poniedziałek, 29 grudnia 2008

Świąteczno-biurowe klimaty


Odrobina dekoratorskiego zapału i można poczuć w pracy, że są Święta...



Miały być Mikołaje wdrapujące się na palmy, i co?
I nawet palmy nie ma.

Ambitnie spakowałam dziś do torebki aparat. Miałam ruszyć na wyprawę pod tytułem „Poszukiwanie Świąt w Stambule”, tymczasem skończyło się na pstrykaniu zdjęć w pracy.

Takie oto kwiatki zastałam dziś na swoim biurku. Już myślałam, że to Jarzębina Pożegnalna („zwalniają mnie? za co?! przecież pracowałam w Święta!”), kiedy to ujrzałam doczepione do urokliwego badylka wzruszające noworoczne życzenia:



Niespodzianek był to zaledwie początek. Po chwili wbiegł nasz mega energiczny jak zwykle office boy (tak się go tu nazywa…) i porozrzucał wokół balony (przywłaszczyłam sobie różowy):



Po kolorowej balonowej uczcie dla oczu nadszedł czas na strawę dla ducha. Dostaliśmy w prezencie film dokumentalny (minut siedemdziesiąt) o pierwszej tureckiej fabryce produkującej samoloty (jeśli dobrze wyczytałam z opakowania, bo – o dziwo?! – jeszcze nie obejrzałam. po seansie domowym dam znać, cóż to za produkcja – samolotowa i filmowa).

Abyście jednak, Moi Drodzy, nie obawiali się, że życie moje ogranicza się już tylko do tego typu atrakcji wątpliwej urody, wybiorę się na foto polowanie wkrótce, co oznacza prawdopodobnie noworoczny czwartek, a przy wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach – najbliższy weekend. Dziś plany moje pokrzyżował śnieg (i to jaki! być może coś z niego do jutra zostanie, na razie topnieje systematycznie, zanim jeszcze dotknie powierzchni ziemi – plucha takowa jest tutaj bowiem szumnie nazywana śniegiem). Korki tworzą się jednak niesamowite. Moje standardowe 45 minut zamieniło się dziś w półtora godzinny powrót do domu.

Umordowana wybitnie chciałabym jeszcze (ze sporym opóźnieniem co prawda) napomknąć o artykule, który ukazał się w Wigilię w angielskim wydaniu gazety Hürriyet (dotychczas Turkish Daily News, a po wykupieniu przez Hürriyet – Hürriyet Daily News właśnie). Mamy bowiem w Stambule polską dziennikarkę, która co jakiś czas o naszym kraju na łamach tej gazety nieco wspomina (pamiętam tylko artykuł o Polonezköy i wywiad z Anną Marią Jopek, choć to na pewno nie wszystko). 24 grudnia Turcy mogli dowiedzieć się szczegółów na temat specyfiki polskiej Wigilii:


Artykuł tu: http://www.hurriyet.com.tr/english/lifestyle/10631053.asp



To oczywiście dla nielicznych wtajemniczonych, którzy wiedzą, że Świąt nie obchodzi się 31 grudnia.

Wtajemniczeni się jednak zdarzają. 25 grudnia dostałam turecko-świąteczną kartkę od dyrektor ds. marketingu z życzeniami i takim oto "okolicznościowym" obrazkiem:



Niech Was także Oko Proroka chroni w Nowym Roku :)

niedziela, 21 grudnia 2008

Święta w Turcji. Odsłona druga (ekscytująca wyprawa do centrum handlowego)

Dziś trochę prywaty.

Jestem po bardzo sprawnie zrealizowanych (i z tego powodu bardzo udanych) zakupach świątecznych. W niezwykle krótkim czasie udało mi się bowiem:
- zakupić drzewko w doniczce, metr z kawałkiem wysokości, żywe, rześkie i radosne (po świętach wyląduje w ogródku albo stanie się darowizną dla pobliskiego parku),
- nabyć ozdoby świąteczne za sumę przyzwoitą (miałam obawy, że będzie drożej niż w Polsce),
- nacieszyć oczy dekoracjami świątecznymi, w szczególności sklonowanymi Mikołajami wdrapującymi się na ozdobione bombkami palmy w centrum handlowym,
- pobić rekord czasowy w zakupach prezentów (co roku wychodzi mi to coraz lepiej).

Jedynie lampek na choinkę brak (Carrefour'owe nie przypadły mi do gustu).
Potraw świątecznych też, ale będę jakieś namiastki oraz Wigilia u znajomych - a tam PRAWDZIWY barszcz, ryba i takie tam.
Wszystko idzie więc zgodnie z planem.


