środa, 30 maja 2007

Zostaję

Naturalny element krajobrazu

Wygodnie i dumnie

Bezpiecznej drogi
Zostaję. Na dwa tygodnie dłużej. Na razie. W tym tygodniu kolejne interwju. W przyszły poniedziałek następne.
Przede mną dwa ciężkie dni. Wiza i przeprowadzka. Przeprowadzka i wiza. W "normalnych" okolicznościach nie robiłoby to na mnie jakiegokolwiek wrażenia (załatwiałam dwukrotnie wizę inną niż turystyczna w tureckiej ambasadzie w Wwie, a w Stambule pakowałam się już dwukrotnie - bez zbędnych emocji), ale psychika ostatnio mocno nadwyrężona. Ubiegłej nocy nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam za to, czy grozi mi deportacja (oczywiście, nie grozi) i czy walizka nie będzie zbyt ciężka, by przenieść ją (a raczej przeturlać) całe sto metrów do mieszkania koleżanki (z potencjalną pomocą kilku osób... tak, to na pewno wyczyn ponad nasze siły...) Jednym słowem spokój wewnętrzny i kontrola emocji.
Próbowałam wczoraj pozycję drzewa (jak ja nie lubię jogi) żeby sprawdzić, czy moja równowaga wewnętrzna jest zachwiana trochę, czy trochę bardzo. Oczywiście okazało się, że trochę bardzo. Długo nie mogłam utrzymać się na jednej nodze, nie wspominając o wyprostowanej sylwetce czy podniesieniu rąk do góry. A to takie łatwe... Po którejś z kolejnych prób - tym razem zakończonej sukcesem - poczułam się lepiej. Mała rzecz, a cieszy. Czas poszukać w końcu tego basenu.
Odwiedziny koleżanki Włoszki i koleżanki Polki przypadły na mój trudny okres, zatem... nie poświęciłam obu niewiastom tyle czasu, ile chciałam. A już na pewno trudno powiedzieć, że tryskałam optymizmem. Wierzę jednak, że łaskawie wybaczą mi tymczasową (lub nie tymczasową) niedyspozycję umysłu;-)

wtorek, 29 maja 2007

Wyspy



Jest ich dziewięć. Tylko na czery można jednak dopłynąć promem (Kınalıada, Burgazadası, Heybeliada, Büyükada; ada = wyspa). Rozsiane po morzu Marmara. Dwadzieścia kilometrów od Stambułu.

W niedzielę, w ramach odstresowywania, udałam się na Heybaliada do znajomych Hakana. Poznałam cudowną parę marzącę o alternatywnym stylu życia. Cennet - absolwentka ekonomii dobrego uniwersytetu - pracuje w miłej knajpie, bo nie chce w banku (no, to akurat nie jest wyznacznikiem ich alternatywnego stylu życia. Raczej min. to, że mieszkają w małym uroczym drewnianym domku na wysepce, gdzie obowiązuje - jak na każdej zresztą z wysp tego małego archipelagu - zakaz ruchu kołowego. Rowery i bryczki mile widziane). Marzy jej się psychologia. Na razie pracuje jednak za dwóch, bo chłopak-archeolog, któy wrócił właśnie po sześciu miesiącach z wojska, jest chwilowo bezrobotny (posada przepadła wraz z rozpoczęciem obowiązkowej służby... bywa... nawet często... niestety)

Zachwycona podróżą, widokami, zachłyśnięta świeżym powietrzem (jest ooooolbrzymia różnica !!! po Stamuble Warszawa będzie dla mnie rezerwatem przyrody) cieszyłam się w pełni tylko krótką chwilę będąc już na wyspie, gdyż:

1. nie byłam w stanie oddychać - za dużo tych koników, naprawdę, chyba nie jestem przewrażliwiona (jestem?), bo różne zapachy mogę znieść, ale tegooo ... nie... !!!

