środa, 26 grudnia 2007

2007 [rok pod znakiem tureckiej flagi]


Pod specjalnym nadzorem

Trzydziesta rocznica krwawych zamieszek z 1977 roku.

Pierwszego maja tego roku, po raz pierwszy od trzydziestu lat, miała miejsce nielegalna demonstracja na placu Taksim.




Impreza patriotyczna

Turecka flaga występuje niemal w każdej postaci. Są kalendarze, długopisy, naklejki. Bywają koszulki i szaliki. Tutaj, Drodzy Państwo, mamy do czynienia z flagą balonową.




Przyjaźń polsko-turecka

… w Adampolu – polskiej wsi na obrzeżach Stambułu





Na sprzedaż

Turecką flagę można również kupić od ulicznego sprzedawcy.

Napięta sytuacja polityczna powoduje wzrost popytu na patriotyzm.

Na zdjęciu patriotyzm konsumpcyjny po azjatyckiej stronie miasta – flaga do nabycia za jedyne kilka lira. Dzielnica Kadıköy.

***

Tureckich akcentów w roku 2008 wszystkim z Małą Turecką Obsesją (i tym, którzy czytają, bo mnie lubią)

[do zobaczenia w Stambule]

wtorek, 11 grudnia 2007

küçük bir ZOO


Dżin konsumpcyjny - spełnia życzenia przed centrum handlowym


Siedziałam dziś zahipnotyzowana, wpatrując się w zdesperowanego żółwia.

Żółwia, który chciał wydostać się z plastikowego raju: mikro terrarium z wysepką i plastikową palemką pośrodku. Plastikowymi kamyczkami i nie plastikową wodą.

Smerfy dostały „do opieki” żółwie i króliki. Żółwie dla najmłodszych Trochę starsze awansowały i w prezencie mają gryzonie (tak wynika z moich, zakrojonych na szeroką skalę, obserwacji).

Króliki (naprawdę miniaturowe) siedzą jak skamieniałe. Żółwie (wielkości orzecha włoskiego) przebierają żwawo nóżkami (jak na żółwie przystało).

Komentarz kolegi z pracy, Irlandczyka: „Widzę tego królika codziennie, ani drgnie; rozgląda się tylko podejrzliwie na boki. Przyjrzałem mu się w piątek po południu, po lekcjach – ależ był zrelaksowany!”

Kolega dostrzegł także niesprawiedliwy przydział „pupili klasowych”.

Kolega: Króliki żyją krótko, prawda?

Ja: Aha.

Kolega: Umierają często przedwcześnie na zawał serca, prawda?

Ja: Aha.

(po kilkuminutowej przerwie)

Kolega: Żółwie to żyją strasznie długo, nie?

Ja: Aha.

piątek, 7 grudnia 2007

Lost in Istanbul



…czyli dwie krótkie opowieści z serii „Ruch Uliczny”

Było wczoraj o korkach i taksówkach w statystykach.

Czas na piątkowe doświadczenia własne.

A jak…!

Opowieść numer 1

Godzina 10. Jadę do pracy, jak co dzień, tym samym autobusem numer X. (proszę bez paniki, to sytuacja wyjątkowa, sytuacja wręcz ekstremalna – zazwyczaj jestem w tym autobusie już o 8.30). Pada. Co oznacza deszcz w Stambule? Paraliż miasta. Przesadzam. Po prostu korki (moim zdaniem – korki, i tak mniejsze od warszawskich; według tureckich znajomych – paraliż miasta).

Kreatywny kierowca postanawia zmienić trasę i trzy przystanki przed miejscem, do którego zmierzam, odbija w lewo. Pruje nieźle. Zanim docieram na dół autobusu, by zapytać o powód zmiany, jesteśmy już trzy przystanki dalej (przyznaję, że przez pierwszą minutę wykazałam się biernością – uznałam, że kierowca chce ominąć korki, pokręci się bocznymi uliczkami, by wrócić na główną drogę i dowieźć mnie szczęśliwie na upragniony przystanek – tak to czasem w Stambule bywa).

Primo – kierowca oznajmia mi, że jesteśmy już w innym rejonie miasta.

Secundo – chichocze sobie pod wąsem, czym doprowadza mnie do szału.

Po trzecie wreszcie – pruje z prędkością światła i zatrzymuje się na następnym przystanku. Hen, hen. Hen.

Bez pieniędzy na taksówkę (z dolarami do wymiany, dwiema lirami na akbilu i jedną w kieszeni) główkuję, kombinuję i docieram do pracy na 11. (w autobusie starszy mężczyzna ustępuje mi miejsca – mówi, że źle wyglądam…)

Opowieść numer 2

Godzina 21. Wsiadam w taksówkę przy Galatasaray Lisesi (liceum na topie i na poziomie – wykładowy francuski i światli absolwenci). Kierowca, zamiast zawieść mnie górą, przez Taksim, pruje dołem. „Bo korki” – tego jednak nie raczy mi początkowo wyjaśniać, jedzie za to w dół i powtarza: „wszystko dobrze”. Kręcimy się po szemranej okolicy (mniemam, że słynne Tarlabaşı). Mijamy jakieś garaże. Baraki. Ogromny płomień palonych śmieci i grupki młodzieńców przy nich się kręcące. Gazi Osman Paşa to przy tych okolicach dzielnica willowa. Zjazd dołem w kolejną, jeszcze węższą i jeszcze ciemniejszą uliczkę. Zaczynam się wiercić. Ranny? chory? koleś leżący na środku uliczki w otoczeniu grupki przyjaciół? wrogów? którzy wymachują złowrogo w stronę naszej taksówki. Humor psuje mi się na dobre. Wyjmuję telefon i chcę gdzieś zadzwonić. Na policję? Ręce mi się trzęsą. Zaczynam stłumionym głosem przekonywać kierowcę, że w tych okolicach to ja jednak nie mieszkam…

A on – hop, siup, prawo, lewo, lewo, prawo, tralala, i do góry. Z radością pokazuje mi, jaki makabryczny korek na głównej ulicy ominęliśmy.

Bo pada.

Bo paraliż miasta.

Wysiadając z taksówki bardzo mu podziękowałam.

Za ominięcie korków.

Bo deszcz.

Bo leje.

On na odchodnym powiada, że dobrze być ostrożnym, tak jak ja – bo z kierowcami w Stambule nigdy nic nie wiadomo.

Dziwne – słyszę to prawie od każdego taksówkarza, a wracam zawsze bezpiecznie do domu.

Do tego – w jakim tempie!

Nawet, kiedy pada.

I paraliż miasta jest.


A jak.

czwartek, 6 grudnia 2007

Istanbul



Za turecką zasłoną. Ukryty Beşiktaş







Liczba osób przeprowadzających się do Stambułu każdego dnia: 500.

(zauważalne...)

Liczba osób, które popełniły w ubiegłym roku w Stambule samobójstwo: 430.

(przez to miasto można postradać zmysły... kończy się to dobrze lub bardzo źle)


Liczba samochodów na 1000 mieszkańców miasta: 137.

(współczuję kierowcom: korków, wąskich i krętych uliczek oraz braku miejsc parkingowych - powiedziała starająca się unikać oparów samochodowych spalin wielbicielka promowych zanieczyszczeń)

Liczba taksówek w mieście: 17 406.

(żółte, z szalonymi kierowcami... zawsze. wszędzie. niezawodne. historie o porwaniach włóżmy między bajki)

Wysokość przeciętnego rocznego wynagrodzenia netto mieszkańca Stambułu: 5 000 USD.

(ech...)

środa, 28 listopada 2007

Filmożerca



…bir…iki…üç…dört…beş… (kto policzy, temu nagroda!)



Co słychać w Pięknym Egzotycznym Kraju (rzekomo tu pitej) Jabłkowej Herbaty i Baklawy?

Śniadych Młodzieńców i Chrupiącej (o taaak!) Baraniny?

Wybrałam się dziś na Zakupy Filmowe.

Zakupy Filmowe robi się w Miejscu Pozornie Zakazanym (nielegalnym). Podróbki oryginalnych filmów sprzedawane są (w zależności od lokalu) w cenie około 4 lira (w przeliczeniu: niecałe 9 złotych).

Zakupy Filmowe robię w swoim ulubionym Miejscu Zakazanym w centrum Beşiktaş. Przed drzwiami mieszkania (bo tak to z zewnątrz niewinnie wygląda) - kamerka. Zazwyczaj drzwi są otwarte. Niekiedy trzeba użyć dzwonka.

W środku relaksująca muzyka (turecki pop). Kilku pracowników („tylko” trzech). Starannie poukładane filmy. Niestety, jedynie nieliczne według nazwisk reżyserów.

