poniedziałek, 12 lutego 2007

Ortakoy i rybki...

Piatkowy wieczor uznaje za udany z powodu widoku z Ortakoy (zdjecie powyzej).

Spotkanie z przyjacielem przyjaciol potwierdzilo tylko, ze nie bedziemy przyjaciolmi.


W sobote spotkalam sie z kurdyjskim kolega z IHD (ktory na kazdym kroku podkresla swoja "kurdyjskosc" - bardzo... bardzo... za bardzo... - mysle, ze uczenie mnie kurdyjskiego to jednak pewna przesada...) Poszlismy do centrum kultury Mezopotamii, gdzie chyba reguralnie spotyka sie kurdyjska spolecznosc - byla jakas sztuka, wiec oponowalam (...po kurdyjsku oczywiscie).


Z kolega i kolezanka kolegi udalismy sie wiec na piwo (bardzo oryginalnie jak na sobotni wieczor). Kolezanka w polowie drogi uznala, ze ma ochote wracac do domu. Wziela moj numer telefonu i obiecala zadzwonic (ciekawe...) Odprowadzilismy ja na przystanek (kolega wyjasnil potem, ze wstydzila sie przyznac, ale musi wracac, bo ma apodyktycznego tate), po czym udalismy sie do malej obskurnej knajpki na hamsi (takie male smieszne rybki, cos w rodzaju sardynek... a moze wlasnie sardynki). Na tyle obskurnej, ze musielismy usiasc na zewnatrz (pomimo, ze nie przeszkadza mi zapach ryb, tego zniesc nie moglam). Przytulne miejsce. Bez ironii. Lubie te male tureckie "restauracyjki", do ktorych nigdy w zyciu nie weszliby moi znajomi z Kayseri.


Po rybnej uczcie udalismy sie na sobotnie piwo na Nevizade, do baru prowadzonego przez dlugowlosych braci blizniakow. Piwo wypilam jednak jednym haustem, postanawiajac nie spotykac sie wiecej z kolega. Nawet, jesli grozic mi bedzie wieczne samotne sobotnie szwedanie sie po Taksimie.

Potem na przystanku poznalam kilku dziennikarzy z Gundem.




Niedziela z sasiadka, jej kuzynka oraz chlopakiem kuzynki. Grecka knajpa na Balik Sokagi (ulica Rybna... znow te ryby), a potem kino i - ku mej radosci - film turecki.


Film Barda to przemoc przez duze P plus pseudopsychologiczna naiwna interpretacja (ostatnie dziesiec minut filmu - pozostale to wlasnie owa przemoc).

Grupa znajomych siedzi w pubie. Przychodzi grupa oprychow. Zwiazuja mlodziez, bija, gwalca (nawet tna zyletkami...). Potem jest rozprawa. Zli panowie trafiaja za kraty. Nastepnie na zlych panach wyzywaja sie wiezniowie. Zli panowie zostaja zabici. Za kratami. Powiedzialam nowym znajomym w kilku slowach, co sadze o filmie. Mialam pecha - okazalo sie, ze kuzynka jest asystentka rezysera filmu. O czym nie poinformowano mnie wczesniej. Powiedziala dobitnie, ze "film jest dobry".

Ide na impreze Amnesty do baru Cambaz.


Iyi aksamlar arkadaslarim [milego wieczoru przyjaciele]

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Margot zawsze mowila, ze przyjaciele naszych przyjaciol nie sa naszymi przyjaciolmi.....

cok mutlu agatka pisze...

Oooo...
Nie pamietam:-)
Margot rozne ciekawe rzeczy mowi i mowila, ale tego akurat sobie nie przypominam

Co z laleczka?

Anonimowy pisze...

bo Margot rozne szalencze mysli placza sie po glowie.... :))))
Co do laleczki... Margot dzierga juz wlos rozwiany...

cok mutlu agatka pisze...

wiesz, tego wlosa to tylko troche, lysina raczej...

a powaznie juz - cos nowego szalenczego przyszlo Margot do glowy?