poniedziałek, 26 lutego 2007

Pada pada snieg snieg snieg

A fuj. To o sniegu.

Korzystajac z okazji, ze pada (snieg), a ja jestem nieprzytomna po ubieglej nocy (mimo przespaniu az 9-ciu !!! godzin), wstawiam kilka zdjec.


Co lubie w Stambule...




















Moje zdrowe sniadania polykane rano...




























Moja kochana uliczke mijana w drodze do pracy...























Statki...





















I mosty...






















Warzywa i owoce...






















Oraz owoce morza...



A tu spedzilam jedna z pierwszych nocy w Stambule (Zeytinburnu squat... mieszkanie robotnicze)


















sobota, 24 lutego 2007

Ostatnie wynurzenia przed lotem

I myslala, ze widzi sie z inna Agata.


Selcen zna jeszcze jedna Agate. Z Warszawy. Ktora zna turecki. I ktora poznala podczas konferencji.

Ciekawy zbieg okolicznosci.

Slusznie przewidywalam, ze szykuje sie interesujacy wieczor.


Selcen opowiadala o swoich badaniach w Brukseli. I przyjazni z zamoznym Marokanczykiem. Ja bylam dosyc nudna. Mowilam o pracy. No i rozczarowalam ja chyba brakiem romansow.

Ma mnie oprowadzic po uniwersytecie i zapoznac z polskimi erazmusowcami.

Nie wiedziala, ze Amnesty ma oddzial w Stambule. No, niezle sie promuja chlopaki. Ale to juz wiemy.

Selcen przekonywala mnie, ze musze koniecznie spotkac sie z Mevlude. Ze to bardzo przydatny kontakt. Zachwyca mnie ten wszechobecny turecki entuzjazm.


A jak spedzilam piatkowy wieczor?

Otoz wybralam sie na koncert zespolu grajacego covery Korna do Bronxu. Teraz mam juz lat 14, a nie 16.

Podobno Duman zaczynal od Bronxu. I Replikas. I ponoc to miejsce jest zawsze wypelnione po brzegi. Po kilku milych imprezach musialam jednak trafic na cos "takiego".

Wokalistka byla KOBIETA, w tle lecialy teledyski Rammstaina (pewnie z bledem... NIENAWIDZE Rammstaina czy jak to tam zwal), sala byla wypelniona w 10%, a za wstep trzeba bylo zaplacic 10 lira. No dobra, piwo bylo w cenie. Ale mialam tak dobry humor, ze nic nie bylo w stanie mnie dobic. A caloksztalt przedstawial sie na tyle interesujaco, ze mialam ubaw przez kilka godzin.


Sasiedzi.

Orzneli mnie.

A raczej nie sasiedzi, a mili ludzie, ktorzy udostepnili mi swoje zasyfiale, opustoszale od pol roku mieszkanie, w ktorym marzlam i ktorego staralam sie unikac (no, nocowalam tam) ze wzgledu na temperature i warunki higieniczne. A narzekam, bo......

Lubie jasne sytuacje. Jesli mam placic tylko za rachunki, a nie za wynajem, jestem przygotowana na to, ze zaplace sume, ktora pojawi sie na rachunku wlasnie. A nie na to, ze "sasiad powiedzial wczoraj, ze chce 250 lira". Dodam, ze 250 lira to nie majatek (okolo 500 zlotych) ale chodzi mi o "zasady" (taka sie robie zasadnicza na stare lata).

Amerykanka placi 300 lira za mieszkanie na Taksimie - wynajem plus wszystkie oplaty (no dobrze, mieszka z dwojka Wlochow, ale wszyscy maja osobne pokoje i sa "niewidzialni"). Turczynka, do ktorej mam sie niebawem wprowadzic, placi 450 za wynajem i... mniej niz 100 za oplaty (co bedziemy dzielic na pol), a mieszka w duzo przyjemniejszej okolicy (samo mieszkanie jest tak samo "czyste" - nie oczekiwalam cudu - ale okolica przyjazniejsza, i, przede wszystkim, maksimum pol godziny do pracy).

Czepiam sie, wiem. Ale marzlam przez 3 tygodnie (nawet niecaly miesiac) i po prostu chcialabym zobaczyc rachunek. Ale nie. No to nie.

Agresja zaczela we mnie powoli narastac juz wczoraj w nocy. Po smiesznym koncercie trafilam na NAPRAWDE SZALONEGO TAKSOWKARZA, ktory nie mogl scierpiec tego, ze padal deszcz i sa korki. Jechal jak wariat, puszczal laz müzik - podkreslajac z duma, ze pochodzi z rejonu Morza Czarnego. Potem nie mogl trafic na moja uliczke (mimo, ze instruowalam go dokladnie... pozostali dziwni taksowkarze jakos mogli sie ze mna porozumiec), pedzil, kluczyl, az sie w koncu zgubilismy. Do akcji wkroczyli lokalni taksowkarze i wszyscy razem dotarlismy szczesliwie do domu.

Happy end.

A do tego mowil (krzyczal) z - przyznaje ze wstydem - niezrozumialym dla mnie akcentem.

Ale juz jest dobrze. Nie marudze. Siedze sobie w kafejce. Nic sie dzis nie dzieje. To znaczy dzieje sie pewnie bardzo duzo, ale ja w niczym nie uczestnicze. Moja Angielka idzie na jakies party z tymi angielskimi kobitkami po 40-ce. Ja tez teoretycznie jestem zaproszona, ale jakos nie moge po tym Kornie... Za duza roznica wieku. Przepasc niemal.