Nie wiem, czy kogoś zaskoczy poniższy news – mnie to zawsze bardzo ekscytuje… Otóż w każdym Miejscu Pozornie Zakazanym znajduje się szeroki wybór filmów Kieślowskiego. Nawet, gdy reżyserów jest zaledwie kilku. Dekalog widzieli prawie wszyscy moi tureccy znajomi. Kilka tygodni temu w biurze Amnesty na piątkowym „wieczorku integracyjnym” (tak, tak…) oglądano Podwójne Życie Weroniki (niestety, musiałam pisać raporty smer… pardon, uczniów, i stawić się nie mogłam).

Poza Kieślowskim trafia się też Polański.

Kilka miesięcy temu furorę robiły Pręgi.

Dziś natomiast w ulubionym Miejscu Pozornie Zakazanym widziałam… Testosteron! (wykrzyknik ma wyrażać zaskoczenie – filmu nie widziałam, ale słyszałam/czytałam, że „nie zachwyca” – warto to to tak promować w Pięknym Egzotycznym Kraju Śniadych Młodzieńców i Chrupiącej Baraniny?)

W ubiegły czwartek wieczór filmowy z Yaşamın Kıyısında (Fatih Akın – jego najnowszy film).


W nadchodzący piątek: Persepolis (i powtórka z rozrywki).

poniedziałek, 19 listopada 2007

P(rime)M(inister)





Turecka prasa zamieściła w niedzielę nieco szczegółów dotyczących prywatnego życia Recepa Tayyipa Erdoğana.

Premier Turcji udzielił wywiadu podczas lotu z Pragi do Baku kilku towarzyszącym mu dziennikarzom.

Premier pracuje 16 godzin dziennie. Na sen poświęca jedyne 6. Lubi pracować do późnych godzin nocnych.

Premier waży 93 kilogramy przy 185 cm wzrostu. Sekret utrzymania zdrowej sylwetki: deser lub owoce jako pierwsze danie każdego posiłku.

Premier jest dostępny pod swoim numerem telefonu 24 godziny na dobę. Numer ów jest publicznie udostępniony (?!!!). Zdarzają się nocne telefony i pytania w stylu: „Ale Ty chyba nie jesteś prawdziwym premierem, co?!”

Z rzeczy irytujących odnośnie wykonywanej pracy: życie w otoczeniu ochroniarzy.

I – co mnie rozśmieszyło: „Nie bądź arogancki” – to wiadomość powitalna w telefonie komórkowym Erdoğana.



zdjęcie: http://news.bbc.co.uk/2/hi/europe/2418095.stm

niedziela, 18 listopada 2007

Kadınlar



Kobieta z odciętą głową - Medusa (Yerebatan)


Krótka relacja z krótkiej akcji

Nie mogę się jednak powstrzymać – będzie parę weekendowych uwag.

W sobotnie popołudnie Amnesty promowała w Beşiktaş otwarcie domu dla kobiet, które spotykają się z przemocą domową. Rozdawanie ulotek + lusterek-puderniczek z zamieszczonymi w środku informacjami kontaktowymi organizacji pomocowych (na marginesie – pomysł z lusterkiem uważam za genialny).

Akcja miała miejsce na cotygodniowym bazarku.

Z rzeczy oczywistych – panie wykazywały większe zainteresowanie, gdy próbowałam zachęcić je ja, a nie koledzy – byłam z trzyosobową grupą męską. Co prawda, po złapaniu kontaktu wzrokowego chłopcy musieli wykazać się refleksem i „przechwycić” daną kobietę, bo – nawet jeśli próbowałam co nieco przekazać – szło mi to marnie i średnio przekonująco jako yabancı. (choć jedna ze starszych pań ucieszyła się niebywale, że „cudzoziemka przyjeżdża specjalnie do Turcji, żeby promować tak ważne sprawy – tureckie dziewczęta się przecież tym zupełnie nie interesują”; próbowaliśmy ratować honor tureckich dziewcząt, przekonując panią, że na dole stoi kilka naszych koleżanek, bynajmniej nie importowanych).

Wiele kobiet przez nas nękanych pytało oczywiście, ZA ILE – miejsce w końcu zobowiązuje (same specjalne promocje i wyprzedaże – kolejni sprzedawcy próbują coś wcisnąć – tym razem tandetne lusterka…).

Z rzeczy może mniej oczywistych – chyba wszystkie kobiety W PARACH uciekały wzrokiem. Partnerzy tych, które zaczynały oglądać ulotkę i zadawać pytania, wydawali się wybitnie zirytowani („nie dość, że mnie ciągną na zakupy, których nie chcę robić, to jeszcze się muszę nasłuchać, jacy to mężczyźni są źli” – coś w tym klimacie). Ochroniarz próbował nas przekonać, że to mężczyźni są ofiarami przemocy ze strony kobiet. Sprzedawca torebek przeganiał, bo odciągaliśmy uwagę klientek.

A z rzeczy zaskakujących – im kobieta starsza, tym zainteresowanie większe. Częściej zatrzymywały się kobiety w chustach. Młode, odstawione blondyny ze świeżo uprasowanymi u fryzjera włosami – zero zainteresowania (ufff ya…!)

Poza tym poznałam niemiecką dziennikarkę – lat 26, absolwentka socjologii, przyjechała pół roku temu do Turcji i zamierza zostać tu na dłużej.

Czego to się ludziom zachciewa...

Dziś tylko piosenka



Istanbul (not Constantinople)

Istanbul was Constantinople

Now it’s Istanbul, not Constantinople

Been a long time gone, Constantinople

Now it’s Turkish delight on a moonlit night

Every gal in Constantinople

Lives in Istanbul, not Constantinople

So if you’ve a date in Constantinople

She’ll be waiting in Istanbul

Even old New York was once New Amsterdam

Why they changed it I can’t say

People just liked it better that way

So take me back to Constantinople

No, you can’t go back to Constantinople

Been a long time gone, Constantinople

Why did Constantinople get the works?

That’s nobody’s business but the Turks

Even old New York was once New Amsterdam

Why they changed it I can’t say

People just liked it better that way

Istanbul was Constantinople

Now it’s Istanbul, not Constantinople

Been a long time gone, Constantinople

Why did Constantinople get the works?

That’s nobody’s business but the Turks

So take me back to Constantinople

No, you can’t go back to Constantinople

Been a long time gone, Constantinople

Why did Constantinople get the works?

That’s nobody’s business but the Turks

http://www.youtube.com/watch?v=73TtWwPkPFM&feature=related

sobota, 10 listopada 2007

Dziewiąta zero pięć


Tu: z Polonezköy



Atatürk zmarł w Stambule, 10 listopada o 9.05. Dokładnie o tej godzinie rozległ się dziś na ulicach donośny dźwięk syren. Żałoba.

Dzień dzisiejszy to 69-ta rocznica śmierci Mustafy Kemala Paszy.


Atatürk. Ojciec Turków.


Jego podobizny zdobią wnętrza wszystkich budynków państwowych (i nie tylko) w Turcji. Rekordową ilość plakatów/obrazów/płaskorzeźb/kalendarzy widziałam w kobiecej charytatywnej organizacji w centrum Kayseri. (ach, to były czasy… [dygresja z łezką w oku] siedziba organizacji mieściła się w ukrytych hangarach; tam, gdzie słońce nie dochodzi i człowiekowi dotrzeć też bynajmniej nie jest łatwo.. tak, jakby jakaś nielegalna, feministyczna organizacja o radykalnych poglądach i metodach działania knuła i spiskowała w tym – podobno – średnio open minded tureckim mieście. takie myśli chodziły nam po głowie, kiedy przeciskałyśmy się owymi kanałami.. panie z organizacji tymczasem eleganckie, dystyngowane, zadbane, w wieku średnim, bynajmniej nie radykalne, rozprawiające przy kawie i ciasteczkach o niesieniu pomocy bezdomnym sierotom z miasta). Liczba wspomnianych plakatów/obrazów/płaskorzeźb/kalendarzy (przypomnienie dla tych, którzy zapomnieli, o czym miałam pisać) wynosiła: –naście (nie będę zmyślać – dokładnie nie pamiętam, choć wtedy policzyłam).

Mustafa Kemal Atatürk to pierwszy prezydent Republiki Tureckiej. Rozpoczął modernizację kraju, realizując szereg reform (alfabet łaciński, kalendarz gregoriański…), wprowadzając sekularyzm…

W mojej szkole już od kilku tygodni ogłaszany jest konkurs na „najlepszy plakat oraz najlepszą prezentację w Power Point” o Atatürku. Wczoraj z niedowierzaniem wlepiałam wzrok w plakaty, kartki, kopertki, listy i inne ozdoby przyklejone do ścian, poświęcone Mustafie. Kreatywność – mało powiedziane. Planuję w poniedziałek zabrać ze sobą aparat (wszystko powisi pewnie do końca roku, a już na pewno semestru, nie ma się więc co śpieszyć i panikować). Jeśli nie zarejestrują mnie kamery, nie zamknie ochrona i nie eksmituje dyrekcja – z narażeniem życia ZAMIESZCZĘ.

