piątek, 13 lipca 2007

Yabancı Kızlar

Widok biurowy
Widok knajpowy (kicz, jaki lubię - nawet kolory się pięknie udały)
Widok pokojowy (tymczasowy powrót złej współlokatorki - salon Gökçe, klimat lat 80-tych na ścianie)


Idę któregoś wieczoru Nevizade (jak oryginalnie) po spotkaniu z byłą współlokatorką (Gökçe zerwała z Apo po raz drugi i – podobno – ostateczny – niech Allah wspiera ją w tym postanowieniu, inaczej zamorduję) i jej przyjaciółką Esrą. Zerkam w prawo, zerkam w lewo i… kogóż to oczy moje widzą? Margaret siedzi i pije (równie oryginalnie) piwo.

Wymieniłyśmy się telefonami i plotkami, postanawiając wkrótce spotkać. ‘Wkrótce’ zmieniło się w ‘dwa tygodnie później’, czyli dziś (przeprowadzka okazała się bardziej ekscytująca, niż przewidywałam…)

Zaraz po spotkaniu z parą wyspiarską (ta jedna z nielicznych tureckich dziewcząt, która ma szansę na to, że ją polubię i ten jej śliczny i miły archeolog, który – mam nadzieję – znalazł już pracę po powrocie z odbytej służby ojczyźnie… znaczy się po powrocie z wojska) spotykam Byłego Królika (Margaret pracowała jako animator w Antalyi, bawiąc dzieci turystów udając to nieciekawe stworzenie tańcząc na scenie… wspomniała o tym na samym wstępie, co bardzo wryło mi się w pamięć – nazywamy ją przez to z Hakanem ‘rabbit’ i tak już podejrzewam zostanie…)

Margaret to jedna z byłych wolontariuszek, spędziła ponad pół roku w Antalyi, próbując realizować swój projekt. Po wielu nieudanych próbach, gdy nadeszła wiosna, przychodziła do biura na dwie godziny dziennie, by, jak to mawiała – spędzać resztę dnia w przyplażowym barze, podziwiając zdrowe ciała młodych tureckich mężczyzn, czekając, aż jej chłopak (również turecki i również młody, a sądząc po fotografiach – także o zdrowym ciele) odbierze ją, wracając z pracy. Oczywiście była najbardziej opalona z nas wszystkich. Pustynny klimat Kayseri nie zachęcał do wygrzewania się na słońcu. A i oglądać też nie było za bardzo czego.

Margaret szuka mieszkania, ma za to pracę (wolałabym tak). Mieszka z turecką rodziną znajomego/znajomej. Owa gościnna rodzina stwierdziła, że Margaret może mieszkać ‘jak długo zechce’, co wzięła sobie dziewczyna (sprytnie czy też naiwnie) do serca. I mieszka z nimi, mieszka (nie zapytałam, jak długo), ale coś ją ostatnio tknęło (rodzina jakby mniej przyjazna) i zapytała znajomego/znajomą, czy to delikatne sugerowanie jej wyniesienia się z domu. Okazało się, że owszem.

Ja tymczasem dostaję kolejne maile i telefony w sprawie pracy, z których nic a nic nie wynika (to znaczy, wynika wiele, niestety, zwykle jest to związane z tym, że nie znam biegle tureckiego lub – co raduje mnie jeszcze bardziej – nie jestem Turczynką – wtedy nie byłoby całego potencjalnego bajzlu związanego z ubieganiem się o pozwolenie o pracę) Ostatnio miła ha-er-ówka zadzwoniła pięć minut po pierwszym telefonie (w ciągu tych pięciu minut rozmyślałam nad bezsensownością dopiero co ustalonego spotkania – spędzę pół dnia na dojazdy, by dowiedzieć się, że nie szprecham biegle po turecku – tak, jakbym nie wiedziała) by oznajmić mi, że może jednak niekoniecznie, bo do rozmów z klientami to mmm trzeba jednak mmm biegle mmm… i miłego dnia życzy tak w ogóle.

(tu króciutki apel do Turkologów – nie wahajcie się, przyjeżdżajcie, biegły angielski i turecki gwarantują sukces na tutejszym rynku pracy… a że nasz intermediate angielski będzie już dla nich biegły… żyć nie umierać)

A dlaczego o Margaret tyle było? Poza tym, że jest miła, ciekawa, a do tego szczera (czas tworzyć Listę Nowych Koleżanek, Sevil i Lena ewakuują się za miesiąc, zostanie tylko Jennifer, z którą i tak mam najsłabszy kontakt i która… planuje wkrótce pięciomiesięczną podróż po krajach sąsiadujących ze wschodnią granicą Turcji…), sprzedała mi jeszcze kilka informacji na temat byłych wolontariuszek.

Morgane. Z Danii. Cudowna dziewczyna. Pamiętam, jak w Antalyi jakiś turecki nastolatek, który katował nas swoimi historiami, gdy czekałyśmy na przystanku autobusowym, zapytał się, czy nie jest przypadkiem lesbijką, bo nie depiluje brwi (‘ a szkoda, bo masz ładną twarz’) Zachowała zimną krew, imponujące. Morgane wróciła do Turcji również, realizuje swój projekt w Izmicie (tym samym mieście, w którym robiła wolontariat… i w którym miała chłopaka… a zastrzegała, że do Turcji, a tymbardziej Izmitu, na pewno nie wróci… pamiętam jak dziś, bez emocji oceniała szanse przetrwania swojego związku… a tu mała niespodzianka).

Do Turcji wróciła też Caroline z Portugalii. To już inna historia… Dziewczyna zakochana w kurdyjskim chłopcu poznanym w Safranbolu, który chciał zabrać ją do swojej rodzinnej wioski na południowym wschodzie Turcji (to oczywiste, że z rodziną się chłopak nie rozstanie…) Pamiętam, jak zastanawiała się nad zmianą religii (‘tylko’ to uważała za potencjalny problem). Robi swój projekt w Ankarze, wkrótce wraca jednak do domu, co bardzo ją martwi, bo znów rozstanie się z chłopakiem (i tu mi coś nie pasuje, skąd Ankara po tej całej historii z kurdyjską wioską?! Chłopak nowy, albo nie taki znowu przywiązany do rodzinnych korzeni…)

Jak tak to wszystko piszę, to mi się aż wierzyć nie chce.

Czas zabrać się za pary mieszane, ale nie tylko polsko-tureckie.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

aluzja dotarla ;))) trzymam kciuki!

skylar pisze...

jak zwykle fajna notka ;) a początek mnie zmroził, bo Skylar też się drugi raz zeszła z niejakim Apo, i też to kategorycznie nie powinno mieć miejsca ;)
ale skoro jest mutlu... ;)

szukaj dalej wytrwale. sciskam.

çok mutlu agatka pisze...

Apo to takie ladne imie... a przez te wszystkie historie bedzie mi sie juz zawsze zle kojarzylo, wielka szkoda ;)