prostu nie wypada...


Na bazarze można ubrać się od stóp do głów (choć butów lepiej tu nie kupować).
Najeść do syta.
Kupić walizkę, ubranko na pralkę*, tudzież taki na przykład wałek (po który dziś się wybrałam i o zakupie którego zapomniałam).
Niektórzy rozważają nawet "podryw na Salı Pazarı". Ale to już inna historia...


Nic dodać, nic ująć: Salı Pazarı. Bazar doskonały.



* ubranko na pralkę to ozdoba materiałowo-koronkowa, która stanowi (zdaniem niektórych tureckich gospodyń domowych) efektowną dekorację, pełniąc przy tym niezwykle ważną funkcję praktyczną – zapobiega kurzeniu się obudowy pralki. zdjęcia własnej produkcji niestety (jeszcze) nie posiadam.


ps. podziękowania dla Agi, duchowego przewodnika po Salı Pazarı ;)

czwartek, 21 maja 2009

Alanya: mały raj turystyczny

… czyli ciąg dalszy ochów i achów naiwnej, zachwyconej turystki.

Dla wytrwałych.



Ale jak tu się nie zachwycać, skoro zachwyca? Na zdjęciu: plaża Kleopatry, pierwsi bladzi amatorzy słońca, gorący piasek. W tle: okręty pełne turystów




Atrakcje dzienne

Na początku trzeba wejść (opcja dla leniwych: wjechać) na wzgórze Kale, obowiązkowy punkt programu każdego szanującego się turysty. Ze wzgórza rozpościerają się widoki zapierające dech, a przynajmniej miłe dla oka.






Po Alanyi można oczywiście bez końca spacerować, pływać w turkusowej wodzie, wygrzewać się na słońcu oraz… jeździć na rowerze. Lokalne władze dbają najwyraźniej o tężyznę fizyczną mieszkańców i przejezdnych. Przechadzając się nadmorską promenadą napotkamy zgrupowania rowerów – chwytamy jeden, gnamy, póki starczy nam sił, następnie porzucamy pojazd w wyznaczonym miejscu, by mógł cieszyć się nim inny amator sportu. Mała lokalna inicjatywa, a cieszy. Rzecz nie do pomyślenia w Stambule.




Do atrakcji nadmorskich należy oczywiście łowienie ryb i innych stworzeń słonowodnych (na zdjęciu: stary człowiek i morze) …




… oraz rejs statkiem. Port aż pęka w szwach od ilości jachtów, łódek, łódeczek i niezliczonej ilości naganiaczy. Warto wybrać sprzęt i załogę wzbudzające zaufanie. Kapitan Serap kusił, zdrowy rozsądek podpowiadał jednak, że mógł to być rejs nie tyle udany, co ostatni…




Rozkoszowanie się urokami natury to także zachód słońca. Trudno o bardziej romantyczną scenerię sprzyjającą randkowaniu. W lewym dolnym rogu: para młodych alanijskich zakochanych, ukryta (nieudolnie) w ruinach czerwonej wieży.




Atrakcje nocne

Pamiętajmy, że Alanya to jednak przede wszystkim mekka nocnej, dyskotekowej, nastawionej na turystów rozrywki. Nawet przed sezonem może zakręcić się w głowie od dudniącej muzyki (zgadnijcie, jakiej), laserów i migoczących światełek portowych dyskotek. Aż strach pomyśleć, co będzie się działo za dwa miesiące!





ps. po tym wszystkim biuro ds. promocji miasta Alanya powinno mi coś zafundować ;)

wtorek, 19 maja 2009

Alanya is the best


Kontemplacja poczwórna. Widok ze wzgórza Kale



Tym oto optymistycznym tytułem rozpoczynam krótką, acz treściwą opowieść „Alanijska Majówka 2009”.


Wielu Turków (a ja wraz z nimi), udało się na wyczekiwany długi majowy weekend (19 maja przypada Gençlik ve Spor Bayramı, czyli święto młodzieży i sportu). Rozpoczęłam go dość wcześnie, bo już w czwartek rano stawiłam się na lotnisku z walizką pełną letnich sukienek, lekkich spódniczek (jak zwykle chodziłam tylko w jednej parze dżinsów), kostiumem kąpielowym (przydał się! woda po godzinie 18 wręcz gorąca), kremem do opalania (uwaga! tureckie słońce nawet w maju grzeje po czwartej, a zbrązowieć można od leżenia w cieniu – w końcu zaczęła docierać do mnie ta prawda), niestety, bez koła ratunkowego (przez letnie sukienki zabrakło miejsca w walizce).