„Sevgili Atatürkçüğüm” (Mój kochany Atatürku) to książka Esry Elmas (Uniwersytet Bilgi), która przeprowadziła badania wśród uczniów szkół podstawowych, prosząc dzieci, by wypowiedziały się na temat Mustafy Kelamala Paszy właśnie. Mój turecki ...... (i tu pozostawiam puste pole), dlatego tylko przekartkowałam. Chyba warto (nie tylko dla opętanych pasjonatów), choćby dla listów z serii: „Pomoż mi proszę z matematyką”… Urocze.

(a propos: reklama blogu-na-temat http://ataturk.blox.pl/html świetne zdjęcia. zainteresowanym i zaintrygowanym gorąco polecam)

poniedziałek, 22 października 2007

Turecka dusza...


... pod lupą


Robi się nieprzyjemnie.


Wkroczeniem do Iraku straszy się już od dawna. Po przegłosowaniu przez parlament decyzji o inwazji sprawy uległy jednak „zaskakującemu” przyspieszeniu.

Niedzielne wydarzenia (śmierć kilkunastu żołnierzy niedaleko granicy iracko-tureckiej) podsyciły nienawiść i sprawiły, że tysiące wzburzonych Turków (w większości mężczyzn) wyległo na ulice, by zaprotestować.


Protest. Owszem.

Protestować można jednak na wiele sposobów.

Protesty niedzielne wywołały u mnie niesmak połączony z lekkim przerażeniem (a jestem w Turcji już jakiś czas i manifestację widziałam niejedną, w kilku brałam aktywnie udział, w jednej nawet aż nadto aktywny, przez co oberwałam).


Manifestacje niedzielne przypominały jednak masowe zaćmienie umysłu sfrustrowanych, wściekłych i żądnych krwi rasistów.
Nie przesadzam.

Wracałam akurat ze znajomymi z konsulatu (hej wybory, wybory…!). Po wypełnieniu obywatelskiego obowiązku udaliśmy się na zasłużony niedzielny obiadek do jednej z knajp na Istiklalu.

Na placu Taksim grupa manifestantów wykrzykiwała żądania wejścia do Iraku i „wyczyszczenia” tychże okolic. Do takich widoków się przyzwyczaiłam.

Tłumy manifestantów pojawiały się na Istiklalu i znikały. Największa (i najbardziej irytująca) grupa zaczęła krzyczeć do przechodniów (którzy – jak my – ukrywali się w sklepach i wejściach do knajp) – „A wy co?! Nie dołączycie się?! Macie coś przeciwko tureckiej armii?! Czego tak stoicie?!!!”). Co jakiś czas słychać było Istiklal Marşı (hymn narodowy) śpiewany przy jednoczesnym uniesieniu prawej dłoni i utworzeniu symbolu wilka (ci manifestanci byli z pewnością młodzieżówką MHP – „wybitnie” prawicowej partii).

Kilka minut po tym, gdy opuściliśmy Istiklal (udało nam się czmychnąć bez konieczność wyjaśniania, czy mamy coś „przeciwko armii tureckiej”) wspomniana grupa zaatakowała siedzibę DTP (partia posłów kurdyjskich). Tyle tylko, że DTP nie równa się PKK. Takiej prostej analogii yok.


O dziwo, policja tym razem nie dopisała. W przypadku innych, nawet znaczenie mniejszych demonstracji, zjawiała się tłumnie. Z maskami gazowymi. Z armatkami wodnymi. Na wszelki wypadek. Demonstracje „patriotyczne” oraz radość okazywana przez fanów futbolu (że tak się wyrażę) spotykają się tu jednak z większą sympatią (żeby nie powiedzieć – pobłażliwością).


W Izmirze protestujący zaatakowali ludzi siedzących w knajpach – bo „świętowali” w „takim” momencie. Trzeba im było – w związku z powyższym – trochę dowalić.

Wczoraj, ale także jeszcze dziś, słychać było na ulicach żywe dyskusje. Jedna z dzisiejszych, podsłuchana w sklepiku spożywczym w okolicy Tunelu:
– Oczywiście, że wstąpię w takiej sytuacji do armii!
– Jak to sobie wyobrażasz? Odbywałeś służbę w Stambule, na pewno nie wiesz, co to znaczy prawdziwa walka!
– Ja nie wiem?! Zobacz, mam na rękach sześć blizn… (i w tym momencie wyszłam… taka delikatna jestem, wrażliwa…)



ps. to jak – ktoś jeszcze przyjeżdża mnie odwiedzić…?

sobota, 20 października 2007

Love and/or Marriage



Panna Młoda: turkish version







Zgodnie z danymi TurkStat’u, maleje liczba małżeństw zawieranych w Turcji. Spada również liczba rozwodów (odpowiednio: 636 par ZAwiązało, a 93 ROZwiązało związki – dane na rok 2006).

Najwięcej rozwodów: rejon morza Egejskiego. Zaraz potem Stambuł i zachodnia Anatolia.

Prawie połowa rozwodów (42,6 %) ma miejsce w ciągu pięciu lat od zawarcia małżeństwa (zaskoczenie to żadne, prawda?)



Kiedy Turcy/Turczynki żenią się/wychodzą za mąż?

Średnia dla mężczyzn: 26,1 lat; dla kobiet: (tak, tak… o kilka lat niższa) 22,8.

Najpóźniej żenią się mężczyźni z północno-wschodniej Anatolii oraz Stambułu (nieco wyższa średnia: 26,9 oraz 26,8). Na późniejsze zamążpójście pozwalają sobie również kobiety mieszkające w Stambule (23,6) (co te wielkie miasta robią z ludźmi…)

Najwcześniej wchodzą w związki małżeńskie mieszkańcy środkowej Anatolii (24,9 – mężczyźni, 21,5 – kobiety).

Największa różnica wieku według płci występuje na terenie północno-wschodniej Anatolii i wynosi – (ups) – cztery lata.



Na wypadek, gdyby to kogoś interesowało.

piątek, 19 października 2007

Wieś spokojna wieś zielona wieś polska


"Witam w Adampolu"


Panowie grają w tavlę...

Choć para już bardziej w klimacie




I na dowód...





Co: Polonezköy (wieś polska) / Adampol (od imienia księcia Adama Czartoryskiego)
Gdzie: daleko, daleko… daleko
Dojazd: autobusem do Beykoz – potem wedle własnej kreatywności (taksówka, autostop, rower, spacer, sanki…)



Ponieważ z Polakami spokojnie być nie może, zwyciężyła wersja z autostopem.

Mimo mojego dalece posuniętego sceptycyzmu (starość nie radość), chętny do zabrania czwórki zbłąkanych na obrzeżach Beykozu turystów znalazł się szybko (w niecały kwadrans). Taksówkarz nie zarobił więc na nas ani kuruşa (a miałby ze 30 lira za taką trasę…). Życzliwy kierowca: czarne BMW (nienowe), czarna skóra (odzienie kierowcy, znaczy się). W sam raz na piątkowy poranek.

Powiedzmy, że Polonezköy to polska wieś. Jest zielono. Las jest. drzewa są. Łąki malowane. Chyba mnie nawet ocuciło za mocno świeże powietrze, bo coś załomotało w klatce i zakręciło się w głowie (minusy zamieszkiwania centrum ponad 15-sto milionowego miasta… i pomyśleć, że niektórzy biegają wzdłuż mojej głównej ulicy każdego ranka, dotleniając, tudzież odtleniając swoje płuca…).


Tyle zachwytów.


Jak przeczytać można w każdym niemal przewodniku – Adampol stracił już dawno swój „dziewiczy urok”. Kilka „polskich” knajpek z tureckim jedzeniem. „Bazarek” z polskimi przysmakami (czyli cholernie drogi miód, tudzież turecka salça po cenie wybitnie nie supermarketowej). Wszechobecne piwo Efez (i tu czara się przelała… gdzie Żywiec, ja pytam?).

Co poza tym? Popiersie Atatürka. Kolejne popiersie Atatürka. A w jednym z ogródków… mała niespodzianka: olbrzymi Atatürk (złoto-piaskowy pomnik) z przydługim palcem wskazującym (odstrasza potencjalnych złodziei?). Podziwiać można na załączonej powyżej fotografii.


W drodze powrotnej wóz lepszy, a kierowca zdecydowanie bardziej przystojny.


Czyli w Turcji można jednak stopem…

środa, 10 października 2007

Turkish Monty Python…


Fajki się palą


Ryby się łowią



Ptaki fruwają







… czyli dzień jak co dzień: krótka relacja z Agaty miejsca zatrudnienia…



Wtorkowy poranek. Tureccy nauczyciele otrzymują wypłatę. MY (zagraniczni, jest nas zaledwie czwórka) mamy otrzymać pieniądze dnia następnego.

Robię się podejrzliwa (za długo mieszkam w Turcji), ale nie drążę (w kontrakcie 10-ty każdego miesiąca to najpóźniejsza data wypłaty).



