środa, 29 sierpnia 2007

Ev alma, komşu al*






Siedziałam wczoraj na balkonie, podziwiając niezwykle, jak na porę nocną, jasne i – tym razem – bezgwiezdne niebo (na jednym z uniwersytetów odbędzie się wkrótce konferencja na temat light pollution – wybrałabym się, gdyby był choć cień szansy, że cokolwiek z takowych dyskusji zrozumiem). Kontemplację nieboskłonu uzupełniała mała buteleczka truskawkowo-melonowej oranżadki.

Sielankowa atmosfera wieczoru została przerwana przez drącego się wniebogłosy gościa sąsiadek z dołu.


Aslı/Daria

Sąsiadki są dwie. Przyjaciółki (ze studiów? nie pracują). Codziennie wywalają śmieci przed drzwi mieszkania. Przed wycieraczkę (własnego gniazda nie będziemy przecież kalać…). Czasem nie wyrzucają ich na śmietnik przez kilka dni (śpieszę donieść: śmietnik, a raczej miejsce przeznaczone na składowanie odpadków, znajduje się w odległości trzech metrów od wejścia do budynku – dokładnie po drugiej stronie uliczki). Kolekcjonuję więc wypchane reklamówki ku uciesze sąsiadów (czy ku uciesze wszystkich, nie wiem – nie przeprowadziłam badania… na pewno ku uciesze mojej).

Jedna z nich (Aslı lub Daria – nie odróżniam, pewnie nawet nie rozpoznałabym ich na ulicy – imiona podsłuchane) kilka tygodni temu próbowała w nocy (w pół do piątej nad ranem) dostać się do mojego mieszkania. Wierciła kluczem, wierciła (kilka razy jej upadł), aż obudziłam się (mimo niezawodnych stoperów) z lekką palpitacją serca (złodziej? do mnie? z jakiej racji?). Po zorientowaniu się, że szuka jednak czegoś innego, przeprosiła, wyjaśniła, że mieszka piętro wyżej, po czym… zeszła na dół.

W ubiegłą sobotę, między 10 a 15, nie było wody (moja niezawodna intuicja: jak nigdy, obudziłam się o 8 z myślą o prysznicu… szybko te ‘szalone myśli’ jednak przegoniłam – ‘rozsądek’ podpowiadał bowiem, że w sobotni poranek prysznic nie zając, może poczekać…). Aslı/Daria siedziała na balkonie i wyżalała się mamie przez telefon (‘uff ya, uff ya…’). Na tyle dramatycznie, że zaczęły ją przedrzeźniać dzieci bawiące się na pobliskim placu zabaw. By the way: wodę odcięto na pięć godzin, mimo podawanych w Internecie (z innych źródeł nie korzystam… znaczy się: telewizora brak) informacji o godzinach… 48. Doprawdy – była to nie lada niespodzianka.

Aslı/Daria uradowała mnie jeszcze kilkoma rzeczami, ale po co się rozpisywać – zaraz będzie, że się uwzięłam (że, o zgrozo, nie darzę sympatią tureckich dziewcząt, czy coś w tym rodzaju).

Wracając zatem do gościa…

Gość Aslı/Darii próbował ‘wytłumaczyć’ przez telefon jakiemuś mężczyźnie (byłemu? bratu? kuzynowi?) że jak się będzie chciał spotykać z Aslı/Darią, to się z Aslı/Darią będzie spotykać. I basta. Jego argumenty musiały być ciekawe, bo skłoniły sąsiadów okolicznych domów (niezamożnych, raczej żądnych sensacji i z pewnością bacznie obserwujących – o kontrastach między poziomem życia w okolicznych domach innym razem) do zaspokojenia ciekawości i wychylenia się z okien. Niestety, mój turecki nie pozwolił na biegłe tłumaczenie zażaleń drącego się tureckiego gościa.


Sąsiedzkie wsparcie

Około dwóch tygodni temu z rur na korytarzu, obok mojego mieszkania, podejrzanie ciekła woda. Wróciłam właśnie z niedzielnych porannych zakupów w markecie Dia, podekscytowana myślą o szukaniu ofert w dodatku ‘praca’ jednej z tureckich gazet, świeżo jeszcze drukiem pachnącej… myślą o kawie na balkonie, winogronach, i innych tanich, pysznych owocach, za które miałam właśnie się zabrać… Na korytarzu powitał mnie jednak mokry bałagan. Zapukałam do sąsiadki (po co? trzeba było od razu do właściciela. pogaduszek mi się zachciało). Młode dziewczę (wydaje mi się, że kiedyś słyszałam, jak rozmawia z kimś po rosyjsku… może to były halucynacje) nie wykazało zainteresowania potopem. Kiedy kilka minut później rozmawiałam przez telefon z właścicielem budynku, zobaczyłam ją na korytarzu, wracającą z własnych niedzielno-porankowych zakupów. ‘Potop’ obeszła obojętnie. Nie zerkając nawet. Prawdę mówię! Wypatrzyłam.


Niewiadoma

Jest jeszcze Tarkan. Taki przydomek mu nadałam. Możliwe, że zbyt pośpiesznie, bo widziałam chłopaka tylko raz, z ulicy, na samym początku, tuż po przeprowadzce. Polerował okno. Poza porządkami interesuje go również muzyka, nazwijmy ją – techno. Gustem muzycznym chce podzielić się ze wszystkimi mieszkańcami budynku. Zdarza mu się to jednak średnio tylko raz w tygodniu, do tego nie w nocy, czy o świcie, lecz w ciągu dnia (kiedy to wszyscy zdrowi obywatele nie siedzą w domu, bo pracują). Poza tym dźwięki dochodzą tylko z korytarza. Z mieszkania nie dochodzą mnie żadne dźwięki (tylko Aslı lub Daria wołająca Aslı lub Darię z balkonu… właśnie, gdzie one chodzą, że tak się potem wołają?). Wychodzi więc na to, że naprawdę się czepiam.

(ale, na marginesie: Tarkany wszelakie nas nie pociągają)


A poza tym – wcale, a wcale nie jestem wścibska. To tureckie społeczeństwo jest. Szczególnie mężczyźni. Tak głoszą legendy.


Pozdrawiam wszystkich. I udaję się na balkon.


*dosłownie: nie kupuj domu, kup sąsiada. w przenośni: wyjaśniać, mam nadzieję, nie muszę

3 komentarze:

dokus pisze...

no widzisz?jakbyś pracowała nad tureckim swojem to i bir:usłyszałabyś arcyciekawy wykład, iki:wyniuchałabyś tajemnicę związku tureckiej, jakże skromnej zapewne dziewoji.a tak działasz intuicyjnie i umykają nam fascynujące szczegóły!mogłabym policzyć do on, ale zrobię to jeszcze osobiście :)

mor cadı pisze...

bir
iki
uc
dort
bes
alti
yedi
sekiz
dokuz
on

(skoro juz o liczbach, to zeby nie bylo, ze z moim tureckim tak zle: liczebniki jeszcze pamietam he he :p )

Anonimowy pisze...

dlaczego nic nie piszesz? czy wszystko u Ciebie ok? Uściski - zet