wtorek, 5 czerwca 2007

"Crazy Holidays"

Tak właśnie reklamuje swoje podróże do Bułgarii i Grecji METRO – jeden z tureckich przewoźników.

Miałam przyjemność przekonania się na własnej skórze, czym są „Crazy Holidays” w Bułgarii.

Po nieudanej próbie przedłużenia wizy (cztery godziny w wydziale dla cudzoziemców na głównym posterunku policji) kupiłam bilet do bułgarskiego miasta leżącego najbliżej granicy z Turcją. Po kolei jednak.

Praktyczne porady dla yabancılar

Należy wybrać się w drogę jak najwcześniej (dotyczy to zapewne wszelkich urzędów we wszystkich krajach, żadna to więc specjalna porada).
Należy nastawić się na to, że problem nie zostanie rozwiązany, mimo wcześniejszych telefonicznych zapewnień o możliwości jego rozwiązania (patrz: nawias powyżej).

Poinformowano mnie kilka dni wcześniej, że w celu przedłużenia trzymiesięcznej wizy studenckiej należy przynieść następujące gadżety:

paszport;
pięć fotografii;
130 lira;
świstek z banku potwierdzający, że ubiegający się o przedłużenie wizy cudzoziemiec ma na koncie (naturalnie swoim) minimum 300 dolarów.

Na miejscu okazało się, że konieczny jest również dokument potwierdzający status studenta. Status, którego od ponad roku (szczęśliwie:) już nie posiadam. Na mojej wizie widnieje napis „nauka”, co – jak przypuszczam – oznacza, że przybyłam do Turcji w „celach naukowych”, co – jak przypuszczam – niekoniecznie musi oznaczać, że w Turcji studiuję, ale, że, na przykład – realizuję swój projekt w ramach edukacyjnego programu Unii Europejskiej. Nic nie jest jednak oczywiste, wszystko jest względne i tak dalej, szczególnie, gdy gmatwa się biednej policji niepotrzebnie w głowie/w głowach wielu policjantów.

Okazało się również, że jestem jednostką nadgorliwą i średnio rozgarniętą (zgaduję, że taka była ocena ostatniego policjanta, który udzielał mi wskazówek). Jeśli bowiem planuję zostać dodatkowy tydzień, powinnam po prostu… zostać dłużej, bez ubiegania się gdziekolwiek o cokolwiek i zapłacić grzywnę na lotnisku (zapytany kilkakrotnie o wysokość owej grzywny policjant odpowiadał za każdym razem enigmatycznie, że cena jest „niewielka”… jak dowiedziałam się ze źródeł nieoficjalnych zależy ona od weny i humoru miłego pana/pani sprawdzającego/sprawdzającej paszport). Jeśli jednak upieram się na przedłużenie pobytu w sposób inny niż zapłacenie kary (policjant nie mógł nadziwić się mojej ekstrawagancji) – powinnam… przekroczyć granicę i wrócić do Turcji („giriş-cıkış yapayın”). A potem mogę przyjść na posterunek ponownie, to pan wyrobi mi ikamet (pozwolenie na pobyt – miałam takową książeczkę w Kayseri).

Bulgaristan çok güzel

Nie zobaczyłam wiele (jak dobrze, że miałam przyjemność zobaczyć ten piękny kraj kilka lat temu), bo po przekroczeniu granicy wróciłam od razu z powrotem (z Bułgarii do Turcji na piechotę – brzmi dumnie). Jak wspominałam wcześniej, stan mojej psychiki w ciągu ostatnich tygodni pozostawiał wiele do życzenia, dlatego ucieszyłam się niezmiernie słysząc rozmowę stojącego koło mnie Turka z jakimś chłopcem (na oko lat dwadzieścia parę) na temat „giriş-cıkış” właśnie. Przerwałam panom rozmowę i drążyłam temat. Okazało się, że miły Izraelczyk-Amerykanin będzie przekraczać granicę turecko-bułgarską po raz czwarty.

„Giriş-cıkış” – złote rady

Drogi podróżny!

Sprawdź wcześniej ofertę przewoźników – wiele firm oferuje specjalne wyjazdy w tą i z powrotem tego samego dnia. Podróżni wysiadają z autobusu jedynie w celu pokazania paszportu, potem wsiadają spokojnie do środka i wracają szczęśliwie do Turcji (cokolwiek ich tam gna z powrotem…). Ponieważ zdecydowałam o wyjeździe w ostatniej chwili (w dniu ostatniego dnia przydatności do spożycia mojej wizy) zabrałam się do Bułgarii z porządnymi rodzinami, które faktycznie marzyły o pobycie w Bułgarii – dla tych ludzi termin „Crazy Holidays” nie miał tak ironicznego wydźwięku, jak w moim przypadku.