Środa rano. Pieniędzy nie ma. Kiedy będą? MOŻE jutro. Wraz z koleżanką (jest w Turcji od trzech lat…) ogłaszamy strajk: nie uczymy, dopóki nie otrzymamy wypłaty. Na głodowy pozwolić sobie nie mogę (a raczej nie mam ochoty). A szkoda, bo Ramazan dobiega końca, mogłabym bardziej wczuć się w klimat.

Okupujemy pomarańczową, wygodną sofę na wprost biura księgowej.



Parę minut przed jedenastą. Jedna z tureckich nauczycielek prosi mnie i koleżankę o pomoc. Amerykanka ucząca przedszkolaki nie chce przerwać lekcji, mimo tego, że zażądał tego wicedyrektor szkoły.

Co się dzieje?

Oto, w jaki sposób Amerykanka postanowiła uczyć dzieci alfabetu:
A jak Allah
D jak devil
… i tym podobne.

Sześć osób (w tym wicedyrektor szkoły) próbowało w tym samym czasie przerwać jej lekcję – bezskutecznie.

Amerykanka uznała, że wspomniane słowa nie mają nic wspólnego z religią. Że Allah to słowo angielskie („bo Allah jest jeden”). Zażądała ponadto wskazania przepisów prawnych, które zabraniają jej uczenia tureckich dzieci powyższych zwrotów.

Koleżanka uznała, że przedszkolanka jest podejrzaną misjonarką.

Moja wersja głosi, że kobieta ukrywa się po popełnieniu przestępstwa w Stanach, Azerbejdżanie lub Iranie (istnieją różne wersje dotyczące jej miejsca pochodzenia: ja słyszałam o podwójnym obywatelstwie – amerykańskim i irańskim…). W swych psychopatycznych rozmyślaniach nie ustaliłyśmy jeszcze, jakiego przestępstwa dokonała…


Kwestia pieniędzy? Poinformowana o szaleństwach przedszkolanki koordynatorka native’ów przybyła ogarnąć bajzel. Porwałyśmy ją wcześniej. Po wykonaniu kilku telefonów okazało się, że pieniądze będą. Ale TYLKO dla nas.

Za strajk.



I jak tu nie kochać tego kraju?


Temat na jutro: TURCY A MAŁŻEŃSTWO

poniedziałek, 8 października 2007

Ramazan i Eyüp


Hacıvat i Karagöz – postacie kultowe. Tu: w wersji dmuchanej



Boza czeka na swoich fanów. Osobiście nie przepadam. I nie polecam (obok był salep…)

Pan robi pişmaniye. Słodycze takie

Pierre Loti



Co: Kawiarnia nazwana imieniem i nazwiskiem francuskiego pisarza – miejsce odwiedzane obowiązkowo przez turystów
Gdzie: Eyüp
Jak: min. autobus 55 T (z placu Taksim, stąd literka T – informacja niezwykle użyteczna, tak, tak…)
Po co: bo widoki ładne (Haliç)


Uznałam wczoraj, że to jedno z miejsc, o które w Stambule zahaczyć trzeba. Poza tym warto, bo widoki ponoć niezapomniane. Poza tym wypadałoby, jeśli było się już trzy razy na takiej choćby „głupiutkiej” ulicy francuskiej (którą swoją drogą uwielbiam… ale nie za często, tylko na SPECJALNE okazje).


Wycieczka do kawiarni Pierre Lotti. Piąta po południu. Dwie godziny do iftaru. (czyli posiłku po zachodzie słońca – Ramazan trwa…). Niezapomniany autobus 55 T (Gaziosman Paşa…). I ponadgodzinny korek, który spowodował zmianę planów.

Przy odrobinie dobrych chęci (naszych i taksówkarza) doczłapalibyśmy zziajani na ostatnie sekundy zachodu słońca. Widok z kawiarni Pierre Lotti chciałam jednak podziwiać za dnia, dlatego sztandarowy punkt programu każdego szanującego się turysty został tymczasowo wykreślony (nawet krótko-czasowo tymczasowo, bo do przyszłego weekendu…).

W zamian poszwędaliśmy się po centrum Eyüp, na kwadrans przed iftarem.


Rodziny gromadziły się w restauracjach. Rodziny gromadziły się na trawnikach. Rodziny gromadziły się na każdym najmniejszym skrawku ziemi, który mógł zostać zagospodarowany. W celach rekreacyjno – gastronomicznych. Nie widziałam czegoś podobnego w Kayseri. Może z powodu odizolowania „kampusową rzeczywistością”. A może po prostu nie spacerowałam nigdy w niedzielę w porze iftaru po centrum miasta…

Centrum kulturalne dzielnicy Eyüp robi wrażenie. W czasie Ramazanu można tu kupić wszystko: od strojów w stylu osmańskim i fajek wodnych, po wielkie tańczące lalki w sukniach ślubnych, biżuterię kiczowatą i mniej kiczowatą, chusty, dywany, mydła powidła; zjeść wszystko (po wcześniejszym zakupie, naturalnie, nic za darmo…): wszystko to, co na co dzień znaleźć można na każdym rogu każdej ulicy (tak, tak, na usługi gastronomiczne narzekać w Turcji nie wypada…) a także specjalne ramazanowe potrawy (jak nazywa się ten specjalny miękki „lizak” – skręcany z kilku słodkich „sosów” – osmański afrodyzjak? oczywiście zapomniałam…). Dorwałam nawet salep (przecież to już prawie zima… w ciągu dnia temperatura spada poniżej 30 stopni…) – wypiłam dwa kubki, jeden po drugim. Posypane porządną ilością cynamonu.

Bardzo miły wieczór. I żadnych turystów wokół.

(…o rejonie Eyüp pisałam też zimą…)

piątek, 5 października 2007

Dawno temu w Drugiej Malezji


Urfa. Dawno temu i nieprawda (czyli maj 2006)


Dawno, dawno temu, bo w roku 1989… Kiedy w Polsce nastał kapitalizm… Runął mur berliński… I miało miejsce wiele innych wartych oraz niewartych odnotowania wydarzeń… Noszenie chusty zostało zakazane we wszystkich instytucjach państwowych Republiki Tureckiej.

Jak wiemy (lub też nie) i co do czego się zgadzamy (lub wprost przeciwnie): zakaz noszenia chusty jest równoznaczny z łamaniem praw człowieka.


Pamiętam taką scenę z Kayseri. Wchodzimy do jednego z budynków uniwersytetu, jest akurat przerwa. Wydział wybitnie sfeminizowany (pewnie jakaś filologia…), bo wychodzą niemal same Turczynki. Prawie wszystkie zakładają w popłochu chusty. Nie w środku, bo nie wypada/nie można. Nie na zewnątrz, bo… No bo przecież nie. Stoją ściśnięte w korytarzyku. Szybciej, szybciej.

Kilka minut, które utkwiło mi w pamięci. Co czuje taka dziewczyna?

Albo dziewczyna, która chusty nie nosi, bo studiuje. W Kayseri. Mieście bardzo (najbardziej, po/przed? Konyi) konserwatywnym. Chce „wtopić się w tłum”, ale po ślubie „oczywiście zacznie nosić chustę”. Po ślubie, bo…? A jak czuje się teraz?

Albo dziewczyna, która zrezygnowała z noszenia chusty, bo łatwiej znajdzie dobrą pracę.

Po co w ogóle o tym myślę i dlaczego chce mi się o tym pisać?


Radikal opublikował w ubiegły piątek wyniki badań dotyczące stosunku obywateli tureckich do noszenia chusty.


Jedynie 26,3 % Turków uważa, że zakaz noszenia chusty powinien nadal obowiązywać. Aż 73 % jest za jego likwidacją.

Ciekawostka: procent Turczynek noszących chustę wynosi 61,4 % i… zmalał o trzy punkty procentowe, w ciągu ostatnich czterech lat (pod rządami AKP!).

Takie ironiczne zestawienie, głos w dyskusji dotyczącej malezyjskiej transformacji…


Schizofrenia pełną parą.

Pozdrawiam, jeszcze zdrowa (na ciele i umyśle) i coraz odporniejsza.


ps. nadal bardzo ciepło, prawie 30 stopni. może wybiorę się w niedzielę na wyspę (tym razem ostatnią… tym razem nudniej, bez biegania po chaszczach… hi hi… w tureckim, a nie polskim stylu…)

(…i tym optymistycznym akcentem kończę te nie optymistyczne wywody…)

niedziela, 30 września 2007

Eylülüm çok meşguldu



= przede wszystkim bezpieczeństwo




Eylülüm çok meşguldu


… czyli busy September.


Spotkania z Polakami (sztuk PIĘĆ, w tym siostra).
Rozpoczęcie roku szkolnego = rozpoczęcie pracy.



Welcome to the Incy Wincy Spider Class…


… czyli opowieść pod tytułem: ‘Cofamy się w rozwoju’.



Moja stambulska przygoda dobiegła końca. Zaczęłam pracę z małymi smerfami. Tak miała zacząć się mrożąca krew w żyłach relacja z tureckiego przedszkola. Prywatnego tureckiego przedszkola. Cholernie drogiego prywatnego tureckiego przedszkola.