Wroce grzecznie do domu i poucze sie rozmowek.

A jutro to, co tak bardzo lubie... Samolot.

Zdjecie: widok z okna pewnego klubu.

piątek, 23 lutego 2007

Gule gule Istanbul

Gule gule [pa pa], ale tylko na tydzien.

Dostalam jakies rozowe piguly od sasiadki, z zoladkiem troche lepiej. Zwracam honor aptekarzowi: zamiast "midem cok ariyor" powiedzialam "karnim cok ariyor". Pan myslal zatem, ze chodzi o brzuch, a nie zoladek.

Za chwile widze sie z moja dziennikarka na zwiedzanie mieszkania.

A potem Selcen i jej znajomi. Caly czas przekonuje mnie, ze ich poznalam, podczas "tego seminarium w Polsce". Nie mam pojecia, o czym mowi. Zapowiada sie wiec ciekawy wieczor. Moze mysli, ze spotyka sie z jakas inna Agata... ale swiat nie jest chyba az tak maly?

W sobote wybieram sie na koncert. Jeszcze nie wiem jaki, ale juz postanowilam.

Chcialam serdecznie podziekowac za Welcome Party, ktore odbywa sie z okazji mojego przylotu w TA SOBOTE do Polski. Bardzo chetnie, wolalabym jednak przyszly weekend, bo wtedy bede mogla w imprezie uczestniczyc. A powaznie - dziekuje za inicjatywe Moja Droga.

Na zdjeciu rybki na Besiktas.

czwartek, 22 lutego 2007

Besiktas... bizim canimiz

To niby z piosenki fanow tej druzyny, ale ja o ciuchach.

Bylam wczoraj na zakupach na Besiktas. Wszystko po 5 lira…

I cudowny targ rybny. I warzywka. I owoce. Postanowiłam tam zamieszkac. Zeby codziennie rano z wiklinowym koszykiem na ten targ chodzic...

Chyba sie splucze. Programu Mlodziez na to nie stac. Mnie tymbardziej. Ale... Napisala dziennikarka z Cumhuriyet. Mam jutro obejrzec nowe (Insallah!) lokum.

Turczynko-Francuzka ma bardzo ciekawe spostrzezenia na temat Turcji. Tak ogolnie i tak bardziej szczegolowo (rodzice sie troche angazowali politycznie... wyjechali do Paryza, zeby poczuc sie swobodniej). Przegadalysmy caly dzien (probowalysmy po turecku, ale jestem jeszcze cienka).

Kolezanka tez chce wyniesc sie ze swojego ciasnego toksycznego pokoiku. Wspollokatorka - studentka malarstwa - rozstawia wszedzie swoje farby i plotna. Mozna sie udusic juz po przekroczeniu progu (a ja lubie zapach farby i innych chemikaliow... wiec to mieszkanie musi byc naprawde mega toksyczne). No i nie ma lozka. Tylko jakis materac w kacie. Wyglada to zabawnie. Naprawde.

Angielka w swoim mieszkaniu w zasadzie nie nocuje. W weekend odzwiedzila znajomych znajomych ("Ale weekend, dziewczyny... Troje Angoli, wino i Monopoly. Nie ma to jak poznawac Istanbul..."), zeby uniknac toksycznego ataku przeciwpchelnego (wlascieciel mieszkania rozpylal jakies anty-insektowe swinstwo). Teraz spi biedactwo po 12 h, bo nie moze sie dobudzic. Sasiad z chemikaliami zaszalal. Padly nawet karaluchy (leza w rzadku w kuchni...). Kolezanka czuje, ze tez niedlugo padnie. Dlatego szuka nowego domu (w tym miala przynajmniej pralke... pozazdroscic).

Niemka ma scysje z jednym wspollokatorem, ale lubi dwoch pozostalych, wiec moze sie jakos przemeczy. Mieszka z trzema studentami. Podstawowym problemem sa chyba kwestie higieniczno-porzadkowe.

Zdjecie: Besiktas. Podobaly mi sie kolory.

Zdradliwa watrobka

Zostalam sama w pracy.

Co oznacza, ze sa „tylko” pracownicy. Dziewczyny sobie poszly.


Niemka poleciała na tydzien do domu. Skonczyla jej sie wiza turystyczna.

Turczynka siedzi u babci w Edirne.

Amerykanka jest very independent, wiec sobie poszla.

Angielka robi pranie (przyniosła do biura turecka instrukcje obsługi pralki, nie mogla rozszyfrowac… stad wiem o praniu).

Tylko ja siedze jak ten kolek. Szczerze mowiac, nie moge sie ruszyc.

Po wczorajszej kolacji jestem porzadnie struta („rodzina” zaoferowala mi watrobke – o dziwo smakowala… zdradliwa). Kupilam w aptece jakis lek (Buscopan plus). Sprzedawca powiedzial, ze dobry, bo niemiecki (w ogole myslal, ze jestem z Niemiec). Przekonywalam, ze zoladek boli mnie baaardzo…! Chyba nie uwierzyl, bo dal mi jakis badziew za 2 lira, skladajacy sie glownie z paracetamolu… nie mialam nawet sily sie wczytac, od razu polknelam. Teraz widze, ze jakies cienkie to „lekarstwo”.