***

Przeczytałam dziś w gazecie, że sklep odzieżowy Vakko był pierwszym w Stambule (i pewnie w całej Turcji) , który w latach 80-tych ośmielił się ozdobić swoje witryny dekoracjami świątecznymi. Było to na ulicy Istiklal, czyli "zdemoralizowanym" Beyoglu, po europejskiej stronie miasta. Podobno właściciel naraził się tym konserwatywnym muzułmanom. Na krótko jednak, bo pomysł podchwyciły inne firmy i od tego czasu Istiklal (a potem cały Stambuł...) jest udekorowany przed świętami niczym stolice europejskie.
No, tylko te palmy wlasnie...

środa, 17 grudnia 2008

Święta w Turcji. Odsłona pierwsza (na tydzień przed...)

Hoł hoł hoł...


Świąt Bożego Narodzenia się w Turcji nie obchodzi.
Ale atmosfera świąteczna będzie.
A dlaczego?
A bo obchodzony będzie Nowy Rok! Na wzór i podobieństwo Świąt.

Pierwszą turecką choinkę widziałam w Kayseri, juz (jeszcze?) w połowie października. Upiększała jedną z restauracji, którą odwiedziłam w czasie Ramazanu – muzułmańskiego postu (a w Kayseri pości się z większą determinacją niż w większości tureckich miast, uwierzcie mi..). Choinka była malutka, sztuczna, wisiał na niej jakiś łańcuch i zmarniały Święty Mikołaj. Taka ogólnie niewyględna. Do tego stała w kącie. Moje zdumienie (“A co to to? A dlaczego tu? A dlaczego teraz? A co wy w ogóle.. Święta obchodzicie?!”) znajomy (niektórzy pamiętają kolegę o imieniu Ali... Alego Silnego.. i niezbyt rozumnego) zaśmiał się tylko, po czym wyjaśnił niewtajemniczonemu polskiemu dziewczęciu – “no tak, obchodzimy Święta, czyli Nowy Rok”.

(wdzięki uwiecznionej trzy lata temu choinki na zdjęciu powyżej)

Teraz nie dziwi mnie już nic.
Ani to, ze tureckie centra handlowe zasypane będą dekoracjami nawet hojniej niż niektóre sklepy w Polsce.
Ani to, ze niektórzy dają tu sobie jako “prezenty noworoczne” dekoracje choinkowe, przekonani święcie, ze taki jest zwyczaj w krajach chrześcijańskich.

Dowiedziałam się dziś, ze w ubiegłym roku drzewko przystrojono także w mojej firmie. Po dziesięciodniowej przerwie z okazji obchodzonego tu Święta Ofiarowania wolnego oczywiście nie uświadczę (a i owszem, pracuję jeszcze, choć od miesiąca deklaruję zawzięcie, ze rzucam). Może zaśpiewają mi Jingle Bells? A może to ja zostanę zmuszona zaśpiewać...

Będę świątecznie węszyć dalej...


ps. w następnym poście o poszukiwaniu drzewka idealnego, czyli jak znaleźć: żywą, tanią, i ładną choinkę. do tego w doniczce. muszę jak najszybciej posiąść tą wiedzę tajemną...ktoś reflektuje?

niedziela, 23 listopada 2008

cztery strony Turcji

Odkurzone stare pliki z baaardzo starymi zdjęciami.
W ramach rozmyślań o tym, jak bardzo Turcja jest różnorodna.


Antalya. Nie jest źle


Baglama & Adana. Cóż to była za wieczór. Adana kebap w roli głównej


Rejs wzdłuż Cypru. Raj dla duszy. Wyzwanie dla żołądka


Miejsce Wodza. Mauzoleum Ataturka w Ankarze


Knajpa w Gaziantep, "Stambule Wschodu"


Sanli Urfa. Miasto natchnione...


... a w nim simitki...


...i Pan-Samowar


Wzgórze Nemrut o wschodzie słońca


Wioska niedaleko Adiyaman


Kahta


Kapadocja zimą najlepsza


Prawdziwe manti. Wykonane przez turecką specjalistkę. Kayseri


Konya. Grobowiec Mevlany


Trabzon - miasto


Trabzon - okolice. TEN meczet nad TYM jeziorem. Klimat jak z ponurej baśni


I Stambuł...
Centrum Kadikoy, strona azjatycka


ps. straszyli od kilku dni, że dziś do Stambułu zawita ŚNIEG (ostatni tydzień pod znakiem deszczu, niestety...). Oznajmiłam więc w pracy, że w niedzielę PEŁNE słońce (było, było!) ku uciesze i powątpiewaniu wszystkich. Trzeba było się założyć! O dodatkowy tydzień wolnego na przykład...

sobota, 22 listopada 2008

piekło_niebo

Piekło czy Niebo? Oto jest pytanie




Natchnięta lekturą forum dla Polonii tureckiej, a konkretnie pewnym wątkiem, postanowiłam wspomnieć dwa słowa na temat radości i/lub męki przebywania w kraju dwóch kontynentów – Turcji.