Podekscytowana swoim pierwszym pobytem na Riwierze Tureckiej (dwa dni w Antalyi parę lata temu właściwie się nie liczą) ruszyłam do miasta egzotycznej roślinności, błękitnej wody, kiczowatych dyskotek i rozpusty: osławionej Alanyi. Turystycznego tureckiego raju.


(w tym miejscu chciałam serdecznie podziękować za gościnność drogiej SKYLAR, mistrzyni börka i przewodniczce/pilotce/rezydentce doskonałej)


Na wstępie muszę zaznaczyć, że wszystkie poniższe opisy, opinie i komentarze pisane są przez osobę przytłoczoną wielkim miastem – jego gwarem, korkami, natarczywością i pędem – która długo nie była na wakacjach. Urokliwa, zielona Alanya (bo wyrażenia „bezpretensjonalna” w przypadku tego komercyjnego miasteczka użyć chyba nie wypada) poruszyła moje naiwne, turystyczne serce do głębi…

Hmm hmm…



W gąszczu palemek

Pierwsze wrażenia nad wyraz oryginalne: palmy! Tu naprawdę są palmy! Setki, tysiące. Małe, duże, zgrabne, pokrzywione. Poutykane wszędzie, dosłownie wszędzie. Po tylu latach wreszcie poczułam się jak w „prawdziwej” Turcji. Choćby z tego powodu warto było tu przyjechać…

Soczysta zieleń, przestrzeń, temperatura powietrza (jeszcze nie za gorąco, a już przyjemnie ciepło), wody (idealna), słońce, widok morza i gór – wszystko to wprawiło mnie w doskonały, leniwy nastrój. Wreszcie poczułam się w Turcji turystką z prawdziwego zdarzenia! Ba, kupiłam nawet kilka kiczowatych gadżetów (koszmarne magnesiki na lodówkę i nad wyraz oryginalne pocztówki, z lat osiemdziesiątych rodem).



Pozorny święty spokój

Tego chyba najbardziej brakuje mi w dzikiej metropolii, jaką jest Stambuł. Wydawałoby się, że w takim właśnie miejscu warto mieszkać, a jednak… Po każdym pobycie „pod palmą” odbija mi palma. Mam ochotę wyprzedać wszystkie posiadane dobra i rozpocząć Nowe Życie – im bliżej ładnej plaży, tym lepiej. Wiem, typowa powakacyjna reakcja. Może jednak tym razem warto byłoby zastanowić się dłużej nad tym, czy życie w nadmorskim kurorcie to raj na ziemi czy przepełnione turystami piekło?



Yes, please!

Słyszałam i czytałam wiele na temat „kurortowych podrywaczy”, jednak ujrzenie na własne oczy kaleczących angielski tureckich lowelasów to inna historia… Pracownicy sezonowi, czyli sprzedawcy, kelnerzy, zaczęli już mozolną pracę. Sezon jeszcze nie w pełni, choć z dnia na dzień turystów przybywa. Trzeba zachęcać ich do kupowania wycieczek, pamiątek, kolacji w „najlepszej w mieście knajpie”.
I właśnie te „zachęcania” mogą zniechęcić nawet najbardziej zmotywowanych do osiedlenia się nad tureckim wybrzeżem Morza Śródziemnego…

Dwa tygodnie nieustannych nagabywań może nie dają się tak we znaki. Turyści takich zaczepek zresztą często oczekują, w końcu po to między innymi wyjechali na wakacje. Chcą wydać pieniądze, chcą być zapraszani do restauracji, przekonywani o wyższości dyskoteki X nad dyskoteką Y (tu na marginesie: polecam uroczy THE DOORS – przeboje znane i kochane, w nieco innym niż alanijskie dyskoteki klimacie – dla znudzonych klimatem alanijskich dyskotek właśnie).
A mieszańcy? Wolą jednak święty spokój na co dzień, a „yes, please, welcome”, tylko od święta. Na wakacjach w innej miejscowości.
Jak pozbyć się tej niedogodności? Opatrzeć się sprzedawcom? Zaprzyjaźnić z pracownikami sezonowymi? Może wtedy będą nam przysługiwać specjalne, nieturystyczne ceny… Wizja więcej niż kusząca.


O zaletach i wadach Alanyi, oraz więcej przemyśleń na temat życia pod palemką, już wkrótce.

piątek, 8 maja 2009

Hıdrellez komercyjnie

Pisałam KIEDYŚ o tym, że Hıdrellez to święto powitania wczesnego lata, dzień, w którym prorocy Hızır i Ilyas spotkali się na ziemi (Hızır + Ilyas = Hıdrellez).