2. za dużo tureckich turystów było też... Naiwnie sądziłam, że wszyscy udają się na ostatnią z wysp - Büyükada. sami turyści mnie nawet nie irytowali, co raczej ich ilość (było to uciążliwe przede wszystkim na promie...) oraz... zachowanie kelnerów (czułam się jak na wybrzeżu... w Stambule kelnerzy chyba tak nie szaleją... albo sezon jeszcze się nie zaczął... albo jestem ślepa i wpatrzona w to miasto jak w święty obrazek)

3. spacerując bocznymi uliczkami (nie główną, odrestaurowaną niedawno promenadą - przesadzoną zresztą) uznałam, że mieszkać bym tu nie chciała (pomijając nawet koniki) Spodziewałam się bardziej zielonych i zadbanych terenów, a to taka wioseczka jednak (dużo plotkujących sąsiadek wokół... ale o tym za chwilę)

Cennet opisała mi "styl" każdej z wysp; może inne przypadłyby mi bardziej do gustu (a może mam jakieś dziwne wyobrażenia wybrednego turysty - sielskich widoczków i raju na ziemi mi się zachciewa...) A zatem:

1. Kınalıada jest położona najbliżej Stambułu (płynie się zaledwie 40 minut) a zatem najbardziej pożądana i najdroższa (lux wyspa)

2. Burgazadası to wyspa intelektualistów (?!) - żył na niej znany turecki pisarz (przyznaję wstydliwie, nie zapytałam jak się zwał, bo kręciło mi się w głowie od nadmiaru świeżego powietrza... ale zaległości nadrobię... a może ktoś wie? ignorantka będzie dozgonnie wdzięczna)

3. Heybeliada (wyspa koleżanki) ma niby słynąć ze swych plotkarskich mieszkańców. A może to tylko obsesja Cennet, która codziennie rano i wieczorem musi spowiadać się siedzącym koło jej domku sąsiadkom, gdzie idzie (skąd wraca), co będzie robić (co robiła). Sąsiadkom (na oko dziesięciu) aż się oczy zaświeciły, gdy zobaczyły naszą czwórkę rozmawiającą po angielsku (więc może jest coś na rzeczy...)

4. Büyükada - wyspa turystów. Największa. Najwięcej knajp. Pewnie też najwięcej bryczek;-)

Podsumowując: wyspa piękna sprawa, ale na weekend, i do tego może nie letni (...muszę wreszcie pogodzić się z tym, że lubię naturę tylko na chwilę albo w wersji "ugładzonej" :-)

środa, 23 maja 2007

Ostatki


Z Kadikoy do Karakoy. Po wizycie na uniwersytecie Maltepe. Sevil mruzy oko, bo nie ma okularow

Podsumowujac miniony tydzien:

Mieszkanie

"Opiekun" mieszkania zwrocil uwage sprzedawcy ze sklepu naprzeciwko, ze ten wystawil na ulice smierdzace jedzenie. Zaczela sie bojka, przyjechala policja. Rozjuszeni emerytowani panowie rzucali w nasze drzwi butelkami wykrzykujac (w wersji light): "w tym domu mieszkaja rosyjskie prostytutki" (tesekkur ederim). Relacja obecnych, ja jak zwykle zjawilam sie sporo po zajsciu, nieswiadoma powagi sytuacji, zastanawiajac sie, dlaczego klucz, ktory zawsze otwieral drzwi wejsciowe, tym razem otworzyc ich nie moze (ktos po calym zajsciu nawtykal kleju do zamka). Dwa dni po scysji na Kumbarci Yokusu wlascicielka naszego squatu rozmawiala z sasiadami. Teraz podobno usmiechaja sie i kiwaja glowami na dzien dobry. Kobieta-Mafia. Jak zwykle podejrzliwa, nie wierze "opiekunowi" - mialam do tej pory neutralne stosunki z lokalna spolecznoscia - rozmowy o niczym, gdy kupowalam wode albo gazete (to zdarzalo mi sie zazwyczaj kupowac). Mili starsi panowie. Do tego raz sniadanie w obskurnej lokancie z pogaca i borek. I dwa razy yarim ekmek kebab z kurczakiem na rogu ulicy od pana, ktory oglada zawsze z przejeciem Kral TV. Zadnych butelek ani wyzwisk. No, ale skoro mowia, ze jest straszno, to straszno, prawda?