Co jakiś czas pojawia się na wspomnianym forum wątek lub wypowiedź autorstwa skrajnie niezadowolonej z mieszkania w tym kraju polskiej niewiasty. Polek piszących na forum jest spore grono. Czasem ktoś zapyta o przepis na baklawę. Innym razem o tanie połączenia do Polski, załatwianie wiz i pozwoleń na pracę, czy pogodę w Antalyi w miesiącu styczniu. Tematy z serii bardziej „prywatnych” poruszane są również i tu dyskusja może potoczyć się w dowolnym kierunku… Zwykle są to pytania/rady dotyczące związków mieszanych, trudności z aklimatyzacją w Turcji, przyjaźni z Turczynkami (możliwa czy niemożliwa? oto jest pytanie. również).

Ostatnio niektóre z Pań zaszalały i wylały trochę żółci. Przy tej okazji naiwne młode dziewczęta zafascynowane słoneczną Antalyą (celowo piszę z przekąsem, a dlaczego, o tym zaraz) miały okazję dowiedzieć się, że w Turcji:
- trzepie się dywany na balkonach syfiąc w ten sposób przybytek sąsiadów z niższych pięter;
- wylewa pomyje z okien;
- odwiedza znajomych i rodzinę bez zapowiedzi, siedzi do oporu w oparach papierosowego dymu i plotkuje, plotkuje, plotkuje.

I te de i te pe.

Pytam ja tylko – GDZIE ?

Jestem za pisaniem o WSZYSTKIM, jednak na PEWNYM poziomie, dlatego nie podoba mi się nie to, jakim dyskusja poszła torem, ale w jaki sposób niektóre osoby zaczęły na siebie bezpardonowo najeżdżać (zazwyczaj miło czyta się to forum, bo jego uczestniczki przeczą stereotypowi skłóconej polskiej emigracji).
Mniejsza jednak o to.
To, do jakiego stopnia pewne osoby są w tym kraju nieszczęśliwe, sprawiło, że zadałam sobie pytanie, jak to z tą turecką polonią jest naprawdę? Że właściwie nic o Polkach w Turcji nie wiem.

Poznałam tylko te, które są tu z wyboru (nie tylko dlatego, że z tego kraju pochodzi ich mąż, także dlatego, że lubią tu mieszkać, a nawet te niezamężne, które mają jakiegoś dziwnego tureckiego świra, znalazły tu pracę i sobie przyjemnie egzystują – może na krócej, może na dłużej, może na stałe…). Poznałam tylko Polki za Stambułu. Przez ostatnie (prawie) dwa lata nie wyściubiłam nosa z tego miasta.
Ile Polek żyje na wschodzie Turcji? W małych tureckich wioskach? Co tam robią? Jak się tam czują? Nic a nic nie wiem. To znaczy wiem trochę, z polonijnego forum…

W Stambule można żyć bardzo wygodnie, można też dostawać codziennie palpitacji serca.
Kiedy znudziło mi się w końcu mieszkanie parę metrów od Taksimu, przeniosłam się w bardziej zieloną/spokojną, jakby to Turcy powiedzieli „rodzinną okolicę”. Starość nie radość, imprezy sporadyczne, a okolice Taksimu bardzo, bardzo specyficzne. Kilkaset metrów od głównej ulicy placu – Tarlabasi, ulice raczej nieciekawe, spacer wieczorową porą gorąco nie polecany. Moja praca – pięć minut od centrum handlowego i jednego z setek stambulskich Starbucksów (sieć Starbucks w Turcji to osobny temat…) – zupełnie inny świat. W ciągu dnia jest tylko MAKABRYCZNIE BRZYDKO, nocą już pewnie trochę ładniej (zbawienna ciemność), na pewno nie niebezpiecznie, ale zupełnie inaczej niż w zatłoczonym, tętniącym życiem centrum.
Slumsy oddalone zaledwie o parę ulic od ekskluzywnych restauracji – to zdecydowanie odróżnia Turcję od o niebo mniej zróżnicowanej Polski. O niebooo.
Można więc sobie niemałe piekło zafundować, jeśli się w nieciekawe okolice „wżeni”/trafi/skręci. Stąd ta ironiczna uwaga o „naiwnych niewiastach zauroczonych gorącą Antalyą” (wątek przewijający się co jakiś czas w dyskusjach na forum).