Co roku na terenie całej Turcji (głównie centralnej Anatolii) odbywa się z tej okazji festiwal. Dwa lata temu, w Stambule (dzielnicy Ahırkapı), wyglądał on tak:



Tłum większy niż na Taksimie, grajkowie na każdym rogu, niesmowity klimat "świątecznie" oświetlonych, "cygańskich" uliczek biedoty (Hıdrellez, poza odniesieniami do religii, ma wiele wspólnego z cygańską tradycją)







Na takich symbolicznych "drzewkach" zaczepia się wstążki/karteczki/chusteczki z życzeniami. Podobno tej nocy muszą się one spełnić (sprawdzone i polecane!)




Domek oświetlony jak na święta. Mieszkańcy nie mieli chyba powodów do narzekań



W tym roku festiwal został przeniesiony z wąskich, urokliwych uliczek, do pobliskiego parku. Sponsorem był nie tylko Efes, ale również wszechobecna Coca Cola (drzewko życzeń miało wielki banner z jej logo! - tym razem swojej chusteczki nie zawiesiłam). Było miło, ale cała impreza straciła wiele ze swojego uroku. Wyglądała jak jeden z wielu zwykłych festiwali/koncertów. Dobrze, że przynajmniej nad wodą ;)
Przede wszystkim jednak (czego organizatorom nie wybaczę) nie można było dostać się do jedzenia, przez kolejki po "kupony" niemal rodem z PRL-u. Wyglądało to co najmniej ciekawie.
A każdy wie, że przegłodzony, żądny lokalnych potraw gość, to gość nieszczęśliwy.







poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Ładne kwiatki…

Wstyd!
Wstyd, a nawet hańba!

Kajam się, czerwienię i… reaktywuję bloga (nie siląc się nawet na wymyślanie ponad dwumiesięcznego alibi).




Na dobry, wiosenny początek, kolorowy wysyp zdjęć-pejzaży ze stambulskiego międzynarodowego festiwalu… tulipanowego! (związki turecko-tulipanowe w starym poście, TUTAJ).



Czwarty tulipanowy festiwal trwał niestety tylko tydzień (12-19 kwietnia).
Żywot tych pięknych, acz wątłych kwiatków dobiega powoli końca…

A takie oto widoki można było podziwiać w parku Emirgan w Sarıyer, w którym sadzi się co roku (z okazji festiwalu właśnie) tysiące (?!) tulipanowych cebulek.
To się nazywa satysfakcja z dobrze wykonanej roboty…!



Droga do pachnącego raju... Stanowczo NIE dla alergików!




Chciałoby się wskoczyć i wytarzać, prawda?




Aż kręci się w głowie




Kawiarnia idealna. W tle: Pawilon Żółty (w parku są również Biały i Różowy)




Nie mogło zabraknąć tulipanów sztucznych (czytaj: dzieł sztuki), które zdobiły rok temu ulice miasta. Zgromadzone w jednym kącie, tworzą teraz ciekawą wystawę na świeżym powietrzu




Trochę smutny. Ulubiony




Prywatne wyróżnienie: KO-BIE-TA



Pozowali mali...




... i całkiem duzi


Pachnąco pozdrawiam i pięknych wiosennych spacerów życzę!


ps. tak, tak, tulipany to moje ulubione kwiatki. żółte w szczególności.

wtorek, 3 lutego 2009

Obcy w Turcji. Akcja aklimatyzacja

Przyjeżdżasz do Stambułu. Nie masz koleżanek ani kolegów.
Psa sobie nie kupisz, bo tureccy sąsiedzi osiwieją i naślą na Ciebie służby porządkowe.
Masz dość wszechobecnego tureckiego, którego tak bardzo chciałeś/aś się na początku nauczyć.
Szlag trafia Cię na myśl o kolejnych miesiącach bezowocnego poszukiwania pracy.
Kiedy pracę w końcu dostajesz, do białej gorączki doprowadzają Cię tureccy współpracownicy. Bo szefa od początku szczerze nienawidzisz.
O pozwoleniu na pracę wolisz w ogóle nie myśleć.

Co wtedy?
Kto pomoże? Kto zrozumie? Kto doradzi?

Cudzoziemiec, który czuję się tak samo paskudnie!


Tonący rodaka się chwyta

Forum POLONIA W TURCJI to miejsce, od którego trzeba zacząć.
Polki z czterech stron Turcji radzą, dyskutują, wymieniają się doświadczeniami lub po prostu plotkują. Moderatorka zaprasza na "wirtualną kawkę po turecku". Zaproszenie należy przyjąć i od czasu do czasu na forum zaglądać. Panów tu niewielu, ale są mile widziani nie mniej niż Panie!