Tworze kolejna baze danych. Rewelacja.

Campaigner powiedział, ze radzi mi dzialac niezaleznie i nie sugerowac sie mimoza od młodzieży. To budujące (pewnie patrzac dzis na mnie uznal, ze jestem porzadnie sfrustrowana/zalamana. A to tylko niewinne jedzonko tak na mnie podzialalo).

Umowilam sie wiec z poznana dawno temu turecka kolezanka i jakimis jej znajomymi z uniwersytetu Bahcesehir. Napisala tez Mevlude (nie pamietam, czy z undp czy z unfpa), ale z nia spotkam sie pewnie w Ankarze.


Na zdjeciu Cem Adrian w Beyoglu Hayal Kahvesi (zasugerowalam sie jego oficjalna strona, a chlopiec raczej wymemlano-punkowy… do tego naprawde potrafi spiewac... basem i sopranem. nie falszuje!)

wtorek, 20 lutego 2007

Ben Bu Sarkiyi Sana Yazdim


…a wracajac do relacji…

Spotkalam sie z koordynatorka ds. mlodziezy w Stambule. Nic nie skumala. Odnioslam wrazenie, ze zaskakuja ja i nieco niepokoja moje pomysły. Sama nie miala zadnych. Okazalo się, ze probowala KIEDYS zaktywizowac mlodziez. Zorganizowala nawet JAKIES spotkania. Ile? Chyba trzy. Kiedy? Kiedys…

Co za rozczarowanie.


Stazystki sa cudowne. Uwielbiam Turczynke (urodzona we Francji, mieszka cale zycie pod Paryzem, a teraz konczy studia w Niemczech) i powoli przekonuje sie do Niemki.

Niemka zwiedzila kilka miejsc w Turcji, była miedzy innymi w Urfie, ale przede wszystkim… podróżowała po Syrii. A jakis czas temu spedzila kilka miesięcy w Ameryce Południowej. Marzy jej się powrot do Urugwaju i zamieszkanie tam na stale.

No to taka urocza historia była.

A teraz schodze na ziemie.

Dostalam wlasnie informacje z TOMER’a na temat tegorocznych kursow. Zapisuje sie na taki dwumiesieczny po 10 godzin tygodniowo, od marca. Pisze oficjalnie, na forum, zeby mi sie nie odechcialo w miedzyczasie. Prosze mnie trzymac za slowo...!


Ide na koncert Cema Adriana.
Zdjecie z Cambaz baru. Taki mam jakis zamglony nastroj jak to zdjecie.

poniedziałek, 19 lutego 2007

Manu Chao, Kayseri i zly taksowkarz Yunus


Impreza cudowna. Klimaty ankarskiego Golge. Poczulam, ze znow mam 16 lat.


A powaznie...


Poznalam slodkie dziewcze z Bulgarii, ktore na wstepie podalo mi swoj numer telefonu i zaczelo sie zwierzac ("I will tell you something in secret... I don't like Turkish people, you know?" - ku mojemu zaskoczeniu i lekkiemu przerazeniu...). Wychodzac, zegnala sie ze mna wylewnie (mysle, ze procenty jej troche uderzyly... maja slabe glowy w tym kraju... nawet Bulgarki!). "Koniecznie musiamy sie spotkac... Oprowadze Cie po Kadikoy".


Poznalam tez poczatkujaco-niedoszla pisarke. Ustalilysmy na wstepie, ze zrobimy wspolna promocje naszych ksiazek w Polsce (pod warunkiem, ze kolezanka wyrobi sie z pisaniem do konca roku).


A z powazniejszych rzeczy - zaproponowala mi, zebym sie do niej wprowadzila (slyszac, gdzie mieszkam, ostentacyjnie uderzyla glowa w stol i lezala tak przez kilka sekund. Zapytala, czy jestem masochistka - najpierw Kayseri, teraz nawet w Stambule dziwne miejsce wybieram... Chcac ratowac sytuacje (kolega, ktory siedzial obok, pochodzi z Kayseri) odpowiedzialam, ze "lubie tradycje".


DJ (ruszal sie wredny, choc go prosilam, zeby sie nie ruszal - stad zdjecie rozmazane) opusil impreze okolo 1.30. Wiec my rowniez (dziewczyna DJ-a sie wstawila i musial sie nia zaopiekowac... no comment).


Udalismy sie ze znajomymi na nocnego kebaba (kebabiarnia Bambi z sarenka w logo... urocze). Potem wsadzili mnie do taksowki. Kochane dziewcze dalo mi jeszcze 10 lira "na wszelki wypadek" (turecka, nigdy nie konczaca sie, opiekunczosc).


Wiem juz na przyszlosc, ze powinnam sama wybierac sobie taksowkarzy.....


Mlody wyzelowany taksowkarz Yunus chcial umowic sie - UWAGA - na kawe do Pierre Loti. Zaczne miec chyba obsesje na punkcie tego miejsca.


Nastepnym razem zadzwonie po taksowkarza Ahmeta. Jesli bede potrzebowac taksowki i jesli trzeba bedzie sie rozprawic z taksowkarzem Yunusem.

Eyup Sultan Heights - niedziela turystyczna


Alez ze mnie ignorantka.

Mieszkam niedaleko samego Eyup Sultan Camii. "Jest to trzecie z kolei najswietsze miejsce swiata muzulmanskiego, po Mekce i Jerozolimie" [jak w moim malym przewodniczku wyczytalam].