Giulia...

...trafila na cala historie z butelkami, to znaczy tuz po. Niezle powitanie. Twarda jednak jest, nic dziewczyny nie ruszy. Pojechala przedwczoraj odgrzewac to, co do odgrzania = wycieczka do Kayseri (wyslala wczoraj wiadomosc - "czuje, ze nie moglabym byc w tej chwili szczesliwa gdzies indziej" - trafila na otwarcie nowej wystawy na wydziale sztuk pieknych, a nasz profesor od obrazow (ze tak go nazwe) zaprosil ja od razu do studia. To sobie pomaluje dziewczyna. Ma zahaczyc w drodze powrotnej o Ankare. A w piatek dojezdza do Stambulu jej przyjaciolka Claudia.

Weekend...

...byl doprawdy uroczy. Po kameralnej demonstarcji przeciwko obowiazkowej sluzbie wojskowej udalysmy sie z Giulia na feministyczny festyn (to wlasnie slowo mi pasuje). Hakan poszedl na spotkanie media team, ja kolekcjonowalam ulotki i wizytowki kobiecych organizacji, ktore moglyby mnie odplatnie przygarnac. Spotkalam panne, ktora widzialam na placement test w TOMERze. Ciekawa. Przyjechala z Niemiec do Stambulu, by pracowac w jakims malym ngo dzialajacym na rzecz praw kobiet. Nie dowiedzialam sie poza tym niczego na jej temat, wreczylam jej za to wizytowke Amnesty i polecilam zglosic sie do biura w celu odbycia stazu. Po tej jakze milej konwersacji uslyszalam od Giulii (stala obok) ze chyba na glowe upadlam, skoro wspieram konkurencje.
Po wysluchaniu kilku malych koncercikow zahaczylysmy z Giulia o targi wyrobow recznych. Znow mnie wzielo, jak zobaczylam dywany. Ach te dywany. A moglam pracowac w eleganckiej dywanowej galerii, to mi sie zachcialo jakichs ambitniejszych stanowisk...



Praca

Wlasnie. Mialam nie zapeszac, ale i tak nie robie sobie nadziei, wiec napisze. Bylam wczoraj w mega wiezowcu w okolicy Levent. Przywdzialam najelegantsze ubranie, jakie mam tu, w Stambule. Niestety - i tak wygladalam jak sierota. Dzieki wsparciu Sevil (torebka) i Leny (potencjalnie: komplet garnitur-spodnie, buty i torebka, stanelo na wyjasnieniu mi, jak dotrzec na miejsce - spanikowana i zabiegana ostatnimi czasy nie moglam sprawdzic wczesniej, gdzie miejsce potencjalnej pracy sie znajduje, a w ostatniej chwili - jak to zwykle bywa - nie dzialal internet, ktory dziala zawsze) nie zabilam nikogo po drodze.

Poza tym odwiedzilam najciekawsza jak do tej pory knajpe w Stambule. Moze popracuje przy organizacji festiwalu, ktory odbedzie sie w czerwcu. A jesli sie sprawdze, to przy czyms wiekszym, do wrzesnia. Wlasciciel knajpy zajmuje sie wlasnie roznymi takimi ciekawymi rzeczami. Ale tym na pewno nie bede sie ekscytowac, bo primo - robota na czarno, a do tego pewnie marnie platna. Choc na pewno ciekawa.


Amnesty

Dzis konferencja prasowa - roczny raport Amnesty. Nie jadam teraz nawet darmowych obiadkow, ale robie im reklame na uniwersytetach, a dzis wstalam o szostej, zeby pomoc ogarnac caly ten b..... W zasadzie pomagalam Hakanowi, a nie Amnesty. Wystapil w pieknej zielonej koszuli.