Jeśli już udałeś się porządnym autobusem, który nie zawróci pięć minut po przekroczeniu granicy, wysiądź jeszcze na przejściu granicznym – nie czekaj, aż autobus zawiezie Cię do najbliższego bułgarskiego miasta (S…, położony 15 km od granicy z Turcją), gdzie wysiądziesz, by znaleźć jakiś autobus jadący w stronę Stambułu (ja, sierotka, chciałam tak zrobić, żeby nadać mojej podróży bardziej „legalnego” charakteru – cokolwiek by to miało znaczyć, bo przekroczenie granicy w tą i z powrotem tego samego dnia do nielegalnych działań chyba nie należy). Przeszukanie bagaży i sprawdzenie paszportów wszystkich podróżnych jadących autobusem zajmie dodatkowe dwie godziny.

Taką dłuższą opcję podróży wybierał wcześniej poznany na granicy, wspomniany wyżej kolega. Tym razem postanowił przejść się z powrotem piechotą. Tak też uczyniliśmy. Obyło się bez żadnych problemów. Z wyjątkiem Bułgara, który już na wstępie, widząc, że odwracamy się do niego plecami, zawołał nas do siebie i kazał iść na piechotę 15 km do najbliższego bułgarskiego miasta i dopiero wtedy wrócić. Po zobaczeniu izraelskiego paszportu miły pan, nie wiedzieć czemu, dał sobie spokój z żarcikami – doradził na zakończenie zakup whisky w sklepie wolnocłowym i wręczenie mu owej butelki jako prezentu. Pokiwaliśmy głowami i oczywiście poszliśmy sobie precz (omijając sklep bezcłowy szerokim łukiem).

Potem czekała na nas już tylko:
- mloda blond tleniona Bułgarka, która nie wykazała żadnego zainteresowania mną i kolegą;
- turecki pan z wąsem, który cieszył się niezmiernie, że znamy turecki, który wypytywał mnie o Kayseri i który drążył, czemu kolega przekracza granicę dwukrotnie tego samego dnia (moimi powodami nie był zainteresowany). Kolega odpowiedział naturalnie, że „ma w Stambule dziewczynę”, co ucieszyło pana z wąsem niezmiernie – pożartował i przepuścił;
- turecki młodzian, który zawrócił mnie do innego okienka (gdzie miła rozbawiona kobieta wkleiła mi wizę), po czym podstemplował nasze paszporty, pytając oczywiście, dlaczego tak szybko wracamy (na co kolega odpowiedział, że oczywiście chodzi nam o przedłużenie pobytu, a nie Bułgarię, więc po co mamy zostać dłużej…)

Bułgarskie autobusy…

… są jeszcze bardziej urocze od tureckich. Dostajesz (jak w tureckich) kawę, ciasteczko, wodę i colę, a na koniec okazuje się (i tu nowość), że… nie musisz płacić za podróż:)))

Złapany na granicy autobus dowiózł nas do Stambułu bezpłatnie. Nie na główny dworzec autobusowy co prawda, ale nieopodal. Wszyscy podróżni (starsi panowie z wąsem i starsze panie w chustach) jechali do Bursy, tylko my dwoje – zbłąkani przestępcy – wysiedliśmy w Stambule.

Podróż z Millyet Caddesi do Eminönü była nie mniej ciekawa od bułgarsko-tureckiej. Bayrampaşa i Fatih – od zawsze chciałam wybrać się w te rejony, zawsze kończyło się jednak na planach. Po raz kolejny poczułam się tak, jakby autobus wywiózł mnie do zupełnie innego miasta.

Oszaleć można w tym Stambule. Naprawdę. Cudowne uczucie.

5 komentarzy:

ATG pisze...

Nie trzeba jechac do Turcji. Podobnie dziala to na Ukrainie. Tylko, ze warto wtedy jeszcze po drodze jednak zatrzymac sie w miescie - np. Lwowie i Przemyslu. Niezapomniane wrazenia z kolejek przemytnikow-mrowek na granicy.

Anonimowy pisze...

Bravo! czyli mozesz zostac jeszcze MIESIAC!!!
wiem, wiem, masz samolot.
pozdrowki i selamy
Mo

çok mutlu agatka pisze...

atg: ja nie spotkalam mrowek, sama czulam sie jak mrowka na pustyni

Mo: wiem, wiem, ale i ta kwestia jest do przemyslenia... ;)

skylar pisze...

superrr i fajna relacja ;) poradnik cenny, moze kiedys mi sie przyda ;)

Anonimowy pisze...

piękna opowieść. szkoda, że nie było propozycji matrymonialnych :) mogłabyś zostać panią celnikową, albo panią mrówkową. taka szansa!
do