Zresztą, trzeba forum poczytać, żeby zrozumieć, co ja sobie tu dziś wypisuję.
Bo po co – sama nie wiem.
Chyba cieszy mnie weekend, czas wolny i świeżo odmalowane mieszkanie. Mogę wreszcie odkurzyć zaniedbanego bloga! Bo domek dawno już odkurzony.

środa, 29 października 2008

red & white

29 października, czyli święto utworzenia Republiki.

Chłopcy i dziewczęta, nacieszmy oczęta...


Zaplątana w chaszczach...


Jabłka czereśnie flagi arbuzy


Para patriotyczna


Mały biały domek. Przyprawiony


Dzieci też świętują


Nietypowy, waleczny


Flagi sprzedam tanio



ps. trochę a propos, trochę nie a propos - dwa słowa odnośnie sprawy wspomnianej przez koleżankę ze słonecznej Alanyi. zablokowali parę dni temu blogspota. w Turcji. wchodzę na bloga wspomnianej koleżanki, a tu nakaz sądu z Diyarbakir. sprawdzam szanownego bloga swego - to samo. już myślałam, że usuwają wszystkie "podejrzane" strony cudzoziemców piszących coś tam o Turcji w swych dziwnych językach (no dobrze, wcale tak nie pomyślałam, ale byłoby ciekawie, nieprawdaż?), kiedy to okazało się, że zamknięto blogspota, bo niektórzy blogujący-piraci zmieszczali (naturalnie nielegalnie) mecze piłki nożnej emitowane przez... kanał Digiturk. Digiturk się wkurzył. tak więc nie o wolność słowa chodziło (nie tym razem), a piractwo okrutne. niektórzy na znak protestu rezygnują podobno z usług Digiturk. podobno.

niedziela, 21 września 2008

pozwolenie na pracę w Turcji




Jakiś czas temu czytałam w tureckiej prasie, że legalnie zatrudnieni cudzoziemcy stanowią zaledwie 10% wszystkich pracujących w Turcji yabancı. Są to ponoć głównie pracownicy naukowi zatrudnieni na prywatnych uniwersytetach (strzelam, że prawie wszyscy uczą angielskiego).

Nauczyciele języków obcych zatrudniani w szkołach językowych, prywatnych podstawówkach, etc. pracują natomiast w Turcji nielegalnie (prawie wszyscy, a przynajmniej przytłaczająca ich większość). Załatwiają sobie pozwolenie na pobyt (sami albo poprzez pracodawcę) lub kursują co trzy miesiące do Grecji/Bułgarii (większość cudzoziemców uczących angielskiego ma wizy 3-miesięczne) na małe, przymusowe wakacje (o tym tutaj).
To już nie z prasy, a z życia wzięte.

Pracodawcom tureckim nie chce się zatrudniać cudzoziemców, bo za dużo z tym zachodu. Biurokratycznego i finansowego.

Nie dajmy się jednak zastraszyć.



Najłatwiej jest znaleźć pracę w Turcji osobom… znającym turecki.
Ha ha.
Jeśli tureckim nie władamy biegle (przez nasze lenistwo po prostu, banalny to wszakże język), podkreślmy w CV, jak wiele innych języków obcych znamy. Pracodawca doceni i uwierzy, że turecki podchwycimy raz-dwa (a to, że się potem rozczaruje…do tego czasu znajdziemy nową pracę).

Jeśli udało nam się znaleźć ofiarę (tureckiego pracodawcę, który zechce nas zatrudnić), przystępujemy do ubiegania się o pozwolenie na pracę w Turcji. A wygląda to (w teorii) tak…



Work permit, czyli Çalışma izni

Firma, której na nas zależy (a zależeć musi bardzo, skoro postanowiła bawić się z naszego powodu w biurokratyczne gierki), pisze tzn. dilekçe, czyli wniosek o pozwolenie na pracę w Turcji. Trzeba w nim podkreślić, jak bardzo jesteśmy firmie (w szczególności) i gospodarce tureckiej (ogólnie) potrzebni. A jak bardzo jesteśmy potrzebni? Do tego stopnia, że nie można było na nasze miejsce znaleźć odpowiednio wykwalifikowanego obywatela tureckiego. Jesteśmy więc nie tyle potrzebni, co NIEZBĘDNI. To ważne. Naprawdę ważne. Z dilekçe trzeba się postarać. A raczej przycisnąć pracodawcę, żeby się postarał.

Jeśli w czasie starania się o pozwolenie na pracę mieszkamy w Turcji, potrzebny nam jest również ikamet (pozwolenie na pobyt), ważny przez kolejne sześć miesięcy (licząc od daty składania wniosku o pozwolenie na pracę). Kserujemy stronę ze zdjęciem i datą ważności ikametu.