Los chciał jednak mojego zesłania – po trzech dniach zaproponowano mi zmianę miejsca pracy – inny kampus, tym razem podstawówka.

Skąd ta zmiana?

„Okazałam się” bowiem nie native English lecz native Polish. Na pytania zadawane mi przez rodziców odnośnie pochodzenia – a trzech drążyło – odpowiadałam beztrosko, że jestem z Polski. Nie przechrzciłam się na Agathę (choć uczyniła tak administracja szkoły). Nie będę bredzić mówiącemu płynnie po angielsku czterdziestoletniemu facetowi, że Agatha is from London. Chyba padłabym na podłogę ze śmiechu. Zataiłam jednak kraj pochodzenia (wychylać się też nie będę…) licząc na to, że niewielu rodziców zacznie się czepiać. Coś jednak podskórnie przeczuwałam… I słusznie.

Oficjalna wersja szkoły głosi, że pracuje w niej czterech native’ów. W rzeczywistości jest tylko jeden plus… panna z byłej Jugosławii, Niemka i ja. W każdym razie cudzoziemcy. Większość rodziców angielskiego nie zna, toteż cudzoziemieców nie męczą.

Składam wyrazy współczucia. Tureckim smerfom i ich rodziców.




Mrożąca krew w żyłach historia o pralce automatycznej



Będzie to opowieść o cennym sprzęcie AGD.



Moja sterta brudnych ciuchów rośnie.


Piątek – pralka zajęta.

Sobota – pralka zajęta (sobotni wieczór – pralka nie pracuje, ale jest cały czas zapchana czyjąś bielizną).

Niedzielny poranek – część pralki przeznaczona do wsypywania proszku oraz płynu zmiękczającego zostaje skradziona…

Zostawiam kartkę: „Proszę nie kraść części składowych pralki”.

Po godzinie przybiega wściekły właściciel (prawdopodobnie po otrzymaniu secret call – niestety, nie mojego – ktoś mnie ubiegł). Puka do każdych drzwi i szuka złodzieja. Złodziej się nie przyznaje. Właściciel siada więc w swoim biurze, zostawiając otwarte drzwi (biuro znajduje się na parterze – złodziej kierując się w stronę pokoiku z pralką musi minąć właściciela. Tak, tak, właściciel jest człowiekiem naiwnym…).

Godzinę później zrezygnowany właściciel przychodzi do mnie z kluczem – prosi o zamknięcie pokoiku po skończeniu prania i oddaniu mu klucza w poniedziałek rano (to się nazywa ZAUFANIE). Dodaje na koniec, że i tak wymieni jutro zamek... Zagadka nr 1 zostaje zatem rozwiązana: złodziej odkurzacza skopiował klucz do pokoiku, aby uzyskać monopol na pralkę. Nie, nie postradałam zmysłów. O odkurzaczu (którego i tak nie używam) pisać jednak nie będę, bo historia stara i równie fascynująca jak pralkowa, więc mogę sobie z czystym sumieniem darować moje dywagacje odnośnie innych sprzętów.

Po wyjściu właściciela udaję się czym prędzej na dół ze stertą ręczników i… oto, co oczy moje widzą:

- dwie kobiety i dwóch mężczyzn - zamierają na mój widok;
- jedna z kobiet dzierży w dłoniach stertę pościeli;
- druga kobieta fuka (uff… uff…);
- panowie tylko się patrzą.

Zaczynam stanowczą mowę (nie próbuję nawet używać tureckiego, staram się w jak najbardziej zagmatwany sposób wyjaśnić sytuację to po angielsku). Panny cofają się przestraszone do pokoju (jedna z nich mieszka na górze… ). Panowie obserwują mnie w milczeniu. Po wrzuceniu ręczników do wnętrza jakże ważnej pralki próbuję zamknąć drzwi pokoiku – i tu spotykam się z oporem jednego z panów (będzie walczył o prawo do czystych ubrań – to się nazywa sterylna odwaga!) Coś tam gdera pod nosem i zaczyna bawić się klamką. Niezrażona, odzywam się ponownie, pan rezygnuje, zamykam drzwi na klucz. Ostatnie wydarzenie niepokoi drugiego faceta. Pierwszy uspokaja go jednak, mówiąc, że nie szkodzi, bo ma anahtar, czyli klucz.

Złodziej odkurzacza i pralkowy monopolista zorganizował więc lokalną mafię (panna z góry i fukająca blondynka – Aslı, Derya, lub ta trzecia), która broni dostępu do pralki. Skopiował klucz (od jakiegoś czasu pokoik był zamykany przez właściciela, który zorientował się w niecnym procederze). I używał do woli.

Do czasu, bo potem do akcji wkroczyłam ja.

Poza tym, że nie postradałam zmysłów, muszę także nadmienić, iż się nie nudzę. Nie szukam spisków i adrenaliny. Same do mnie przychodzą. Obiecuję, że kolejne opowieści będą już nie na temat brudnych skarpet.



W przyszłym tygodniu rozprawka na temat CHUSTY.

środa, 29 sierpnia 2007

Ev alma, komşu al*






Siedziałam wczoraj na balkonie, podziwiając niezwykle, jak na porę nocną, jasne i – tym razem – bezgwiezdne niebo (na jednym z uniwersytetów odbędzie się wkrótce konferencja na temat light pollution – wybrałabym się, gdyby był choć cień szansy, że cokolwiek z takowych dyskusji zrozumiem). Kontemplację nieboskłonu uzupełniała mała buteleczka truskawkowo-melonowej oranżadki.

Sielankowa atmosfera wieczoru została przerwana przez drącego się wniebogłosy gościa sąsiadek z dołu.


Aslı/Daria

Sąsiadki są dwie. Przyjaciółki (ze studiów? nie pracują). Codziennie wywalają śmieci przed drzwi mieszkania. Przed wycieraczkę (własnego gniazda nie będziemy przecież kalać…). Czasem nie wyrzucają ich na śmietnik przez kilka dni (śpieszę donieść: śmietnik, a raczej miejsce przeznaczone na składowanie odpadków, znajduje się w odległości trzech metrów od wejścia do budynku – dokładnie po drugiej stronie uliczki). Kolekcjonuję więc wypchane reklamówki ku uciesze sąsiadów (czy ku uciesze wszystkich, nie wiem – nie przeprowadziłam badania… na pewno ku uciesze mojej).

Jedna z nich (Aslı lub Daria – nie odróżniam, pewnie nawet nie rozpoznałabym ich na ulicy – imiona podsłuchane) kilka tygodni temu próbowała w nocy (w pół do piątej nad ranem) dostać się do mojego mieszkania. Wierciła kluczem, wierciła (kilka razy jej upadł), aż obudziłam się (mimo niezawodnych stoperów) z lekką palpitacją serca (złodziej? do mnie? z jakiej racji?). Po zorientowaniu się, że szuka jednak czegoś innego, przeprosiła, wyjaśniła, że mieszka piętro wyżej, po czym… zeszła na dół.

W ubiegłą sobotę, między 10 a 15, nie było wody (moja niezawodna intuicja: jak nigdy, obudziłam się o 8 z myślą o prysznicu… szybko te ‘szalone myśli’ jednak przegoniłam – ‘rozsądek’ podpowiadał bowiem, że w sobotni poranek prysznic nie zając, może poczekać…). Aslı/Daria siedziała na balkonie i wyżalała się mamie przez telefon (‘uff ya, uff ya…’). Na tyle dramatycznie, że zaczęły ją przedrzeźniać dzieci bawiące się na pobliskim placu zabaw. By the way: wodę odcięto na pięć godzin, mimo podawanych w Internecie (z innych źródeł nie korzystam… znaczy się: telewizora brak) informacji o godzinach… 48. Doprawdy – była to nie lada niespodzianka.

Aslı/Daria uradowała mnie jeszcze kilkoma rzeczami, ale po co się rozpisywać – zaraz będzie, że się uwzięłam (że, o zgrozo, nie darzę sympatią tureckich dziewcząt, czy coś w tym rodzaju).

Wracając zatem do gościa…

Gość Aslı/Darii próbował ‘wytłumaczyć’ przez telefon jakiemuś mężczyźnie (byłemu? bratu? kuzynowi?) że jak się będzie chciał spotykać z Aslı/Darią, to się z Aslı/Darią będzie spotykać. I basta. Jego argumenty musiały być ciekawe, bo skłoniły sąsiadów okolicznych domów (niezamożnych, raczej żądnych sensacji i z pewnością bacznie obserwujących – o kontrastach między poziomem życia w okolicznych domach innym razem) do zaspokojenia ciekawości i wychylenia się z okien. Niestety, mój turecki nie pozwolił na biegłe tłumaczenie zażaleń drącego się tureckiego gościa.