Dopiero kilka dni temu zainteresowalam sie historia "mojego regionu".
Natchnal mnie artykul w Turkish Daily News.

Dowiedzialam sie mianowicie, ze burmistrz Eyup'u (rejonu Eyup? jaki jest podzial administracyjny Stambulu? mieszkam w "okregu"/"rejonie" Gazi Osman Pasa, a Eyup nieopodal - w TDN Eyup nazwano "conservative district") zglosil propozycje zmiany nazwy Pierre Loti Heights na "Eyup Sultan Heights". Co nam tam bedzie jakis francuski poeta przeszkadzal, skoro "Eyup Sultan, a holy man and disciple of Prophet Mohammed, was buried near the site in 1458 and his remains are in the mausoleum there known as a 'Turbe' " i mozna okoliczne wzorza przemianowac...?

Ale nie przemianowano. W wieczor walentynkowy przeglosowano propozycje burmistrza i pomysl upadl. Zostanie Pierre Loti.

Dreczona wyrzutami sumienia (ta wspomniana ignorancja) postanowilam zobaczyc w niedziele slynny meczet i pokrecic sie po Eyupie. Odwiedzilam Turbe tuz przed namasem. Pierwszy raz mialam okazje zobaczyc, jak wierni gromadza sie przed modlitwa. Niesamowity widok. Zawsze staralam sie unikac godzin namasu i wchodzic do meczetu, kiedy jest tam jak najmniej ludzi (zebym mogla swobodnie sie pokrecic i nikomu nie przeszkadzac). Tym razem wtopilam sie w tlum i pol godzinki pokrecilam wokol, obserwujac ludzi i czekajac, az ostatni modlacy sie opuszcza meczet.

Wygladalam chyba na niezla sierote, bo mily mlodzian sprzedajacy ksiazki postanowil przyjsc mi z pomoca. Zaprowadzil mnie do srodka, gdyz szedl akurat sie pomodlic (tlumaczylam, ze wiem, gdzie, tylko czekam, az wszyscy wyjda... ale mnie zaciagnal). Grupka mezczyzn jeszcze sie modlila. Pan od ksiazek pomachal w moja strone, dajac do zrozumienia, zebym sie nie stresowala i pozwiedzala. Ale jak ja moge tak lazic ludziom przed nosem, kiedy sie modla? Usiadlam wiec w kaciku i tak spedzilam kwadrans.

Pan od ksiazek zyczyl mi milego zwiedzania i wrocil do stoiska.

Ja pokrecilam sie jeszcze po centrum Eyup'u, spedzilam pol godziny w kawiarni (wypilam visne suyu, sahlep, a po tym makabrycznym zaslodzeniu gorzka herbate). Cos tam sobie poczytalam, popisalam (pan kelner poproszony o czysta kartke przyniosl mi cala ryze papieru.

Zapomnialam dodac, jak dotarlam do meczetu. Wiedzialam gdzie wysiasc, ale zeby sie upewnic (jako ze musze byc zawsze w 101% pewna) zapytalam kierowce, czy to na tym przystanku mam wysiasc, zeby dotrzec tu i tu... Mezczyzna siedzacy obok kierowcy powiedzial, ze i owszem. I ze tez tu wysiada.

Wysiadl i zaczal zadawac standardowe pytania, a po minucie (prowadzac mnie boczbymi uliczkami, tak, jakby nie bylo glownej) ze pojdziemy teraz na kawe do Pierre Loti (ta kawiarnia mnie chyba przesladuje). Ja na to, ze nie pojdziemy, ze ide do meczetu i ze dziekuje za pomoc. A ten, ze on ze mna meczet zobaczy, a potem pojdziemy do kawiarni. No to ja, ze do kawiarni to ja ze znajomymi pojde, a teraz do meczetu SAMA. A jemu dziekuje bardzo za pomoc - raz jeszcze. To on sie pyta, czy znajomi na mnie czekaja w meczecie. No to ja przechodze przez jezdnie. Patrze, a Pana-Przewodnika-Z-Zamilowania po drugiej stronie ulicy juz nie ma.

W urzedzie miasta (rejonu Gazi Osman Pasa?) bylo w piatek o 14 spotkanie z samym basbakanem. Mialam sie wybrac, jednak zobaczylam Erdogana tylko na szklanym ekranie, siedzac w knajpie przy Galata Kule i jedzac pide z kolezankami po naszej fryjerskiej eskapadzie. Tak... juz w Kayseri planowalam sie udac na spotkanie z premierem. Wtedy tez jakos nie wypalilo.

Zdjecie z Eyup Sultan Cami.

sobota, 17 lutego 2007

Nostalgicznie



















Obejrzalam film, ktory rozwalil mi weekend.

"Conversation With Other Women". Polecam (www.conversationsthemovie.com)

No, chyba ze nie jest az tak dobry, a tylko ja sie starzeje, i stad to... takie tam.



Zmusilam sie jednak do wyjscia z domu. Za pol godziny spotkanie przy Burger Kingu (szkoda, ze nie McDonaldzie) i wyprawa na impreze. Nawet pisze o tym "wyprawa". Chyba naprawde sie starzeje.

