poniedziałek, 22 października 2007

Turecka dusza...


... pod lupą


Robi się nieprzyjemnie.


Wkroczeniem do Iraku straszy się już od dawna. Po przegłosowaniu przez parlament decyzji o inwazji sprawy uległy jednak „zaskakującemu” przyspieszeniu.

Niedzielne wydarzenia (śmierć kilkunastu żołnierzy niedaleko granicy iracko-tureckiej) podsyciły nienawiść i sprawiły, że tysiące wzburzonych Turków (w większości mężczyzn) wyległo na ulice, by zaprotestować.


Protest. Owszem.

Protestować można jednak na wiele sposobów.

Protesty niedzielne wywołały u mnie niesmak połączony z lekkim przerażeniem (a jestem w Turcji już jakiś czas i manifestację widziałam niejedną, w kilku brałam aktywnie udział, w jednej nawet aż nadto aktywny, przez co oberwałam).


Manifestacje niedzielne przypominały jednak masowe zaćmienie umysłu sfrustrowanych, wściekłych i żądnych krwi rasistów.
Nie przesadzam.

Wracałam akurat ze znajomymi z konsulatu (hej wybory, wybory…!). Po wypełnieniu obywatelskiego obowiązku udaliśmy się na zasłużony niedzielny obiadek do jednej z knajp na Istiklalu.

Na placu Taksim grupa manifestantów wykrzykiwała żądania wejścia do Iraku i „wyczyszczenia” tychże okolic. Do takich widoków się przyzwyczaiłam.

Tłumy manifestantów pojawiały się na Istiklalu i znikały. Największa (i najbardziej irytująca) grupa zaczęła krzyczeć do przechodniów (którzy – jak my – ukrywali się w sklepach i wejściach do knajp) – „A wy co?! Nie dołączycie się?! Macie coś przeciwko tureckiej armii?! Czego tak stoicie?!!!”). Co jakiś czas słychać było Istiklal Marşı (hymn narodowy) śpiewany przy jednoczesnym uniesieniu prawej dłoni i utworzeniu symbolu wilka (ci manifestanci byli z pewnością młodzieżówką MHP – „wybitnie” prawicowej partii).

Kilka minut po tym, gdy opuściliśmy Istiklal (udało nam się czmychnąć bez konieczność wyjaśniania, czy mamy coś „przeciwko armii tureckiej”) wspomniana grupa zaatakowała siedzibę DTP (partia posłów kurdyjskich). Tyle tylko, że DTP nie równa się PKK. Takiej prostej analogii yok.


O dziwo, policja tym razem nie dopisała. W przypadku innych, nawet znaczenie mniejszych demonstracji, zjawiała się tłumnie. Z maskami gazowymi. Z armatkami wodnymi. Na wszelki wypadek. Demonstracje „patriotyczne” oraz radość okazywana przez fanów futbolu (że tak się wyrażę) spotykają się tu jednak z większą sympatią (żeby nie powiedzieć – pobłażliwością).


W Izmirze protestujący zaatakowali ludzi siedzących w knajpach – bo „świętowali” w „takim” momencie. Trzeba im było – w związku z powyższym – trochę dowalić.

Wczoraj, ale także jeszcze dziś, słychać było na ulicach żywe dyskusje. Jedna z dzisiejszych, podsłuchana w sklepiku spożywczym w okolicy Tunelu:
– Oczywiście, że wstąpię w takiej sytuacji do armii!
– Jak to sobie wyobrażasz? Odbywałeś służbę w Stambule, na pewno nie wiesz, co to znaczy prawdziwa walka!
– Ja nie wiem?! Zobacz, mam na rękach sześć blizn… (i w tym momencie wyszłam… taka delikatna jestem, wrażliwa…)



ps. to jak – ktoś jeszcze przyjeżdża mnie odwiedzić…?

2 komentarze:

p.a.b pisze...

a tak sobie przypomniałem, wszystkiego najlepszego! ostatnio chyba zapominałem...
piotr

camellya pisze...

hej Agatko!:)
czy mogę się jakoś z Tobą skontaktować? (e-mail etc.)
niedługo wyjeżdżam ze swoimi koleżankami do Stambułu studiować, dlatego chciałabym pogadać trochę o tym mieście przed przyjazdem do niego.

pozdrawiam serdecznie z Wrocławia!:)
Kamila