Musimy także wybrać się do tłumacza przysięgłego, który zajmie się naszym paszportem i
dyplomem ukończenia studiów. Następnym krokiem będzie wizyta u notariusza, który przetłumaczone papierki zatwierdzi.

Ze strony www.yabancicalismaizni.gov.tr ściągamy natomiast CV oraz aplikację (aplikacja razy cztery), które wypełniamy my, a częściowo także nasz przyszły pracodawca. Dołączamy zdjęcia. Aktualne. Jakżeby inaczej.

(dla zainteresowanych: wszystkie informacje na temat pozwolenia na pracę w języku polskim znaleźć można na przykład tu. a po angielsku tutaj)



Tyle formalności.

Teoria teorią, a poza tym…

Wszystkie papiery załatwiałam sama. Wysłaniem ich do Ankary zajął się już mój pracodawca, a – jak dowiedziałam się ostatnio – główny księgowy firmy czuwa nad całym ‘procesem’ (który wlecze się trzeci miesiąc – ponoć i tak niedługo…). Firma nie wynajęła prawnika (zrobił tak pracodawca znajomej) ani żadnej firmy, która zajęłaby się załatwieniem i wypełnieniem papierów (zaproponowano to innej znajomej, żądając makabrycznej sumy – wersja chyba tylko dla mega zapracowanych i z nadmiarem oszczędności albo hojnym pracodawcą).

Dowiedziałam się, że księgowy ‘czuwa’ dopiero, gdy kilka dni temu poinformowano go o nowych dokumentach, które muszę dostarczyć. Zajęłam się nimi w tym tygodniu, zatem radośnie oświadczam: zażądano notarialnego poświadczenia dyplomu studiów 4-letnich (?!) oraz notarialnego potwierdzenia ikametu (kserokopia jak widać w moim wypadku nie wystarczyła – czyżbym wyszła nieładnie na zdjęciu?). Ponieważ po czterech latach studiów nie dostałam żadnego dyplomu (a tak sprawy edukacyjne mają się w Turcji), musiałam męczyć sekretariat mojego wydziału i prosić o kolejne wspaniałe zaświadczenie. Mimo usilnych starań i podkreślaniu wielokrotnie, jak ważny jest fragment ‘instytut nie wydaje dyplomu po 4 latach studiów’, nie został on zamieszczony w moim podaniu. Czekam zatem z niecierpliwością na kolejne wieści z Ankary i ‘uprzejmą prośbę o dostarczenie kolejnego formularza’. Może tym razem poproszę o szablon…

Właśnie uświadomiłam sobie, jak trudna jest praca księgowego…

Bo że żmudna, to się domyślałam.



ps. a tutaj artykuł koleżanki o pracy w Turcji jako freelacer

czwartek, 18 września 2008

masmavi. a poza tym pytania, obrządki, obyczaje, w takim trochę bałaganie


Zdałam sobie sprawę z tego, że zawsze, ale to zawsze będę postrzegana w Turcji jako PRZYBYSZ. Dopiero co osiadły. Świeżo importowany. Po europejsku niewinny i po turecku nie uformowany.


Siedzę tu od miesięcy, a słyszę zwykle (i słyszeć będę po wieki) te same pytania (pisząc to zdałam sobie sprawę, że minęło już pół roku 2008... po czym - ups, uświadomiłam sobie, że zaraz październik, a Sylwester właściwie chwilę potem.. mój kalendarz jak zwykle zapełniony na pierwszych stronach, tylko na tyle starcza mi energii. choć muszę przyznać, że w tym roku dobrnęłam aż do marca włącznie).

To w zasadzie oczywiste, cudzoziemców wypytuje się o podobne rzeczy w podobny sposób wszędzie.


Ale dlaczego zawsze:

Czy byłam już w Antalyi? (zaczynam o wszystkich tureckich podróżach, zanudzając rozmówcę)
Czy lubię tureckie jedzenie? (tu też się nie ograniczam)
Czy mam tu znajomych (ku zdziwieniu wszystkich oznajmiam, że dużo jest w Stambule cudzoziemców - wcale nie wakacyjnych turystów; wiele osób - szczególnie "opiekuńczych mężczyzn" zakłada, że skoro jestem tu SAMA - bo przecież bez RODZINY czy choćby MĘŻA - muszę być okrrropnie samotna. okrrropnie się wtedy z nimi nie zgadzam).

Najczęściej okazuje się (i wcale się nie chwalę), że znam Stambuł lepiej niż większość poznanych Turków, nie wspominając o odwiedzonych przeze mnie tureckich miastach (dla sporego grona Turków symboliczną granicę stanowi środek kraju - chyba, że akurat pochodzą z regionów położonych jeszcze bardziej na wschód).