Poszlabym teraz do milej malej knajpki, usiadla na dywanie, zapalila nargile (wiem, wiem, po dwoch wdechach zrobiloby mi sie slabo) i posluchala jakiegos pana z wasem grajacego na bağlamie. Chyba zatesknilam za wschodem (Amerykanka jest zdeterminowana odwiedzic oddzial w Van.. wiec jest nas dwie.. wiec chyba sie wybierzemy).

Jeszcze a propos bağlamy (cos mnie dzis wzielo).
Na ulicy, na ktorej znajduje sie biuro Amnesty, jest kilkadziesiat sklepow z instrumentami (mniam...). Mimo, ze na zadnym nie gram, korci mnie, zeby kilka odwiedzic (poudaje, ze umiem grac na czyms poza podstawowkowym fletem plastikowym).

Mialam zobaczyc tyle miejsc. I odwiedzic przynajmniej Safranbolu. Minal miesiac, a nie widzialam nawet Topkapı.

Na razie kolejne zdjecie zastepcze (ciag dalszy watku muzycznego: okladka ukochanego zespolu).


W strone Burger Kinga marsz...

piątek, 16 lutego 2007

Rozkrecam sie



Widok na Galata Kulesi (ta wiezyczka, tuz przy mojej pracy) Zdjecie zrobione z Eminonu.


Ja, moja Angielka i moja Amerykanka, postawilysmy powierzyc nasze zmaltretowane wlosy tureckiemu guru fryzjerstwa, ktory potrzebuje "modelek" do filmiku edukacyjnego dla studentow ze swojej akademii (fryzjerskiej akademii, czy jak to tam zwal) Bedziemy sie swietnie bawic i jeszcze nam zaplaca. A potem mozemy przez rok bezplatnie korzystac z sieci jego salonow (choc pewnie nie codziennie...) Moja glowa zostanie wiec odmieniona w przyszla sobote. Taki change of look przed powrotem do ojczyzny.


Moj pomysl aktywizacji mlodziezy, organizacji debat na temat praw czlowieka i utworzenia students' group na razie bez odzewu. Youth coordinator nie odpisala. I szef jeszcze nie odpisal. No dobrze, on mial na to dopiero kilka godzin, dziewczyna ociaga sie juz drugi dzien (wlasnie... szefa nie ma od srody, co on sobie mysli? a to Fin jeden!)

Na poczatku marca mamy z Angielka szkolenie w Ankarze z jakas guru od komunikacji.


A teraz idziemy do kina.


Jutro prawdopodobnie calodniowa wycieczka na wysepke (pisze "prawdopodobnie", bo prom wyrusza o 9, a to znaczy, ze musze wstac o 7... w sobote... absurd, prawda?)

W sobote wieczorem kolegi impreza Manu Chao. Wysepka moze wiec bedzie musiala poczekac. Do wiosny!

Milego weekendu wszystkim zycze................................

ps. A Angielka ma pchly i inne robactwo w mieszkaniu, za ktore placi okolo 1500 zlotych... Jak widac nie tylko na dalekiej Ukrainie takie ciekawostki.................. :-)

czwartek, 15 lutego 2007

Sny, zlodzieje i prawa czlowieka

Okradli mi sasiadow.


We wtorek, jakos zapomnialam sie pochwalic.

Tych z gory - wstretnych, halasliwych. Darli sie wczoraj strasznie, ale byl mecz Fenerbahçe, wiec jestem w stanie im wybaczyc... W dodatku po zlodziejskiej traumie... (choc pogardzamy Fenerbahçe... i mamy kibicowac Beşiktaş... albo Galatasaray... zapomnialam)

Troche o snach.
Jakis tydzien temu snily mi sie sredniowieczne mury, pomyje i szczury. Rano, w drodze do pracy, spotkalam jednego (szczura) - przebiegl mi pod nogami (!!!)

Wlamanie plus szczury - niezly pretekst do przeprowadzki.

A dwa dni pozniej snilam, ze jade z autobusem z dzieckiem w wozku (chyba wlasnym - dzieckiem i wozkiem). Wsiada Zla Cyganka, chce porwac dziecko. Podchodze spokojnie, wsadzam dziecko z powrotem do wozka. Budze sie. Pierwsze napotkane osoby po wyjsciu z mieszkania - romskie dziecko z mama.


Wczoraj wieczorem poklocilam sie z sasiadem (nazywanym wczesniej Aniolem Wybawicielem) na temat praw czlowieka (wydalo sie, ze robie staz w Amnesty... nie moglam sie wiecznie ukrywac...). Stanelo ma tym, ze mam za duzo czasu na myslenie o duperelach. Ze moja praca to BULLSHIT. Wlasnie zadzwonil i zapytal, czy sie nadal gniewam.



Rano podczas sniadania poznalam Alego (ktory mnie obslugiwal) - absolwenta historii, pracujacego w Simit Sarayı. Mial chyba zamiar pocwiczyc angielski, ale pech chcial, ze spieszylam sie do pracy. Pech chcial tez, ze w ogole nie mowil po angielsku. Miejmy nadzieje, ze lepiej zna sie na historii. Moze uda mu sie zmienic prace.


Panie na zdjeciu - z mojej ukochanej uliczki pelnej instrumentow.

środa, 14 lutego 2007

Sevgililer Gunu


Moi Drodzy!


Dzis Sevgililer Gunu.

Valentine's Day.

Walentynki.


Mnostwo smiesznych reklam w tureckiej telewizji.


Wieczor z British Women naprawde ciekawy. Trzy Brytyjki, Amerykanka. I ja.