Esentepe/Esenyurt

... czy jak tam zwal miejsce, w ktorym bylismy dzis z Hakanem po wspomnianym wyzej wydarzeniu. Nie bede pisac, z jakich to przyczyn nas tam wywialo. Podroz w obie strony zajela cztery godziny. Musze przyznac, ze po raz pierwszy poczulam sie w Turcji nieswojo. Pewnie z powodu napiec, stresow i ogolnego niezrownowazenia w ciagu dni ostatnich (a szczegolnie dzisiejszego) W porownaniu z ta okolica moja Kumbarci Yokusu to jednak naprawde przyjemne miejsce, GaziOsmanPasa = centrum kultury i rozrywki, a Kayseri - raj na ziemi (to zreszta raj na ziemi swoja droga, bez koniecznosci jakichkolwiek porownan:)

Ide odebrac kolezanke z Alanyi.

Optum iyi aksamlar iyi geceler i tak dalej.

środa, 16 maja 2007

Sprostowanie (...i zdjec pare...)

Taka chce lodke......
...... i takie spacery (codziennie)......

......a z takim widokiem i w takim otoczeniu chce domek
Zdjec pare: spacer po Uskudar kilka weekendow temu.
Sprostowanie:
Moi Drodzy Zaniepokojeni Znajomi !
Nie oszlalam jeszcze ze smutku, ze za kilka dni moj fascynujacy zywot przemieni sie w kierat (choc dni, przyznaje, odliczam...) - a konkretniej - telenowel nie ogladam (choc moze powinnam zaczac, w pizamce, z winem i lodami...) Chocby dlatego, ze nie mam telewizora.
Oswiadczam pod przysiega, ze jedyna stycznosc z tureckimi serialami mialam w lutym tego roku, gdy spedzalam wieczory (a raczej 20 minut dziennie z cayem) w towarzystwie sasiadow w GaziOsmanPasa. Mialam wtedy przyjemnosc obejrzec fragmenty moze 3 seriali (w tym jednego dwukrotnie) i szczegolowo wypytac gospodynie domowa (i jej bezrobotna - jeszcze wowczas - corke) o fabuly tych kilku tasiemcow. Natchnelo mnie, zeby ponownie poruszyc temat telenowel, gdy kilka dni temu zobaczylam wspomniany wczesniej turecko-grecki hardcore, ktory zrobil na mnie niesamowite wrazenie. Jak najszybciej wyszperalam go w internecie i zrobilam ogolny serialowy research (tak, tak, od internetu za to jestem nieuleczalnie uzalezniona, ale o tym chyba wspominac tu nie musze...)
Co poza tym? Poza tym jeden wielki bol glowy, dlatego wole pisac teraz o serialach, zamiast o sobie.

poniedziałek, 14 maja 2007

Turkish Soap Operas... (to be continued)

Cecha charakterystyczna tureckich telenowel jest ich wyjatkowy dramatyzm. Pary kloca sie czesto i gwaltownie, pelna napiecia muzyka (czasem naprawde dobra, jak w serialu “Sıla”, gdzie mozemy uslyszec slynna Sezen Aksu) poteguje emocje. Serialowe rodziny nieco chetniej niz w polskich tego typu produkcjach ingeruja “zyczliwie” w decyzje mlodych.

“Oswajanie” sasiadow

W jednym z tureckich tasiemcow zakochana para stawia czola problemom na poziomie nie tyle rodzinnym, co wrecz politycznym. “Yabancı damat”, czyli “Zagraniczny ziec” (tytul serialu, a zdjecie powyzej) jest bowiem Grekiem. Niko musi zatem bardzo sie starac, by zyskac zaufanie (a co dopiero sympatie) zamoznej rodziny wybranki pochodzacej z poludniowo-wschodniej Turcji.

Co warte podkreslenia, chlopak nosi ubrania we wszelkich odcieniach blekitu (tak jakby producenci serialu chcieli stale przypominac widzom o pochodzeniu kontrowersyjnego wybranka Turczynki). Zastanawiajace jest, czy kiedykolwiek przywdzieje barwy czerwono-biale (kolory flagi tureckiej). Byc moze w ostatnim odcinku serialu, kiedy to obie rodziny (i nacje) sie pojednaja (bo do pojednania dojsc musi).

“Matka-Turczynka

Wazne miejsce w tureckich tasiemcach nalezy sie dzieciom. Czesciej niz w polskich telenowelach kobiety poswiecaja dla potomstwa swoje zycie osobiste i zawodowe (i sytuacje zmuszajace je do tego sa bardziej dramatyczne).