Sąsiedzkie wsparcie

Około dwóch tygodni temu z rur na korytarzu, obok mojego mieszkania, podejrzanie ciekła woda. Wróciłam właśnie z niedzielnych porannych zakupów w markecie Dia, podekscytowana myślą o szukaniu ofert w dodatku ‘praca’ jednej z tureckich gazet, świeżo jeszcze drukiem pachnącej… myślą o kawie na balkonie, winogronach, i innych tanich, pysznych owocach, za które miałam właśnie się zabrać… Na korytarzu powitał mnie jednak mokry bałagan. Zapukałam do sąsiadki (po co? trzeba było od razu do właściciela. pogaduszek mi się zachciało). Młode dziewczę (wydaje mi się, że kiedyś słyszałam, jak rozmawia z kimś po rosyjsku… może to były halucynacje) nie wykazało zainteresowania potopem. Kiedy kilka minut później rozmawiałam przez telefon z właścicielem budynku, zobaczyłam ją na korytarzu, wracającą z własnych niedzielno-porankowych zakupów. ‘Potop’ obeszła obojętnie. Nie zerkając nawet. Prawdę mówię! Wypatrzyłam.


Niewiadoma

Jest jeszcze Tarkan. Taki przydomek mu nadałam. Możliwe, że zbyt pośpiesznie, bo widziałam chłopaka tylko raz, z ulicy, na samym początku, tuż po przeprowadzce. Polerował okno. Poza porządkami interesuje go również muzyka, nazwijmy ją – techno. Gustem muzycznym chce podzielić się ze wszystkimi mieszkańcami budynku. Zdarza mu się to jednak średnio tylko raz w tygodniu, do tego nie w nocy, czy o świcie, lecz w ciągu dnia (kiedy to wszyscy zdrowi obywatele nie siedzą w domu, bo pracują). Poza tym dźwięki dochodzą tylko z korytarza. Z mieszkania nie dochodzą mnie żadne dźwięki (tylko Aslı lub Daria wołająca Aslı lub Darię z balkonu… właśnie, gdzie one chodzą, że tak się potem wołają?). Wychodzi więc na to, że naprawdę się czepiam.

(ale, na marginesie: Tarkany wszelakie nas nie pociągają)


A poza tym – wcale, a wcale nie jestem wścibska. To tureckie społeczeństwo jest. Szczególnie mężczyźni. Tak głoszą legendy.


Pozdrawiam wszystkich. I udaję się na balkon.


*dosłownie: nie kupuj domu, kup sąsiada. w przenośni: wyjaśniać, mam nadzieję, nie muszę

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Moje Wielkie Tureckie Wesele


Love Boat

Oczywiście



Jedyny właściwy kolor (jeszcze przed 'dyskoteką')



Nie moje, ale byłam. Na dwóch. W ubiegły weekend.


Wojskowe Fast-Wedding

Sobotnie Fast-Wedding odbyło się w budynku należącym do tureckiej armii. Tata kolegi (anarchisty, przeciwnika wojska…) jest emerytowanym, wysoko postawionym wojskowym. Syn nie chciał nawet się żenić. Panna młoda podobno również (tata przyszłej małżonki nakazał – dziewczyna pochodzi z tradycyjnej, religijnej rodziny: mamy zatem przykład małżeństwa „ponad politycznymi podziałami”). Zgaduję, że wesele w wojskowej sali musiało być dla chłopaka dodatkową traumą (o pewnych DENERWUJĄCYCH MNIE ‘TRADYCJACH’ a raczej ULEGANIU RODZICOM innym razem. Teraz w końcu o weselu, więc powinno być sympatycznie). Dodatkowo pan młody NIENAWIDZI TAŃCZYĆ (raczej wyjątek wśród tureckich mężczyzn). Całe szczęście, że impreza trwała raptem trzy godziny (zmuszono go do tańca tylko raz – pozostałe liczne próby okazały się nieskuteczne).

Kochani Moi. Cóż to był za wystrój. Biel, róż, fiolet. Kolory weselne. Poza tym:

100 osób (rodzina – około 40);

zespół w klimacie discopolo (keyboard, stylistyka), z piosenkarką o dobrym, mocnym, choć nieco zawodzącym (tak widać lubi) głosie;

dwa dania:
pierwsze – takie kahvaltı tabağı, czyli tureckie śniadanie: ser biały, ser żółty, börek, czyli słone ciasto francuskie z czymś w środku, tym razem serem (mam nadzieję, że ten opis to nie profanacja ‘borka’), ogórek, pomidorek, rus salatası, czyli sałatka rosyjska (nasza jarzynowa, z dużą ilością kartofli i zdecydowanie zbyt dużą ilością majonezu); pewnie coś pominęłam;
drugie – köfte, czyli mielone, kurczak, sucuk i ryż;

torcik na koniec (mało kto jadł).

Obsługiwali nas mili młodzieńcy odbywający swoją służbę wojskową (mieli szczęście w nieszczęściu „trafić” do Stambułu jako kelnerzy wojskowych. cudzysłów celowo: nasłuchałam się, że ci z ‘odpowiednich’ rodzin nie muszą martwić się o zesłanie na południowy wschód Turcji. oby była to rzadkość – wierzmy w jaką taką ‘równość’).

Żadnych biesiadnych gier i zabaw integracyjnych. Raz, dwa. I po stresie.


Love Boat

To zupełnie inna historia.

On – 29-letni, dobrze zarabiający inżynier. Rodzina z Gaziantep, obecnie mieszkająca w Stambule. Mama nauczycielka, tata inżynier. Dość zamożni.

Ona – lat bodajże 28, studentka architektury. Tata fotograf, mama też coś z fotografią ma wspólnego. Rodzina stambulska.

W poniedziałek wymyślili (młoda para, bez ingerencji ze strony rodziny), że wesele odbędzie się na łódce. We wtorek znaleźli odpowiednią. Ostatecznie zdecydowali się jednak dopiero w środę – wtedy też dokonali rezerwacji. Sądziłam, że to cudowna beztroska. Okazuje się, że wybór jest spory (podobno nie jest to aż tak droga impreza JAKBY SIĘ MOGŁO WYDAWAĆ). Nie pytałam o szczegóły.

Nie muszę chyba rozpisywać się, jak wiele radości miałam z tego mini rejsu. Woda, wiatr, pierwszy most (dyskotekowy), drugi most. Kilkanaście statków mijanych po drodze (zgaduję, że głównie wesela). Oświetlone ruiny zamku.

Mała rzecz, a cieszy.

Zaczęliśmy o ósmej, statek zawrócił dokładnie o północy. Trochę bujało, bardzo wiało. Na górnym, odkrytym pokładzie, urocza światełkowa dekoracja. I pufy armut (moje ulubione ‘gruszki’). Kiepskie czerwone wino i dużo bardziej rozgarnięci kelnerzy (nie ujmując młodym żołnierzom).

Muzyka. Zaczęło się od płyt (stary dobry znany rock) – koktajl na ‘górze’. Zaczęło mocniej wiać, gościom zakręciło się w głowach od bujania i alkoholu, ściemniło się – zeszliśmy na dół na ‘konsumpcję’. Wtedy zaczął też grać zespół (znajomi pana młodego): stary dobry mniej znany (mi) turecki rock. Po konsumpcji przegląd ‘regionalny’. Laz müzik (rejon Morza Czarnego), klimaty środkowej Anatolii, pobrzmiewająca bardziej z grecka muzyka z południowo-zachodniego wybrzeża, potem klimaty bardziej bałkańskie. Niezastąpiona Sezen Aksu i Tarkan (tu już nie regionalnie).


W sobotę kolejne Turkish Wedding. Tym razem z dala od centrum, w bardziej ‘zalesionej’ okolicy, i – co najważniejsze – bardziej ‘tradycyjne’.

‘Niestety’, będę wtedy prawdopodobnie w kilkudniowej podróży…

niedziela, 19 sierpnia 2007

Güle güle...


Tunel Art Galata

Balkon Art Beyoğlu



Street Art Harbiye
Czas pożegnań jak miał nadejść, tak nadszedł. Piątkowy i sobotni wieczór spędziłam na żegnaniu tych, co ze Stambułu się eksmitują. Co ciekawe, nie byli to wcale moi znajomi.

W piątek zadzwoniła ex-EVS z Holandii (Antalya), że przyjeżdża ex-EVS z Belgii (Izmit) ze swoją koleżanką Francuzką, już także ex-EVS (to właśnie ona się żegnała), również z Izmitu.

(* EVS = European Voluntary Service – trzymać się z daleka: rozleniwia, spacza i podnosi nieodwracalnie poziom niezbędnej do życia adrenaliny)


Wieczór w Tunel Art (zdjęcie) – otwarcie reklamuję – przy wieży Galata. Trzeba wyszukać w bocznej uliczce i zadryndać do garażowej bramy – otworzą. Cudownie zagospodarowana przestrzeń, za niewielkie chyba pieniądze, za to w ciekawie niechlujno nonszalanckim stylu. Widok na rozświetloną wieżę Galata. I gwiazdy. Wokół ruiny, jedna ze ścian „filmowa”. Jeśli nie ma filmu, ktoś gra i śpiewa (po koncercie kelnerka chodzi z kapeluszem i zbiera pieniądze dla zespołu). Dobre jedzenie, w tym świeżo wypiekany chlebek. Właściciel (Niemiec) zawsze w kapeluszu. Czasem gra. Czasem tańczy.