Pyta się mnie często
- o religię (tak, to jedno z pierwszych pytań z serii "opowiedz mi o Polsce"),
- o więzy rodzinne (czy jesteśmy uczuciowi jak Turcy, czy oziębli i oschli jak północ Europy - upraszczając)
- i... o polskie jedzenie (i znów wizja chleba z żółtym serem, muszę szybko zmienić temat...)

Ostatnio sporo także na temat stosunku Polaków do małżeństwa.
Koleżanka z pracy wychodzi wkrótce za mąż, więc szykuje się od miesięcy (rety, jak ona się szykuje...). I jakoś tak monotematycznie się w tej pracy zrobiło.
Kolega opowiadał z kolei, gdzie ma zamiar urządzić swoje wesele. Z tego, co się orientuję, nie ma w tej chwili kandydatki na żonę.
No nic.
Grunt to porządnie się wyszykować.


A za oknem leje i wieje. To chyba kara za moje przechwalanie się sandałkami.


ps. w weekend o pozwoleniu na pracę. no, wypadałoby w końcu coś sensownego napisać

sobota, 6 września 2008

Klima a klimat

Nigdy nie byłam zwolenniczką, ale obniżenie temperatury do 27 (?!) stopni pozwala na jako taką, powolną bo powolną, ale jednak, pracę umysłową.
I pomyśleć, że kiedyś w Polsce klima włączana była na 17 i nikt nie marudził, że za chłodno. A mi ktoś ciągle wierci się pod nosem i pyta, czy może otworzyć okno. I wtedy - bum bum - opary gorącego, zanieczyszczonego powietrza wpadają do środka, a spragnieni tlenu cieszą się, że "świeże powietrze" przyszło..


Ale ja nie o tym.


Po pierwsze, to stanowczo nie życzę sobie zakończenia lata. Może nie jest ono tak drastyczne w tym klimacie (rzekłabym - nie odczuwam różnicy), ale wszyscy, wszyscy wkoło trąbią, że "lato się skończyło". I to mnie jakoś tak przygnębia. Bo należę ja do tych, którzy chcieliby lato nie kończące się. Lato wieczne. I mimo, że wiatrak w mieszkaniu nadal chodzi i chłodzi, to jakoś tak inaczej. Szkoła zaczyna się w poniedziałek przyszły. Ramazan zaczął się w poniedziałek ubiegły. Jakoś tak nie wakacyjnie po prostu.


Nie popadajmy jednak w depresję. Do końca września pomykać można w sandałkach. Dopiero w okolicach moich urodzin (a jakże by inaczej) zacznie robić się niemrawo. Może trzeba będzie nawet włączyć ogrzewanie..


Brrr. Skąd takie mroczne klimaty..


Tak naprawdę, chciałam na usprawiedliwienie swej nieobecności wakacyjnej załączyć kilka przyjemnych dla oka zdjęć. Oto, gdzie byłam i co robiłam przez dwa oficjalne letnie miesiące tego roku, w Stambule, pod Stambułem i w okolicach Stambułu ogólnie.


Jesteśmy na wczasach...

Podziwiamy...

Faunę... (powyżej wyspa Kinaliada)

I florę... (dziękujemy za gościnę miłym rezydentom willi w Yenikoy)

Pływamy stateczkiem po Bosforze, doceniając uroki firmowej sobotniej imprezy

Spoglądamy z okna na platana (w miejscowości "Platanik") i morze w kilku odcieniach błękitu


A tak naprawdę to ostro harowałam, a czas wolny miałam (i nadal mam) tylko w weekendy.


I patrzyłam sobie ostatnio na tych wszystkich turystów, i po raz pierwszy tak naprawdę dotarło do mnie, że ja już zupełnie "osiadłam". Nie, że na stałe, o nie, tylko tak po prostu, zwyczajnie, czuję się jak w domu. I nic mnie już nie szokuje. Co najwyżej po swojsku wkurza. Może i trochę szkoda..

ps. będzie o polityce i religii wkrótce - ostrzegam tych, którzy nie mają ochoty się jesiennie dołować. a może by tak parę spostrzeżeń z życia tureckiej korporacji? a może bardziej praktycznie... pozwolenie na pracę w Turcji, czyli jak zdobyć nieosiągalne...

piątek, 4 lipca 2008

No Smoking Please!



Pisałam ostatnio o nadmiarze pracy. Czas ponarzekać na jej niedomiar.

Dziś od 8.30 czytałam stare raporty na temat rynku tytoniowego w Turcji. Nie ma to jak prawdziwe wyzwania.