Serialem o niezwykle wydumanej fabule jest “Bin Bir Gece”, czyli “Tysiac i jedna noc”. Glowna bohaterka ma naturalnie na imie Şeherezat (Szeherezada). By zdobyc 200 tysiecy dolarow na leczenie syna (ktory ulegl wypadkowi samochodowemu, wydobrzal w szpitalu, gdzie jednak lekarze wykryli u niego nowotwor) postanawia spelnic zyczenie bogatego biznesmena – spedzic z nim jedna noc. Syn wraca do zdrowia, biznesmen zakochuje sie w Szeherezadzie. Gdy mezczyzna dowiaduje sie, na co ta przeznaczyla przekazane jej pieniadze, trawia go wyrzuty sumienia. W kolejnych odcinkach, zgodnie ze schematem, pragnie naprawic wyrzadzone zlo i zdobyc serce niechetnej – jak sie mozna domyslic – kobiety.

Wiele kanalow (a jest ich naprawde imponujaca liczba) moze czesto pochwalic sie az dziesiecioma telenowelami......

Tureckie kalorie i (?) witaminki (?)





Powyzsze zdjecia zostaly zrobione w ciagu jednego dnia i przedstawiaja, co nastepuje:
1. Parowkowa kanape.
Sniadanie w obskurnej knajpce w Kadikoy. Kalorii starczylo na kilka godzin (zwiedzanie kilku ksiegarni i bazarku z owocami morza)
2. Cig kofte (zawsze myle z uwielbianym przeze mnie jedzonkiem pt. icli kofte - mam nadzieje, ze teraz nie namieszalam)
Pikantny (chyba, ze moj zoladek wyjatowo delikatnym jest... a nie sadze, bo przyprawy wszelkie uwielbiam) lunch; w tle ukochany ayran (jak wiemy - taki slony jogurt - powoli przestaje go naduzywac)
3. Midye (faszerowane malze) i mercimek salatasi (salatka z soczewicy - naduzywam tylko mercimek corbasi = zupy z soczewicy), do tego mialo byc kirmizi sarap (czerwone wino, nie widac na zdjeciu), ktore nie zostalo jednak otworzone.
W nocy - jak mozna sie domyslic - bolal mnie zoladek. Postanowilam przejsc na diete nie-pikantna i nie-bardzo-miesna.
(...jestem jednak przekonana, ze wspomniane wino pomogloby na trawienie...)

poniedziałek, 7 maja 2007

Hıdrellez


Nahıl (drzewko szczescia) z daleka

Nahıl z bliska

Nahıl z bardzo bliska
Mam nadzieje, ze spelni sie zyczenie, ktore nabazgralam na chusteczce higienicznej i powiesilam na powyzszym "drzewku".
Hıdrellez to powitanie wiosny. Co roku w nocy z 5 na 6 maja na ulicy Ahırkapı w Stambule (i pobliskich uliczkach) odbywa sie uroczystosc z okazji pozegnania zimy, a zarazem spotkania na ziemi dwoch prorokow:
nazwa Hıdrellez = Hızır + Ilyas
(w bardzo duzym skrocie): Hızır wypil "wode zycia". Wraca na ziemie kazdej wiosny, by rozwiazywac ludzkie problemy i... spelniac zyczenia...
... wlasnie. Poza drzewkami (bylo jeszcze jedno mniejsze) wykazano sie niezwykla kreatywnoscia, jesli chodzi o sposoby "na spelnianie zyczen". Na scianie jednego z budynkow wisialy na przyklad cztery przesciedla w roznych kolorach, z podpisami (po kolei):
PARA (pieniadze)
MUTLULUK (szczescie)
AŞK (milosc)
SAĞLIK (zdrowie)
Najwiecej osob wpisywalo sie przy... tak, tak - pieniadzach.
Najmniej - przy zdrowiu (szlachetne zdrowie...)
(... chyba najlepiej wybrac szczescie, szczescie wszystko "zalatwia"' prawda?)
ps. dobra wiadomosc dla leniwych - organizatorzy imprezy na stronie internetowej zapewniaja, ze zyczenia mozna wysylac takze droga mailowa......

