niedziela, 21 września 2008

pozwolenie na pracę w Turcji




Jakiś czas temu czytałam w tureckiej prasie, że legalnie zatrudnieni cudzoziemcy stanowią zaledwie 10% wszystkich pracujących w Turcji yabancı. Są to ponoć głównie pracownicy naukowi zatrudnieni na prywatnych uniwersytetach (strzelam, że prawie wszyscy uczą angielskiego).

Nauczyciele języków obcych zatrudniani w szkołach językowych, prywatnych podstawówkach, etc. pracują natomiast w Turcji nielegalnie (prawie wszyscy, a przynajmniej przytłaczająca ich większość). Załatwiają sobie pozwolenie na pobyt (sami albo poprzez pracodawcę) lub kursują co trzy miesiące do Grecji/Bułgarii (większość cudzoziemców uczących angielskiego ma wizy 3-miesięczne) na małe, przymusowe wakacje (o tym tutaj).
To już nie z prasy, a z życia wzięte.

Pracodawcom tureckim nie chce się zatrudniać cudzoziemców, bo za dużo z tym zachodu. Biurokratycznego i finansowego.

Nie dajmy się jednak zastraszyć.



Najłatwiej jest znaleźć pracę w Turcji osobom… znającym turecki.
Ha ha.
Jeśli tureckim nie władamy biegle (przez nasze lenistwo po prostu, banalny to wszakże język), podkreślmy w CV, jak wiele innych języków obcych znamy. Pracodawca doceni i uwierzy, że turecki podchwycimy raz-dwa (a to, że się potem rozczaruje…do tego czasu znajdziemy nową pracę).

Jeśli udało nam się znaleźć ofiarę (tureckiego pracodawcę, który zechce nas zatrudnić), przystępujemy do ubiegania się o pozwolenie na pracę w Turcji. A wygląda to (w teorii) tak…



Work permit, czyli Çalışma izni

Firma, której na nas zależy (a zależeć musi bardzo, skoro postanowiła bawić się z naszego powodu w biurokratyczne gierki), pisze tzn. dilekçe, czyli wniosek o pozwolenie na pracę w Turcji. Trzeba w nim podkreślić, jak bardzo jesteśmy firmie (w szczególności) i gospodarce tureckiej (ogólnie) potrzebni. A jak bardzo jesteśmy potrzebni? Do tego stopnia, że nie można było na nasze miejsce znaleźć odpowiednio wykwalifikowanego obywatela tureckiego. Jesteśmy więc nie tyle potrzebni, co NIEZBĘDNI. To ważne. Naprawdę ważne. Z dilekçe trzeba się postarać. A raczej przycisnąć pracodawcę, żeby się postarał.

Jeśli w czasie starania się o pozwolenie na pracę mieszkamy w Turcji, potrzebny nam jest również ikamet (pozwolenie na pobyt), ważny przez kolejne sześć miesięcy (licząc od daty składania wniosku o pozwolenie na pracę). Kserujemy stronę ze zdjęciem i datą ważności ikametu.

Musimy także wybrać się do tłumacza przysięgłego, który zajmie się naszym paszportem i
dyplomem ukończenia studiów. Następnym krokiem będzie wizyta u notariusza, który przetłumaczone papierki zatwierdzi.

Ze strony www.yabancicalismaizni.gov.tr ściągamy natomiast CV oraz aplikację (aplikacja razy cztery), które wypełniamy my, a częściowo także nasz przyszły pracodawca. Dołączamy zdjęcia. Aktualne. Jakżeby inaczej.

(dla zainteresowanych: wszystkie informacje na temat pozwolenia na pracę w języku polskim znaleźć można na przykład tu. a po angielsku tutaj)



Tyle formalności.

Teoria teorią, a poza tym…

Wszystkie papiery załatwiałam sama. Wysłaniem ich do Ankary zajął się już mój pracodawca, a – jak dowiedziałam się ostatnio – główny księgowy firmy czuwa nad całym ‘procesem’ (który wlecze się trzeci miesiąc – ponoć i tak niedługo…). Firma nie wynajęła prawnika (zrobił tak pracodawca znajomej) ani żadnej firmy, która zajęłaby się załatwieniem i wypełnieniem papierów (zaproponowano to innej znajomej, żądając makabrycznej sumy – wersja chyba tylko dla mega zapracowanych i z nadmiarem oszczędności albo hojnym pracodawcą).

Dowiedziałam się, że księgowy ‘czuwa’ dopiero, gdy kilka dni temu poinformowano go o nowych dokumentach, które muszę dostarczyć. Zajęłam się nimi w tym tygodniu, zatem radośnie oświadczam: zażądano notarialnego poświadczenia dyplomu studiów 4-letnich (?!) oraz notarialnego potwierdzenia ikametu (kserokopia jak widać w moim wypadku nie wystarczyła – czyżbym wyszła nieładnie na zdjęciu?). Ponieważ po czterech latach studiów nie dostałam żadnego dyplomu (a tak sprawy edukacyjne mają się w Turcji), musiałam męczyć sekretariat mojego wydziału i prosić o kolejne wspaniałe zaświadczenie. Mimo usilnych starań i podkreślaniu wielokrotnie, jak ważny jest fragment ‘instytut nie wydaje dyplomu po 4 latach studiów’, nie został on zamieszczony w moim podaniu. Czekam zatem z niecierpliwością na kolejne wieści z Ankary i ‘uprzejmą prośbę o dostarczenie kolejnego formularza’. Może tym razem poproszę o szablon…

Właśnie uświadomiłam sobie, jak trudna jest praca księgowego…

Bo że żmudna, to się domyślałam.



ps. a tutaj artykuł koleżanki o pracy w Turcji jako freelacer

6 komentarzy:

4emkaa pisze...

eeeeeyyyyyy....koszmar?????
jeszcze nie przeczytałam artykułu...
W Warszawie non-stop pada. A ja jestem chora więc podziwiam świat z za szyb mojego m ...
Trzymam kciuki i wracam do nauki :) Buziale Magdziol

mor cadı pisze...

geçmiş olsun w takim razie!

no, ale podczas deszczu można bezkarnie pić grzane wino. i na przeziębienie dobre!
albo sahlep;)

4emkaa pisze...

Dzięki, dziś wylazałam ... poroza życia, jedzenie się skończyło... ale przynajmniej padać przestało :)
pozdrawiam zasmarkanie Madziol

agrafka pisze...

kochana! jak tys sie ostatnio rozpisala!
tesknie,tesknie,tesknie.....
:-**********

Anonimowy pisze...

Pozdrowienia ze Stambułu dla koleżanki po fachu (jak sądzę). Jeśli będzie okazja, zapraszam na kawę/herbatę.

mor cadı pisze...

ja też tęsknię kochana emigrantko :*

od anonimowego gościa zaproszenie przyjmuję, na e-mail details please;)

blogspot chyba na dobre odblokowany, zaraz coś napiszę