niedziela, 30 września 2007

Eylülüm çok meşguldu



= przede wszystkim bezpieczeństwo




Eylülüm çok meşguldu


… czyli busy September.


Spotkania z Polakami (sztuk PIĘĆ, w tym siostra).
Rozpoczęcie roku szkolnego = rozpoczęcie pracy.



Welcome to the Incy Wincy Spider Class…


… czyli opowieść pod tytułem: ‘Cofamy się w rozwoju’.



Moja stambulska przygoda dobiegła końca. Zaczęłam pracę z małymi smerfami. Tak miała zacząć się mrożąca krew w żyłach relacja z tureckiego przedszkola. Prywatnego tureckiego przedszkola. Cholernie drogiego prywatnego tureckiego przedszkola.


Los chciał jednak mojego zesłania – po trzech dniach zaproponowano mi zmianę miejsca pracy – inny kampus, tym razem podstawówka.

Skąd ta zmiana?

„Okazałam się” bowiem nie native English lecz native Polish. Na pytania zadawane mi przez rodziców odnośnie pochodzenia – a trzech drążyło – odpowiadałam beztrosko, że jestem z Polski. Nie przechrzciłam się na Agathę (choć uczyniła tak administracja szkoły). Nie będę bredzić mówiącemu płynnie po angielsku czterdziestoletniemu facetowi, że Agatha is from London. Chyba padłabym na podłogę ze śmiechu. Zataiłam jednak kraj pochodzenia (wychylać się też nie będę…) licząc na to, że niewielu rodziców zacznie się czepiać. Coś jednak podskórnie przeczuwałam… I słusznie.

Oficjalna wersja szkoły głosi, że pracuje w niej czterech native’ów. W rzeczywistości jest tylko jeden plus… panna z byłej Jugosławii, Niemka i ja. W każdym razie cudzoziemcy. Większość rodziców angielskiego nie zna, toteż cudzoziemieców nie męczą.

Składam wyrazy współczucia. Tureckim smerfom i ich rodziców.




Mrożąca krew w żyłach historia o pralce automatycznej



Będzie to opowieść o cennym sprzęcie AGD.



Moja sterta brudnych ciuchów rośnie.


Piątek – pralka zajęta.

Sobota – pralka zajęta (sobotni wieczór – pralka nie pracuje, ale jest cały czas zapchana czyjąś bielizną).

Niedzielny poranek – część pralki przeznaczona do wsypywania proszku oraz płynu zmiękczającego zostaje skradziona…

Zostawiam kartkę: „Proszę nie kraść części składowych pralki”.

Po godzinie przybiega wściekły właściciel (prawdopodobnie po otrzymaniu secret call – niestety, nie mojego – ktoś mnie ubiegł). Puka do każdych drzwi i szuka złodzieja. Złodziej się nie przyznaje. Właściciel siada więc w swoim biurze, zostawiając otwarte drzwi (biuro znajduje się na parterze – złodziej kierując się w stronę pokoiku z pralką musi minąć właściciela. Tak, tak, właściciel jest człowiekiem naiwnym…).

Godzinę później zrezygnowany właściciel przychodzi do mnie z kluczem – prosi o zamknięcie pokoiku po skończeniu prania i oddaniu mu klucza w poniedziałek rano (to się nazywa ZAUFANIE). Dodaje na koniec, że i tak wymieni jutro zamek... Zagadka nr 1 zostaje zatem rozwiązana: złodziej odkurzacza skopiował klucz do pokoiku, aby uzyskać monopol na pralkę. Nie, nie postradałam zmysłów. O odkurzaczu (którego i tak nie używam) pisać jednak nie będę, bo historia stara i równie fascynująca jak pralkowa, więc mogę sobie z czystym sumieniem darować moje dywagacje odnośnie innych sprzętów.

Po wyjściu właściciela udaję się czym prędzej na dół ze stertą ręczników i… oto, co oczy moje widzą:

- dwie kobiety i dwóch mężczyzn - zamierają na mój widok;
- jedna z kobiet dzierży w dłoniach stertę pościeli;
- druga kobieta fuka (uff… uff…);
- panowie tylko się patrzą.

Zaczynam stanowczą mowę (nie próbuję nawet używać tureckiego, staram się w jak najbardziej zagmatwany sposób wyjaśnić sytuację to po angielsku). Panny cofają się przestraszone do pokoju (jedna z nich mieszka na górze… ). Panowie obserwują mnie w milczeniu. Po wrzuceniu ręczników do wnętrza jakże ważnej pralki próbuję zamknąć drzwi pokoiku – i tu spotykam się z oporem jednego z panów (będzie walczył o prawo do czystych ubrań – to się nazywa sterylna odwaga!) Coś tam gdera pod nosem i zaczyna bawić się klamką. Niezrażona, odzywam się ponownie, pan rezygnuje, zamykam drzwi na klucz. Ostatnie wydarzenie niepokoi drugiego faceta. Pierwszy uspokaja go jednak, mówiąc, że nie szkodzi, bo ma anahtar, czyli klucz.

Złodziej odkurzacza i pralkowy monopolista zorganizował więc lokalną mafię (panna z góry i fukająca blondynka – Aslı, Derya, lub ta trzecia), która broni dostępu do pralki. Skopiował klucz (od jakiegoś czasu pokoik był zamykany przez właściciela, który zorientował się w niecnym procederze). I używał do woli.

Do czasu, bo potem do akcji wkroczyłam ja.

Poza tym, że nie postradałam zmysłów, muszę także nadmienić, iż się nie nudzę. Nie szukam spisków i adrenaliny. Same do mnie przychodzą. Obiecuję, że kolejne opowieści będą już nie na temat brudnych skarpet.



W przyszłym tygodniu rozprawka na temat CHUSTY.