Międzynarodowa mieszkanka towarzyska

Jeśli interesuje nas nawiązanie znajomości międzynarodowych i systematyczne, zorganizowane spotkania różnych grup tematycznych (to opcja dla szczęśliwych posiadaczy czasu wolnego!), możemy przyłączyć się do INTERNATIONAL WOMEN OF ISTANBUL (tu już ewidentnie zapraszana jest tylko płeć piękna). Ponad 600 kobiet 56 różnych narodowości (jak przeczytać można na stronie) spotyka się regularnie, by pogadać o dzieciach (Mums n' Kids), sztuce (Art Lovers of Istanbul), pracy (International Professional Women of Istanbul Network) i wielu innych sprawach.


Merhaba!

Zajrzeć należy też na pewno na MyMerhaba. Poza masą praktycznych informacji dowiemy się stąd na przykład, że Andy z Izmiru lubi nurkować w Bodrum, a Amanda szydełkuje w Bursie. Na stronie może znaleźć się wywiad także z Tobą! Nie zwlekaj więc i wypełnij formularz!

niedziela, 25 stycznia 2009

Kuzguncuk

Co? Kuzguncuk
Gdzie? Między Üsküdar a Beylerbeyi
Po co? Niesamowite, zabytkowe drewniane domy (wiele odrestaurowanych!), dwie synagogi, dwa kościoły: Ormiański (tuż obok meczetu) i Grekokatolicki, oraz cmentarz żydowski
Jak się tam dostać? Najłatwiej dolmuszem z azjatyckiego Üsküdar w kierunku Beylerbeyi i Çengelköy (z Europy: najpierw promem z Beşiktaş, Kabataş lub Karaköy do Üsküdar)


Koniec z opowieściami o pracy i fotkami z biura!
Oto uczta dla oczu. Dwadzieścia zdjęć z urokliwego Kuzguncuk, dawnego miejsca zamieszkania mniejszości żydowskiej po azjatyckiej stronie Stambułu (w Europie Żydzi zamieszkiwali głównie Balat, stanowiący część tzw. Złotego Rogu).

W tej malowniczej okolicy nakręcono wiele tureckich seriali (niektóre uliczki noszą nawet ich nazwy!). Dziś natknęłam się tylko na interesującą sesję fotograficzną - Turczynka z kotem i mnóstwo panów pstrykających im fotki.


Muszę przyznać, że dawno już żadne miejsce w Stambule nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. Ci nieliczni, którzy znają moją słabość do stylu ŚWIDERMAJER, zrozumieją to od razu, patrząc na zdjęcia domków poniżej. Mimo, że porównywanie obu stylów to pewnie olbrzmie architektoniczne faux pas, upieram się, że pewne podobieństwo jest.
Niestety, drewniana architektura otwocka niszczeje, domy w Kuzguncuk są natomiast coraz częściej restaurowane. Cieszy to tymbardziej, że Turcy o zabytki raczej nie dbają. Niszczejące budynki Beyoğlu to niesamowicie smutny i szokujący dla turystów widok. Rola Stolicy Kultury 2010 wymaga jednak od Stambułu pewnego "odświeżenia" wizerunku, dlatego nawet okolice placu Taksim szykują się do remontu generalnego.
Kuzguncuk renowacji chyba nie potrzebuje...


Migoczące w oddali światełko w tunelu to Bosfor


Ciekawy akcent (do którego nie udało się dostać - ZAMKNIĘTE)


Wąska, wybrukowana, kolorowa. Jedna z wielu.


W prawym dolnym rogu - szczęśliwa mieszkanka Kuzguncuk (z rozwianym tlenionym włosem) uśmiecha się do kamery


Kot spasiony na domowym żarciu (Ev Yemekleri)



***

A teraz uczta architektoniczna...

Apetyczny domek malinowy


Truskawkowy domek właściciela garbuska


Tęczowa mieszanka - posesja niewątpliwie ekstrawagancka kolorystycznie


Domek - landrynka


Szykowny balkonik. Miejsce idealne na mini-jadalnię


Trzy cukierki, a tuż obok - (jeszcze) obskurnie


Układanka


Ten miał ciekawe ornamenty


A ten ładnie ozdobiony balkonik


Żółty domek dla pesymistów


Jeden z faworytów


I zdecydowani ulubieńcy


Zajrzyjmy jeszcze komuś w okno


I wdepnijmy w gościnne progi


A tu mieszka pewnie jakaś lokalna osobliwość (szyldu nie było, więc to nie knajpa.. chyba, że lokal dla wybranych Kuzguncukowian)


ps. nie, nie przeprowadzam się. mimo wszystko daleko od "cywilizacji", a raczej Europy i korporacji. mała drewniana willa jako letnia działka byłaby jednak mile widziana, prawda? ;)