Od tego wszystkiego sama zaraz zapalę.

Połączę w takim razie przyjemne z pożytecznym i napiszę kilka slow na temat palenia oraz niepalenia w Turcji, koncentrując się na tym ostatnim, bowiem teraz w Turcji palić już wszędzie NIE WOLNO.

Dymna historia bez happy endu.

Podobno jeszcze jakieś 15 lat temu można było w Turcji palić nawet w autobusach na długodystansowych trasach. A podroż z takiego Stambułu do Van zajmuje – a jak! – ponad dobę.

W tureckich autokarach niepalącym podróżnym krzywda się już nie dzieje. Nie było jednak dotąd regulacji prawnych dotyczących palenia w miejscach publicznych. Dotąd, czyli do pamiętnej daty 19 maja 2008 roku.

Wprowadzony zakaz palenia dotyczy wszystkich:

- placówek edukacyjnych,

- placówek zdrowotnych,

- miejsc handlu,

- centrów kulturalnych, rozrywkowych, społecznych, sportowych...

włączając korytarze tychże budynków i inne przylegające budynki/tereny [nie można palić w firmowym ogródku albo w kącie przylegającym do szkolnej bramy, jeśli ów kąt znajduje się NA, a nie POZA terenem placówki. Ale można za ta bramę wyjść, nikt nie broni].

Dymić nie można również we wszystkich publicznych środkach transportu.

Można za to w specjalnie do tego wyznaczonych strefach w schroniskach, więzieniach, etc.

Jest też oczywiście mnóstwo szczegółowych regulacji dotyczących sposobu oddzielania miejsc dla palących w budynkach, których zakaz nie dotyczy. Ale w to nie będziemy już wnikać…

Prawo jest podobno bardzo surowe wobec sprzedaży tytoniu nieletnim. Nie mówiąc już o braku emisji reklam tytoniu w telewizji. Co ciekawe, publiczne media mają nawet emitować specjalne programy edukacyjne na temat szkodliwości palenia. Półtorej godziny miesięcznie!

Najbardziej zaskakujące (i kontrowersyjne) jest moim zdaniem to, że od lipca przyszłego roku zakaz BĘDZIE obowiązywać także w... restauracjach, kawiarniach, etc. !!!

Nie, żeby cieszyły mnie opary dymu podczas konsumpcji. Jak mam jednak uwierzyć w to, że społeczeństwo, w którym jest tylu palaczy, z dnia na dzień palić po prostu przestanie?

Będą dymić masowo na ulicach przed knajpami

Będą palić przed drzwiami budynków, w których palić nie można. I wyrzucać pety (o tym zaraz).

Trzeba się będzie przebijać przez podenerwowane grupki zaciągające się w pośpiechu.

A w ogóle to wszyscy będą bardziej agresywni. I stłuczek będzie więcej. O!

Nie można wydzielić miejsc dla palaczy w knajpach? Mniejsza już o pozostałe budynki – popieram. Ale w knajpach?! Porąbało?

A teraz o tych petach nieszczęsnych.

Za rzucenie niedopałka na ziemię trzeba zapłacić grzywnę w wysokości 20 lira (około 40 złotych).

Któregoś dnia zabawiłam się w strażnika porządku społecznego i postanowiłam ogarnąć oczyma mymi krótkowidzącymi, czy petów mniej czy więcej na ulicach. Kilka panów rzuciło i mandatu nie dostało. Trzeba było zareagować, co? :) Taki ze mnie strażnik porządku. A na panu ochroniarzowi wieszałam psy wczoraj.

środa, 2 lipca 2008

Sezon Ogórkowy


Tulipan w Tunel(u). Lato abstrakcyjne.

Zjadłam dziś w miejscu pracy śniadanie, obiad i kolację.

Śniadanio-obiado-kolacja dobra. Nie narzekam.

Nie w tym rzecz.

Pomyśleć, że jeszcze do niedawna wymykałam się z pracy nie tak poźnym/raczej wczesnym popołudniem. Teraz wychodzę po ponad dwunastu godzinach.

Widać w moim życiu nadal miejsce na same skrajności.

A wracając do tego, co dzieje się w Turcji…

W Turcji dzieje się dużo i robi się coraz cieplej.

[zaletą pracy jest klima – nigdy nie byłam zwolenniczką, ale przy prawie 40 stopniach na plusie: doceniam!]

W Turcji było futbolowe szaleństwo. Miałam z tej okazji wyżyć się na blogu, ale – jak mawiają – było, minęło. Nie ma co odgrzewać… Jako zapalona NIEfanka Futbolowa obejrzałam w knajpie ów nieszczęsny (bo przegrany) mecz z Niemcami (że też oni zawsze…). Byłam wniebowzięta. Udało mi się nawet rozlać z wrażenia trochę piwa. Tłumy wracające po północy z placu Taksim (tysiące, tysiące ludzi oglądających mecz na wielkim telebimie w centrum miasta) wyglądały jak snujące się, przygnębione duchy.