Wczoraj koleżanka z ex-pracy zabrała mnie na pożegnalny wieczór Kanadyjki, która robiła staż w jednym z lokalnych kobiecych NGO. Zastanawiałam się, z jakiej racji dwie Kanadyjki, Angielka, Amerykanka i Niemka, dowiedziały się o tej małej organizacji, i dlaczego postanowiły poświęcić swój czas na pracę właśnie tu, właśnie w Turcji…

Amerykanka studiuje filmoznawstwo, tudzież produkcję filmową, wywiało ją do Stambułu tylko na miesiąc – pomagała w produkcji jakiegoś dokumentu. Dziewczyny studiują w Toronto na uniwersytecie, który ma podpisaną umowę z tym właśnie NGO. Niemka uczyła się wcześniej przez półtora roku tureckiego (domyślam się, że w związku ze studiami) – uznała w końcu, że warto byłoby do tej Turcji w końcu przyjechać. Ciekawostka – dziewczyna jest cały czas na pierwszym poziomie w Tomerze. Nie chce mi się wierzyć, że z powodu braku zdolności językowych, bo po angielsku mówi płynnie. Brak pewności siebie, czy nie chce jej się gadać po turecku? (nie tylko jej…) Stażyści dostają mieszkanie na jednej z bocznej uliczek odchodzącej od Istiklalu – z re-we-la-cyj-nym balkonem. I stertą krzeseł na tymże balkonie (zdjęcie).


Belgijka oznajmiła mi, że przyjeżdża jutro na trzy dni. I że w środę płyniemy na wyspę.

Postanowiłam też nadrobić zaległości towarzyskie i zaprosić na wino kilka czarownic (jedna z nich pisze pracę o Niemkach mieszkających w Stambule. Konkluzja, do jakiej doszła: wszystkie, z którymi rozmawiała – z wyjątkiem jednej – są nieszczęśliwe. PRZECIWIEŃSTWO POLEK. Chyba za bardzo generalizujemy. To moja konkluzja)

sobota, 11 sierpnia 2007

Fal


Cmentarzysko wody pitnej


Fal, czyli brednie z fusów tureckiej kawy. Polecam.


Podobno ukrywam swoje uczucia.

Do tego jakiś ważny sekret związany z moim życiem prywatnym. Które to układa się w tej chwili znakomicie, ale… (parammm… musi być jakieś ‘ale’, inaczej nie byłoby wróżby).

Myślę o dwóch mężczyznach. Wybiorę tego z większym temperamentem i bardziej wygadanego (że też zawsze wymyślą mi dwóch mężczyzn – widać źle mi z oczu patrzy…).

Mój związek to relacja z kimś, kto jest jednocześnie dziecinny i bardzo dojrzały. I nie wie, czego chce (to chyba o… każdym? gdyby się tak uprzeć…)

Łączy i będzie łączyć mnie nadal dziwna relacja z mężczyzną, którego imię i/lub nazwisko zawiera litery: MEN (men… urocze… i jakie symboliczne!).

Mam dwa życzenia. Spełnią się (nie znoszę tych literówek, podawania dokładnych dat, liczb – robię się wtedy podejrzliwa… ale kiedy nie robię się podejrzliwa?)

Zacznę pracę w bardzo wysokim budynku (???) i zrobię niezłą karierę.

Aczkolwiek… przychody będę mieć nieregularne, a pracować będę na własny rachunek, bo tak lubię najbardziej (zaraz, zaraz… tyle z fusów… z Tarota wyszła mi jednak jakaś wielka międzynarodowa korporacja… czy mogę zrobić oszałamiającą karierę freelancera w międzynarodowej korporacji mającej swoją siedzibę w olbrzymim wieżowcu? Nestle czy Danone? Oto jest pytanie. A nastawiałam się na uniwersytety…)

Mam ochotę pociągnąć dalej swoją edukację (a jak… !)

Mam rzucić palenie (czy ja palę?!), bo Pani Wróżka wypatrzyła czarne płuca (ach, ci biedni bierni… Turkey kills good people with clean lungs)

Mam powstrzymywać się z wydatkami, bo trwonię pieniądze (już to gdzieś słyszałam… ach, tak, w tym samym miejscu… pewnie mieli taśmę z moim nagraniem… muszą przecież trzymać się starej wersji… ale ja nie dam się nabrać)

W styczniu/lutym zwali mi się na głowę pełno roboty (ups… druk…)

Może wyjadę gdzieś za granicę (a kto „może nie wyjedzie”?)

I na deser: miałam w przeszłości złamane serce i kilka depresyjnych momentów (tu punkty za oryginalność).

***

Notuję, notuję, zweryfikuję.

Nie ma to jak droższa wróżka – lepiej dopłacić, i ‘mieć tą pewność’. Przewidywanie przyszłości za 7,5 lira przez obsługujące masy małolaty rodzi pewne podejrzenia (gdzie ta moja wymarzona Stara Cyganka? Może znajdzie się jakaś w Kars…).

Po głębszej analizie dochodzę do wniosku, że wszystkie moje dotychczasowe wróżby się nie wykluczają, a pewne rzeczy powtarzają (tak, tak, myślę w tej chwili o swej rzekomej rozrzutności).

Poszukam książeczki (takie ABC przepowiedni z fusów) i w kolejnym poście, już jako profesjonalistka, udzielę kilku ‘ściśle tajnych informacji’ (szkoda, że nie jestem wygadana – mogłabym wróżyć po angielsku żądnym przepowiedni turystom).

piątek, 10 sierpnia 2007

Barwnie

Dobra turecka krowa ochroni Cię przed złym spojrzeniem zazdrosnej koleżanki

Mały harem w centrum handlowym



Ważąca (jak na moje mało wprawne oko) około 55 kg turecka koleżanka oznajmiła dziś w swoim MSN-owym okienku całemu światu/znajomym (cytuję z błędem): „I have started diet :( Do you have suggest for me?”

Poznany na wczorajszym pożegnalnym wieczorze Leny 21-letni chłopiec poinformował mnie i koleżanki, że (cytuję z głowy): „ci wszyscy źli mężczyźni, których spotykamy w Turcji, to Kurdowie”.

Ponadto podczas wczorajszego wieczoru (a właściwie poranka) dowiedziałam się, że jestem purpurową wiedźmą (były też głosy za czerwienią, ale ja ostatnio gustuję bardziej w różach i fioletach, więc zaakceptowałam pierwszą wersję).

Po kilkugodzinnej dyskusji na temat tego, kto ze znajomych wiedźmą jest, a kto nie (nie miałyśmy co do wspomnianego podziału żadnych wątpliwości – jesteśmy więc wiedźmami zdecydowanymi i profesjonalnymi), postanowiłyśmy udać się dziś do wróżki.


A z rzeczy mniej poważnych.

Robię teraz mały research (nazwijmy to tak) na temat przemocy wobec kobiet w Turcji. W ciągu najbliższych dwóch tygodni znienawidzę męską część populacji tego kraju i nabawię się depresji. Takie mam plany. Następnie, w ramach zasłużonego i niezbędnego odstresowywania, udam się na wakacje do Safranbolu, Amasyi, Amasry, lub – nieco mniej oryginalnie – Antalyi albo Alanyi. Proszę trzymać kciuki za wytrwałość w zgłębianiu ‘trudnej prawdy’.

(a propos: czy podobał Wam się artykuł z Wysokich Obcasów na temat tureckich prostytutek kandydujących do parlamentu?)

Koleżanka wróciła właśnie z dwutygodniowej podróży po wschodniej Turcji. Swoimi wczorajszymi opowieściami podsyciła tylko moją małą obsesję dotyczącą podróży ogólnie, podróży po wschodniej Turcji szczególnie, że nie wspomnę nawet o… Kars (bo mi się łezka w oku kręci).

Owa koleżanka, która zwiedziła pół świata, ze zdecydowaniem oznajmiła bowiem, że okolice Kars i Ani to jedno z najciekawszych (jeśli nie najciekawsze) miejsc, jakie widziała. Podobnego zdania jest jej chłopak (były archeolog). Co daje do myślenia... Uff yaaa. Mam nadzieję, że ją też spaczyła książka, i że aż tak wiele nie tracę.

(a może jednak wakacje w Kars…?)

piątek, 27 lipca 2007

Odgrzewanie Wyborów


akp: żółty (all Turkey)
posłowie niezależni (w większości Kurdowie): niebieski (wschód)
chp: pomarańczowy (zachód)
mhp: fioletowy (południe)

(źródło: www.ntv.com.tr)

Odgrzewanie, bo niemal tydzień po czasie (wybory parlamentarne w Turcji, jak wszystkie grzeczne dzieci wiedzą, odbyły się 22 lipca).

