piątek, 7 grudnia 2007

Lost in Istanbul



…czyli dwie krótkie opowieści z serii „Ruch Uliczny”

Było wczoraj o korkach i taksówkach w statystykach.

Czas na piątkowe doświadczenia własne.

A jak…!

Opowieść numer 1

Godzina 10. Jadę do pracy, jak co dzień, tym samym autobusem numer X. (proszę bez paniki, to sytuacja wyjątkowa, sytuacja wręcz ekstremalna – zazwyczaj jestem w tym autobusie już o 8.30). Pada. Co oznacza deszcz w Stambule? Paraliż miasta. Przesadzam. Po prostu korki (moim zdaniem – korki, i tak mniejsze od warszawskich; według tureckich znajomych – paraliż miasta).

Kreatywny kierowca postanawia zmienić trasę i trzy przystanki przed miejscem, do którego zmierzam, odbija w lewo. Pruje nieźle. Zanim docieram na dół autobusu, by zapytać o powód zmiany, jesteśmy już trzy przystanki dalej (przyznaję, że przez pierwszą minutę wykazałam się biernością – uznałam, że kierowca chce ominąć korki, pokręci się bocznymi uliczkami, by wrócić na główną drogę i dowieźć mnie szczęśliwie na upragniony przystanek – tak to czasem w Stambule bywa).

Primo – kierowca oznajmia mi, że jesteśmy już w innym rejonie miasta.

Secundo – chichocze sobie pod wąsem, czym doprowadza mnie do szału.

Po trzecie wreszcie – pruje z prędkością światła i zatrzymuje się na następnym przystanku. Hen, hen. Hen.

Bez pieniędzy na taksówkę (z dolarami do wymiany, dwiema lirami na akbilu i jedną w kieszeni) główkuję, kombinuję i docieram do pracy na 11. (w autobusie starszy mężczyzna ustępuje mi miejsca – mówi, że źle wyglądam…)

Opowieść numer 2

Godzina 21. Wsiadam w taksówkę przy Galatasaray Lisesi (liceum na topie i na poziomie – wykładowy francuski i światli absolwenci). Kierowca, zamiast zawieść mnie górą, przez Taksim, pruje dołem. „Bo korki” – tego jednak nie raczy mi początkowo wyjaśniać, jedzie za to w dół i powtarza: „wszystko dobrze”. Kręcimy się po szemranej okolicy (mniemam, że słynne Tarlabaşı). Mijamy jakieś garaże. Baraki. Ogromny płomień palonych śmieci i grupki młodzieńców przy nich się kręcące. Gazi Osman Paşa to przy tych okolicach dzielnica willowa. Zjazd dołem w kolejną, jeszcze węższą i jeszcze ciemniejszą uliczkę. Zaczynam się wiercić. Ranny? chory? koleś leżący na środku uliczki w otoczeniu grupki przyjaciół? wrogów? którzy wymachują złowrogo w stronę naszej taksówki. Humor psuje mi się na dobre. Wyjmuję telefon i chcę gdzieś zadzwonić. Na policję? Ręce mi się trzęsą. Zaczynam stłumionym głosem przekonywać kierowcę, że w tych okolicach to ja jednak nie mieszkam…

A on – hop, siup, prawo, lewo, lewo, prawo, tralala, i do góry. Z radością pokazuje mi, jaki makabryczny korek na głównej ulicy ominęliśmy.

Bo pada.

Bo paraliż miasta.

Wysiadając z taksówki bardzo mu podziękowałam.

Za ominięcie korków.

Bo deszcz.

Bo leje.

On na odchodnym powiada, że dobrze być ostrożnym, tak jak ja – bo z kierowcami w Stambule nigdy nic nie wiadomo.

Dziwne – słyszę to prawie od każdego taksówkarza, a wracam zawsze bezpiecznie do domu.

Do tego – w jakim tempie!

Nawet, kiedy pada.

I paraliż miasta jest.


A jak.

2 komentarze:

camellya pisze...

hehe - uśmiałam się do rozpuku!! :D
nie mogę uwierzyć, że mnie to też czeka!
do zob!
kama

Anonimowy pisze...

tez sie usmialam, mialam podobna przygode- nieuswiadomiona turystka z, na szczescie tureckim przyjacielem, wsiadlam do autobusu po stronie azjatyckiej zeby wrocic mostem i popodziwiac wieczorne widoczki. Gdybysmy sie spieszyli to wybor byl rewelacyjny: kierowca ignorowal zwykla trase, wbijal sie na 'trzeciego' a wlasciwie juz piatego czy szostego do tego tak pruł, w pewnym momencie wybral chyba drugi most bo kierowalismy sie wzdluz Bosforu, w koncu jednak jakos zawrocil (to pewnie skrot byl) i przejechalismy pierwszym mostem, pasazerowie sie trzymali siedzen, dotarlismy na Taksim w tempie ekspresowym (nie zatrzymywal sie na przystankach- i tak niewlasciwych, tylko raz zwolnil otwierajac drzwi na 2 sekundy- jeden desperat skorzystal ze swojej szansy i wlasciwie wyskoczyl w biegu(!!!), reszta sie zdecydowala dojechac do przystanku koncowego niezaleznie od wczesniejszych planow... Jak wysiadalismy jeden z pasazerow komentowal ze tak szybko to nigdy nie przejechal tej trasy i juz zawsze z tym kolesiem bedzie jezdzil :D
A swoja droga moj turecki przyjaciel tez byl w szoku i opowiadal potem te historie innym Turkom, wszyscy sie smiali...
A ja spedzilam te 20 minut modlac sie o zycie i zezujac to jednym to drugim okiem na rozswietlony Stambul... Najpiekniejszy widok jaki widzialam