W Stambule sporo festiwali i koncertów. Długie, gorące wieczory (którymi nie delektuję się JESZCZE na moim tarasie/w moim soczyście zielonym ogródku, a staram się doceniać w położonej w centrum miasta kawalerce). Długie, bardzo gorące dni (zachody słońca po 21) – weekendy na plaży obowiązkowe.

Byłam ostatnio na śniadaniu w Ihlamur. Dziewiętnastowieczny, osmański pawilon i piękny ogród. Śniadanie za 20 lira – nieograniczona herbata i niezliczone minuty. A właściwie godziny.

Lipcowe upały sprzyjają porywczości. Wczoraj po raz pierwszy dane mi było ujrzeć kłótnię (a właściwie walkę) w miejscu publicznym. Mam chyba sporo szczęścia, albo jestem bardzo ostrożna (a może Stambuł to po prostu spokojne miasto) – do tej pory widywałam chyba tylko sporadycznie stłuczki (w dodatku z bezpiecznej odległości nie-kierowcy i nie-poszkodowanego-pieszego). Tym razem stanęłam między walecznym staruszkiem a wybuchową kombinatorką, która przepchała się z zakupami do kasy przed tymże staruszkiem. Darli się porządnie, a staruszek poszturchiwał nawet oszustkę, która wyzywała go od „psów” i innych zwierząt. Ja oberwałam tylko kilkakrotnie. Ochroniarz, który urósł w moich oczach, gdy udało mu się zdobyć upragniony przeze mnie towar, położony na najwyższej półce (wysoki był), zmalał przez niniejszy incydent – nie zajął żadnego stanowiska podczas supermarketowej (prawie krwawej) jatki. Taaak. Kogo to do pracy teraz przyjmują? Sezon ogórkowy się zaczął.

I tą oto, ogórkową historią, kończę dzisiejszy wpis do tureckiego pamiętniczka.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Na prawo most. Na lewo most. Galata Köprüsü w swej skromnej osobie.

Widok z Galata Köprüsü. Mostu Galata. Zbudowanego w roku 1836. Łączącego brzegi Złotego Rogu


Cieszy widokiem swym do dziś. Siada się pod nim w upalne, niedzielne popołudnie...na wygodnych pufach gruszkopodobnych...


... poluje się z niego na stambulskie ryby...


... spaceruje się w tą i z powrotem...

... i tak mijają cudowne godziny

niedziela, 8 czerwca 2008

S.O.S. dla Bosforu (?)

Wzięłam dziś udział w podejrzanym, a nawet – nie bójmy się tego powiedzieć – dwuznacznie moralnym wydarzeniu.

Zarząd miasta wraz ze sprzyjającymi rządowi organizacjami pozarządowymi zorganizował mega „rejs po Bosforze”. W proteście przeciw zanieczyszczaniu cieśniny zamknięto ruch dla statków, stateczków, promów. Wszystko to, by łódki organizatorów – organizacji działających na rzecz ochrony środowiska – mogły w ciągu kilku godzin zademonstrować swój sprzeciw wobec nadmiernego ruchu na Bosforze. Brzmi dość przewrotnie [utrudniamy ruch pasażerski i towarowy, by zanieczyścić cieśninę w równym stopniu, a to tego robimy przy tym dużo hałasu], ale taki miał być w końcu cel – zwrócenie uwagi na zakorkowaną i zanieczyszczoną cieśninę.

A zatem…

Impreza wyglądała naprawdę nieźle. Turcy potrafią się promować. Jeśli zaś chodzi o promocję własnego kraju, robią to rewelacyjnie. Do tego z zaangażowaniem, które nie przestanie mnie fascynować. Dorzucając do tego jak zwykle sporą ilość tureckich flag.

Kabataş. Ruszamy


Mijamy most pierwszy...


...sztuczną "wyspę" Galatasaray...


... a także Rumeli Hisarı - zamek osmański, twierdzę blokującą drogę morską przez Bosfor i odcinającą miasto od Morza Czarnego


Fiołkowe niebo, turkusowa woda, srebrny most


Pod mostem drugim [już ciemniej]


Zatrzymujemy się...


...na małą burzę.


Dołączają do nas bracia mniejsi...


...brniemy razem przez deszcz...bracia mniejsi się gubią...


...w końcu powoli nas doganiają.


Nawet najgorsze tureckie burze kiedyś się kończą