Naprawde sie staralam. Entuzjazm opadl jednak po godzinie i wyszlo na jaw, ze w glebi duszy jestem smetna, aspoleczna, pesymistyczna, Polka.
"Yeah... Right... That's interesting thought... Yeah... Hmmm... Yeah... Fascinating...". Hiperoptymizm.

Tez tak chce!


Zostalam zaproszona do szkoly, w ktorej uczy Amerykanka. Wymyslila ona bowiem, ze zacznie uczyc mlodziez wrazliwosci spolecznej i promowac idee wolontariatu poprzez zajecia nt. NGO właśnie.


Czuje troche, ze utknelam. Moj komputer zapelnia sie bezuzytecznymi bazami danych. Tego nie maja, tego chcieli, i to pozwoli mi nieco ogarnac local background... zaczynam sie jednak nudzic. Porobilabym cos sensownego ze studentami. Albo przy kampanii Stop Violence Against Women.




Sasiadka dostala wczoraj prace. Strasznie sie ciesze, biedna dziewczyna w koncu sie gdzies wyrwie. Przynajmniej nie bedzie spedzac dziesieciu godzin dziennie przed telewizorem.


[a propos... wczoraj kolejne odkrycie - "Binbir gece" - czyli 1001 noc - telenowela o Szeherezadzie i Onur Bey'u... W piatek ominie mnie kolejny odcinek telenoweli "Sila". No dobrze, widzialam do tej pory tylko jeden, ale chcialabym wiedziec, co dalej z turecka modelka i jej tajemniczym kochankiem]


Kupilam dzis bardzo przydatna ksiazeczke - takie rozbudowne rozmowki angielsko-tureckie (sasiadka uczyla sie z nich wczoraj angielskiego, bo bedzie musiala go czasem uzywac w pracy... lepiej pozno niz wcale).

No i TOMER od marca... Trzeba uzbierac jakies grosze... Jeszcze 9 poziomow, a stane sie Turkish Native Speaker...

wtorek, 13 lutego 2007

Taksowkarz Ahmet


Zaprzyjaznilam sie z wasatym taksowkarzem Ahmetem.


Na wstepie wrogo nastawiona (mialam kiepski dzien) zaczelam odpowiadac na standardowe pytania (skad jestem, co robie w Stambule, dlaczego mieszkam w Gaziosman Pasa?!)


Taksowkarz okazal sie zatroskany i litosciwy (licznik pokazal 15 lira, a uzbieralam tylko 13,5 - Ahmetowi nie chcialo sie rozmieniec mojej 50-tki).


Dal mi swoj numer telefonu - "na wszelki wypadek" - podkreslajac, ze o moj numer nie pyta ("jesli bedziesz miec kiedys problem - zadzwon - przyjade natychmiast i sie rozprawie").


Wczesniej, w czasie jazdy, nieopatrznie zapytalam o kawiarnie Pierre Lotti (jeden z podpunktow na liscie "Co musze zobaczyc w Stambule" kazdego szanujacego sie turysty). Ahmet szybko podchwycil temat i zaproponowal herbatke (skrecajac w prawo, w kierunku kawiarni). Zamachalam jednak gwaltownie rekami i odbilismy ponownie w lewo.


Amhet doradzil rowniez, zebym nie wychodzila za maz za Turka ("mimo, ze bedziesz miec wiele propozycji matrymonialnych"), bo "za wiele jest roznic".

"No, chyba ze jakis ciekawy typ po uniwersytecie sie trafi".

No tak.

Cambaz Bar, Cumhurriyet i CNN Turk


Cambaz Bar - swietne miejsce.

Impreza Amnesty - kameralna.

Ludzie z biura, znajomi tychze ludzi i znajomi znajomych.

Marnie sie promuja chlopaki...


Poznalam dwie kolezanki mojej Angielki. Jedna z nich spedzila trzy lata pracujac jako wolontariusz na Malediwach.


Mialam juz wychodzic, kiedy kolega zaprosil mnie do stolika. Siedzial z dziennkarka Cumhurriyet, ktora po pieciu minutach rozmowy zaproponowala mi... zebym wprowadzila sie do jej mieszkania.


Mieszka na Capie, tuz przy linii tramwajowej i placi 450 lira za mieszkanie. Brzmi ciekawie, prawda? Wyglada na to, ze wkrotce bede miec wspollokatorke.


Szef przejal sie chyba moja sytuacja mieszkaniowa (mialam wczoraj troche nieprzyjemnosci podczas porannego spaceru na przystanek w drodze do pracy - wparowalam wsciekla do biura). Zapytal, jak ida poszukiwania nowego lokum. I ze niestety jego rodzice dopiero w marcu uciekaja do Finlandii, zostawiajac puste mieszkanie.

Dzis CNN Turk odwiedza biuro. Moze powiem do kamery "merhaba".

Aktywista Hasan i morelowy sad


Mam zaproszenie do Malatyi na zbieranie moreli tego lata.

Interesujacy pomysl na spedzenie wakacji.


Mojego wyjatkowego szczescia do kurdyjskich przyjaciol ciag dalszy.


Kurd od moreli ma na imie Hasan. Morelowy sad nalezy do kolezanki Hasana - ekologicznej aktywistki (jak ja krotko opisal). Hasan jest jednym z najaktywniejszych dzialaczy tureckiej sekcji Amnesty. W krotkim czasie udalo mu sie zwerbowac okolo 200 nowych czlonkow, za co zostal kilka dni temu nagrodzony aparatem fotograficznym. Dobrej jakosci.