środa, 2 maja 2007

......gaz na ulicach......





































Bezpiecznie i wygodnie (z okna tureckiego fast food'u - widok na plac Taksim). Policja przygotowuje sie do kolejnej walki z demonstrantami


6.00
Pobudka. Jedyny prom z Kadikoy odplywa o 7.15. Potem strona azjatycka ma byc odcieta od Europy. Poza tym ma nie dzialac metro, burmistrz miasta zarzadzil tez zamkniecie wielu ulic. Legalna manifestacja w Kadikoy (strona azjatycka) kontrolowana przez policje, nielegalna demonstracja na placu Taksim (w 30 rocznice krwawych zamieszek z 1977 roku, gdy policja zastrzelila 34 osoby). Spotkanie nielegalne okazja do manifestacji niezadowolenia z ostatnich wydarzen w kraju.

7.35
Poczatek spaceru z Karakoy na Taksim. Grupki policjantow na kazdym rogu. Podsluchujemy rozmowe dwoch z nich - planuja posadzic cywilnych w kazdej knajpie na Galipdede Caddesi (tam jest biuro Amnesty) i nie wpuszczac turystow. Mijamy Tunel. Kontrola. Rozmawiamy po angielsku, udajemy turystow (pijemy swiezy sok z pomaranczy i rozgladamy sie wokol radosnie - "ooo, jaki ladny budynek...") Jeden z policjantow mowi, ze chyba jestesmy turystami, drugi odpowiada, ze to bez znaczenia, i przeszukuje nasze torby. Sa bardzo uprzejmi, nie zabieraja mi aparatu.

8.00
Siadamy na drugim pietrze Simit Saray. W knajpie sami policjanci. Jedza sniadanko i zartuja radosnie. Dzien jak co dzien. Specyficzna, ale mila atmosfera. Wyszlyby cudne zdjecia, ale nie mam odwagi wyciagnac aparatu, zeby im tak po oczach... Na drugim pietrze policji brak. Siadamy przy oknie. Piekny widok na Taksim. Policja. Policja. Policja. Ma byc ich w koncu 17 tys. Robi wrazenie, prawda?

8.00-12.00
Czekanie. Dzwoni znajoma Amerykanka, ktorej szkola odwolala wlasnie zajecia. Mowi, ze chetnie do nas dolaczy. Po kilku minutach pijemy juz we trojke herbatke.
Na placu zjawia sie grupa legalna, ktora uzgodnila z policja, ze zlozy wieniec przy pomniku i sobie pojdzie. Zlozyli wieniec i sobie poszli.
Po jakims czasie zjawia sie pierwsza grupa nielegalnych (DISK - konfederacja zwiazkow zawodowych). Wychodzimy na plac, kolo hotelu Marmara. Przemawia prezydent DISK. Chca pokojowej manifestacji, by uczcic ofiary zamieszek z 1977 roku. Trzymaja kwiatki.
Gromadzi sie coraz wiecej policji. Podjezdza czolg z armatkami wodnymi. Policja spycha nas z placu w kierunku Istiklalu, dajac wyraznie do zrozumienia, ze musimy w tej chwili zdecydowac sie, ktora strone wybieramy, bo potem nie bedzie juz odwrotu. Poniewaz nie chcemy byc deportowane (i poniewaz boimy sie policji), wycofujemy sie. Powolutku. Zaczyna to irytowac policjantow. Szczegolnie ciagle pstrykanie zdjec. Postanawiamy wrocic do Simit Saray.
Zaczynaja pojawiac sie kolejne male grupki. I pierwsza wieksza grupa, ktorej udalo sie przedrzec przez policyjna barykade przy Dolmabahce (fatalna organizacja sprawila, ze policji udalo sie systematycznie zgarniac male grupki z Dolmabahce do radiowozow. Ci, ktorzy pechowo stawili sie tam za wczesnie, byli automatycznie zabierani. Moj szef, ktory byl tam z zona i tesciowa, powiedzial, ze policja nie zalowala gazu, mimo, ze demonstranci nie zaczynali zadnych bojek).
Znajomy Turek wychodzi do tlumu. Po kilku minutach dzwoni i mowi, ze policja nie chce wpusic go z powrotem do Simit Saray. Utworzyla barykade tuz pod naszymi drzwiami. (...jak dowiaduje sie od niego duzo pozniej - nie chcial mnie w tamtym momencie stresowac - na pytanie, czy nie moze wejsc na chwile do srodka, bo sa tam jego zagraniczni znajomi, komputer i kurtka, policjant odpowiada uderzeniem palki, a inny go popycha). Po chwili spotyka na szczescie znajomych prawnikow (jeden z nich ma biuro w alei Istiklal, beda wiec bezpieczni, jesli sytuacja sie pogorszy)
Po poludniu widac juz tlumy zblizajace sie do Taksimu z kazdej strony placu. W pewnym momencie najwieksza grupa policjantow gromadzi sie na poczatku alei Istiklal. Tlum demonstrantow siega (wedlug relacji znajomych) Galatasaray Lisesi (czego zobaczyc niestety nie moge). Robie zdjecia i kilka krotkich filmow. Podjezdza samochod (ciezarowka?) z armatkami wodnymi i gazem. Pracownik Simit Saray zamyka wszyskie okna. Policja puszcza gaz. Centralnie pod naszymi oknami. No, faktycznie, wygodne miejsce sobie wybralysmy. Robie ostatnie zdjecia, biegniemy na tyl budynku. Dziwne uczucie. Chyba glownie zaskoczenia. Nie spodziewalam sie, ze moge ucierpiec siedzac na drugim pietrze budynku z zamknietymi (fakt, nieszczelnie) oknami.