Hiperaktywny Hasan udziela sie takze we wspomnianym wczesniej centrum kultury Mezopotamii.


Na zdjeciu morelowa Malatya.

poniedziałek, 12 lutego 2007

Ortakoy i rybki...

Piatkowy wieczor uznaje za udany z powodu widoku z Ortakoy (zdjecie powyzej).

Spotkanie z przyjacielem przyjaciol potwierdzilo tylko, ze nie bedziemy przyjaciolmi.


W sobote spotkalam sie z kurdyjskim kolega z IHD (ktory na kazdym kroku podkresla swoja "kurdyjskosc" - bardzo... bardzo... za bardzo... - mysle, ze uczenie mnie kurdyjskiego to jednak pewna przesada...) Poszlismy do centrum kultury Mezopotamii, gdzie chyba reguralnie spotyka sie kurdyjska spolecznosc - byla jakas sztuka, wiec oponowalam (...po kurdyjsku oczywiscie).


Z kolega i kolezanka kolegi udalismy sie wiec na piwo (bardzo oryginalnie jak na sobotni wieczor). Kolezanka w polowie drogi uznala, ze ma ochote wracac do domu. Wziela moj numer telefonu i obiecala zadzwonic (ciekawe...) Odprowadzilismy ja na przystanek (kolega wyjasnil potem, ze wstydzila sie przyznac, ale musi wracac, bo ma apodyktycznego tate), po czym udalismy sie do malej obskurnej knajpki na hamsi (takie male smieszne rybki, cos w rodzaju sardynek... a moze wlasnie sardynki). Na tyle obskurnej, ze musielismy usiasc na zewnatrz (pomimo, ze nie przeszkadza mi zapach ryb, tego zniesc nie moglam). Przytulne miejsce. Bez ironii. Lubie te male tureckie "restauracyjki", do ktorych nigdy w zyciu nie weszliby moi znajomi z Kayseri.


Po rybnej uczcie udalismy sie na sobotnie piwo na Nevizade, do baru prowadzonego przez dlugowlosych braci blizniakow. Piwo wypilam jednak jednym haustem, postanawiajac nie spotykac sie wiecej z kolega. Nawet, jesli grozic mi bedzie wieczne samotne sobotnie szwedanie sie po Taksimie.

Potem na przystanku poznalam kilku dziennikarzy z Gundem.




Niedziela z sasiadka, jej kuzynka oraz chlopakiem kuzynki. Grecka knajpa na Balik Sokagi (ulica Rybna... znow te ryby), a potem kino i - ku mej radosci - film turecki.


Film Barda to przemoc przez duze P plus pseudopsychologiczna naiwna interpretacja (ostatnie dziesiec minut filmu - pozostale to wlasnie owa przemoc).

Grupa znajomych siedzi w pubie. Przychodzi grupa oprychow. Zwiazuja mlodziez, bija, gwalca (nawet tna zyletkami...). Potem jest rozprawa. Zli panowie trafiaja za kraty. Nastepnie na zlych panach wyzywaja sie wiezniowie. Zli panowie zostaja zabici. Za kratami. Powiedzialam nowym znajomym w kilku slowach, co sadze o filmie. Mialam pecha - okazalo sie, ze kuzynka jest asystentka rezysera filmu. O czym nie poinformowano mnie wczesniej. Powiedziala dobitnie, ze "film jest dobry".

Ide na impreze Amnesty do baru Cambaz.


Iyi aksamlar arkadaslarim [milego wieczoru przyjaciele]

piątek, 9 lutego 2007

Pokrece sie troche po miescie...




















Zla ze mnie dziewczynka, niepowazny pracownik i wyrodny wolontariusz.

Nie moge usiedziec w miejscu, wyjde sobie teraz i pozwiedzam.



Jest chyba 40 stopni w sloncu (jak zwykle przesadzam, ale chodze w samej koszuli i szuram kurtka po chodniku... mam ochote zalozyc sandalki, a najchetniej to bym sie poopalala). Jako ze pracowalam w tym tygodniu prawie 35 godzin (a teoretycznie mam byc tylko 20 h w tyg - co to jest, prawda? 1/3 etatu w Polsce...) sam Szef zaproponowal, zebysmy moze sobie wyszly... bo slonce (mam nadzieje, ze mu nie przeszkadzamy...)


Poznalam znajomych znajomego z IHD. W tym taka zakrecona kobiete, ktora ma mnie wymalowac jutro henna (robi tez bizuterie i "normalne" tatuaze... moze sie kiedys skusze... na tatuaz, oczywiscie... taka mala, niepozorna Aya Sofya na ramieniu...?) Wieczorem wybieraja sie do teatru na jakas dziwna sztuke.


W poniedzialek impreza Amnesty (w ramach akcji przeciwko wcielaniu dzieci do armii), a we wtorek - spotkanie z British community (moja slodka Angielka uznala, ze moge sie zaczac integrowac takze z brytyjska spolecznoscia). Jest tez ciekawy pomysl na rozdzial ksiazki - i dotyczy wlasnie Brytyjczykow tutaj (a dokladnie kilku kobiet...) Ale na razie nie zdradzam, o co chodzi.