Po 15, 20 minutach, policja kaze nam wyjsc. Istiklal jest pusty. Na ulicy sami dziennikarze. Robia zdjecia pozostawionym butom, porozrzucanym ulotkom i flagom. Idziemy wolno w glab ulicy. W zaistnialej niekomfortowej sytuacji planuje skrecic jak najszybciej w lewo lub w prawo i udac sie bocznymi uliczkami do swojego mieszkania. Powoli zaczynam jednak watpic, czy jest to dobry pomysl. Z Istiklalu biegnie w nasza strone spora grupa policjantow. Strzelaja. Wbiegamy do najbliszej rastauracji. Przestraszeni pracownicy wymachuja rekami, krzyczac: kapali! - czyli: zamkniete! Chyba nie sadza, ze nas stad wyrzuca... Wbiegamy na pierwsze pietro. Tym razem mniej sie nam dostalo. Pracownicy restauracji daja nam cytryny (neutralizacja gazu). Solidarnosc gora.
Wychodzimy na zewnatrz. Amerykanka spotyka dziennikarza z Turkish Daily News, rozmawiamy chwile. Podchodzi chlopak, ktorego widzialam w sobote na manifestacji w Kadikoy (rzuca sie w oczy: ma dlugie blond dready, rzadki to widok na tureckich ulicach). Dowiaduje sie, ze jest z Norwegii. Chlopaki biegna dalej, ja i kolezanka podejmujemy decyzje o udaniu sie do mieszkania znajomej (w celu zdania relacji i wypicia szklanki wody).

Wybieramy rownolegla do Istiklalu Tarlabasi Bulvari. Po drodze kolejna grupa policji, kolejna gazowa strzelanina, ale juz znacznie dalej. Kupujemy lody. Wygladamy jak dwie slodkie idiotki, gdy mijamy grupe policjantow pytajac, czy jest juz bezpiecznie i mozemy wrocic do domu. Ci z politowaniem kiwaja glowami i nas przepuszczaja. Po drodze mijamy grupy turystow relaksujace sie przy kawie niedaleko Tunelu, tuz obok rozsianych po katach malych grupek policjantow.

Znajoma zgodnie z planem daje nam wode. Podekscytowane, nie mozemy jednak dlugo usiedziec w miejscu. Idziemy do biura podlaczyc sie do internetu i nawiazac kontakt ze swiatem.

ps. cala noc snila mi sie policja.