Iyi hafta sonu [milego weekendu]
Na zdjeciu Moje Tureckie Sniadanie przygotowane przez "rodzine"......

wtorek, 6 lutego 2007

Przeglad telewizyjny: telenowele i telenowelowe newsy


Zmarnowalam osiem miesiecy w Kayseri - nie ogladalam telewizji.

Przez pierwszy tydzien zachwycalam sie Kral TV (specyficzny kanal muzyczny: te same hiciory lecialy przez kilka tygodni, wasaci panowie i blond gwiazdy po operacjach plastycznych - naprawde bylo na co popatrzec). Zdajac sobie sprawe z tego, jak wazne sa seriale (jak wiele mozna dowiedziec sie o spoleczenstwie... i jak szybko mozna nauczyc sie jezyka...) ignorowalam zawziecie swoj odbiornik telewizyjny.

W ten weekend dane mi jednak bylo zapoznac sie z aktualnym telenowelowym repertuarem kilku kanalow telewizyjnych (tytulow niestety jeszcze nie ogarniam). Widzialam dwa tureckie seriale i dubbingowana wersje jakiegos latynoamerykanskiego tasiemca (smieszny taki dubbing!) Utkwila mi w pamieci telenowela "Sila" (turecka) - trzyma w napieciu od pierwszej do ostatniej minuty - glownie dzieki tworzacej napiecie muzyce (jak w kazdym tureckim drama serialu... ale ta jest jakas wyjatkowa... moze z powodu Sezen Aksu) i glownej bohaterce (ponoc znana, szanowana i wielbiona modelka).

Co ciekawe, wiadomości serwowane sa w telenowelowym stylu.
Usmialam sie ostatnio sluchajac informacji o panu, ktory zobaczyl na ulicy w Stambule swoja corke spacerujaca z chlopakiem. Corke na wezwanie taty zabrala policja, chlopcu tata skopal tylek, po jakims czasie radiowoz wrocil na to samo miejsce, wyskoczyla z niego zaplakana corka, ktora wziela pod ramie mama (szczupla, wystylizowana blondynka), po czym obie zaczely uciekac przed kamerami. W miedzyczasie tata krzyczal do kamery, ze corka ma 16 lat i taki chlopiec, co to sie z nia szlaja po ulicy i do tego ma przeklute usta, nie moze miec dobrych intencji (zapewne mial sporo racji). Najcudowniejsze w tym wszystkim jest to, ze wiadomosc byla powtarzana kilkakrotne, pokazywano dokladnie te same ujecia - zdjecia, fragmenty wypowiedzi. Tak, zeby sie widzowi pozadnie utrwalio. Ja na przyklad moglabym teraz rozpoznac wszystkich bohaterow tej historii, gdybym spotkala ich przypadkiem na ulicy (jesli na przyklad znow zaczeliby rozrabiac...)

Byla kiedys taka slodka informacja o sprzedawcy sniegu w Stambule - pan przywiozl kilka kulek z Ankary i sprzedawal je w kartonowym pudelku na ulicy, chyba po 1 lira za sztuke (około 2 zlotych). Wszyscy tylko pstrykali, ogladali, smiali sie... biedny pan pewnie nic nie sprzedal. Miejmy nadzieje, ze telewizja zaplacila mu za oryginalny szoł.

Amnesty moje tureckie


Mile miejsce, ciekawi ludzie, ekscytujące wyzwania... Zaraz sie rozplyne ze wzruszenia, wiec - starym dobrym zwyczajem - troche ponarzekam.

Nie zajmowalam sie nigdy PR-em, dlatego tworzenie strategii dla tureckiego oddzialu Amnesty wydaje mi sie zadaniem ponad moje sily (i zapewne tak jest...) Angielka ma spore doswiadczenie, pracowala min. dla BBC i kiku wydawnictw. Przyjechala na dwumiesieczny staz z nastawieniem, ze bedzie zajmowac sie wspolpraca z mediami. A ja? Coz... Najpierw wmawialam Finowi, ze na pewno zatrzymam sie w Ankarze (gdzie nikogo teraz nie potrzebuja, ale robia - wg mnie - ciekawsze rzeczy, zajmuja sie min. edukacja nt. praw czlowieka i wspolpracuja szerzej z uniwersytetami). Potem zszokowalam go informacja, ze bede jednak przez miesiac w Stambule (ku jego wielkiej radosci, bo potrzebuja stazystow do mediow)
Nie wiedzial chlopak po prostu, gdzie mnie upchnac. Taka jest prawda.

Bajzel niesamowity. Pytalam o liste przychylnych mediow, jakie informacje ostatnio umieszczali, gdzie... ("Hmmm... Koordynator ds. mediow powinien wiedziec... Ale go teraz nie ma..."). Baze danych wszystkich gazet etc. stworzylam dzis w 15 min., korzystajac z dwoch stron internetowych, na zasadzie copy-paste i porzadkowania uzyskanych informacji. Miala byc to nasza praca na kolejne tygodnie. Nigdy takiej bazy nie tworzyli.

Musimy ogarnac ten balagan i robic to, na co mamy ochote, bez ograniczen.

Jest tez oddzial w Van zajmujacy sie uchodzcami. Tak mnie jakos ciagnie w te rejony, mialam odwiedzic Van w celach turystycznych w zeszlym roku... Nadal odkladam ta podroz... Moze to znak. Wybiore sie na pewno, ale najwczesniej w marcu...

Zapraszam chetnych towarzyszy podrozy!