Parę uwag (niekoniecznie na miejscu).

No alcohol !

W dniu wyborów obowiązywał zakaz sprzedaży alkoholu. Żeby po niebezpiecznym procentowym upojeniu nie oddać przypadkiem głosu na inną partię, niż się planowało (albo jeszcze bardziej nie namieszać…). Jak na złość, nie miałam przy sobie aparatu podczas wieczornych zakupów w supermarkecie Migros (nawet gdybym miała, pewnie nie ośmieliłabym się pstryknąć…). Stanowiska z alkoholem okryte były folią i pooklejane taśmą. Żeby się jakiemuś uzależnionemu nawet nie marzyło! Widok powalający. Dodaję – ostatnie głosy oddawano o 17, ale zakaz obowiązywał także później… Uzasadnienie? By na trzeźwo oglądać relację z wyborów w telewizji? (żeby się innych wyników nie dopatrzeć?). A może ta wiekopomna chwila wymaga powagi? A co z tymi, którzy zaopatrzyli się dzień wcześniej i zaszaleli w dniu wyborów? Ech, brak wyobraźni…

Stygmatyzacja

Głosujący byli „naznaczani” tuszem. Mazano im palec, by zapobiec ponownym głosowaniom. Przeczytałam w Turkish Daily News, że zdarzały się przypadki, gdy uczuleni na owy tusz wyborcy trafiali do szpitali. Nie wspominając już o tym, że tusz drogi. Z palca schodzi prawie tydzień, a z paznokcia nawet miesiąc. Jak twierdzą niektórzy – „wynalazek rodem z trzeciego świata” (tak napisano właśnie w owej gazecie).

Adana (?)

Moje „pierwsze tureckie miasto” głosowało masowo na MHP. Zwyciężyła tam, co prawda, jak w przytłaczającej większości kraju, AKP, ale ilość głosów oddana na nacjonalistów była zbliżona. W Mersin zwyciężyli. Nie do końca pojmuję. Jakoś sobie tłumaczę, że tam mieszanka etniczna, a jak się nie czuje wystarczająco swej „tureckości”, to w ten sposób można ją „potwierdzić” i „wyeksponować”. Eee, nie będę tworzyć na siłę teorii.

Najpierw obowiązek, potem przyjemność

Wybrałam się do centrum handlowego po większe zakupy do Migros’a. Nie znoszę centrów handlowych, ale tego dnia nastrój był niemal uroczysty (albo ja sobie tak wmówiłam). Tłumy niesamowite. Przyglądałam się ludziom bardzo dokładnie. Tacy jakby szczęśliwsi po spełnionym obowiązku obywatelskim. Zagłosowaliśmy, możemy zatem bez winy oddać się konsumpcji (ja musiałam kupić talarze i garnki, bo nie miałam.. i noż, bo plastikowy mi się połamał.. żadna tam dzika konsumpcja).

Ciao !


Kadıköy-Karaköy (a jednak tęsknię)


Tak powitał mnie (i pożegnał) mój potencjalny pracodawca, z którym spotkałam się w ubiegły piątek w kawiarni w dzielnicy Bebek (jachty, Hammery, Reina – bodaj najbardziej szacowna dyskoteka Stambułu… te klimaty. Cud-miód).

Podjechał beemką (nie znam się, taka duża i lśniąca – widać, że dba chłopak o auto), wybrał kawiarnię z widokiem na Bosfor, i zaczęła się „służbowa” rozmowa.

Portret tureckiego buca-nuworysza

Miałam wątpliwą przyjemność poznać kilku (na szczęście zaledwie kilku) przedstawicieli tego gatunku.

Zapatrzenie w USA – swoisty snobizm „na Amerykę”
Pan X. pochodzi z zamożnej rodziny, która wysłała go do Stanów na studia („Stąd ten mój amerykański akcent, he, he”) na uczelnię, na której wykłada jego kuzyn („Dlatego mogłem tam studiować, he, he”).

Rasizm, ksenofobia i inne nieprzyjemności
„My, Turcy, nie przepadamy za Arabami, he, he”
„Polscy górale z Zakopanego to tacy nasi Kurdowie, he, he” (choć to podpada raczej pod ignorancję; może żywi Pan X. serdeczne uczucia w stosunku do Kurdów, stąd to niefortunne porównanie)

Kasa kasa kasa
„Tak, aż tu się roi od Hammerów, he, he”
„Mam letni dom w Marmaris, ale w ogóle w nim nie bywam. Nie pojadę tam przecież moim samochodem, he, he”
Pan X. traktował także z wyższością obsługujących go kelnerów, mniemając, że tego rodzaju zachowanie należy do dobrego tonu.

Szalona Młodość
Nie był przecież takim bucem od zawsze, młodość miał zaiste szaloną (zanim trafił na „właściwą ścieżkę” rozwoju swej kariery menedżera) – „Pewnie nie znasz zespołu Athena, ale ćwiczyliśmy w tym samym studio, zanim stali się sławni… Mi jednak ten rock end roll’owy styl życia zupełnie nie odpowiadał… he, he”).

Ponadto Pana X. cechuje (mniejsza już o powyższy Typ Idealny Tureckiego Nuworysza):

- pobłażliwy stosunek do kobiet (bo kobiety, jak wiemy, można kupić…) – „Miałem dziewczynę w Polsce, ale zerwała w końcu ze mną, bo chciałem utrzymywać nasz związek w tajemnicy, he, he”;
- pobłażliwy stosunek do potencjalnych pracowników (no, mili Państwo, jeśli potencjalny pracodawca oferuje jedynie 700 lira za pracę 6 dni w tygodniu, oczekując od potencjalnego pracownika przeprowadzki blisko miejsca potencjalnej pracy, to… chyba sobie żarty stroi, chcąc kandydata zniechęcić… nie wspominając o tym, że zarabia zapewne ową sumę pomnożoną przez conajmniej dziesięć…);
- pobłażliwy stosunek w ogóle.

Pan X. uważa również, że:

- polskie kobiety kochają tureckich mężczyzn, bo są „tacy barwni”;
- Turcy to prawie Włosi, tudzież Włosi to prawie Turcy – pogubiłam się;
- polska młodzież nie zna wcale angielskiego tak dobrze, jak się powszechnie uważa.

Złotych myśli Pana X. koniec.

Teraz wyjaśnię, gdzie Pana X. znalazłam.

Przechadzałam się w ubiegły czwartek po śniadaniu ze znajomymi po dzielnicy Beşiktaş (cudowne, istniejące od kilkudziesięciu lat miejsce, coś z Kaymak w nazwie, prowadzone przez tego samego właściciela, już staruszka – sporo sobie za to śniadanie policzył, ale warto było zjeść – pycha! No, i ceni się, od tylu już lat to miejsce prosperuje… Tyle, że teraz nieco zapuszczone, niestety…). Minęliśmy zaparkowany busik firmy Pana X., z adresem i telefonem również warszawskim (i błędną, polską nazwą... Warszava…). Znajomi wykrzyknęli: Agata, Agata! Dzwoń, to znak! A że w „znaki” wierzę… Napisałam w piątek maila, na którego uzyskałam natychmiastową odpowiedź, a chwilę potem odbyło się, opisane powyżej, niezapomniane "bebekowe randez-vous".

(tymczasem wczoraj rozmowa o pracę w miłym miejscu, z miłymi ludźmi, za miłe pieniądze… mają dać znać za tydzień)

wtorek, 17 lipca 2007

Ostatni Prom...


Zdjęcie z promu. A był to prom ostatni.

No, niech nie będzie już tak dramatycznie – dodam, że ostatni, bo mieszkam ponownie… po stronie europejskiej. A pływać do żadnej pracy w Azji nie będę (a przynajmniej na razie się nie zanosi…)

Po:

- Gaziosman Paşa (ach, był to niewątpliwie MOCNY początek)

- Çapa (gdyby nie Apo, toby się zostało… tanie mieszkanie i wygodny dojazd tramwajem)

- Beyoğlu (studencki squat mający swój niezaprzeczalny urok… na dłużej – tylko dla fanów wspólnych toalet i przymusowej integracji)

- Acıbadem (wygodnie, spokojnie – odrobina luksusu na co dzień… jednak nieco za daleko – zależy gdzie, oczywiście… można się też za bardzo rozleniwić i zdziadzieć – Starbucks, Kentucky, McDonalds, Burger King i Pizza Hut… po pewnym czasie działają na nerwy)

nadszedł czas na:

- Harbiye

Nie chodzi wcale o to, że się chwalę, że tak niby podróżuję, bo te przeprowadzki coraz więcej nerwów mnie kosztowały, i – przyznam bez bicia – coraz bardziej leniwa się robię... Chciałam jedynie podsumować ostatnie (prawie) półrocze – jakby nie było, wychodzi na to, że zmieniam miejsce zamieszkania średnio raz w miesiącu… (czyżby… syndrom ucieczki?)

Tym razem osiedlam się na DŁUŻEJ. Jeśli czeka mnie jakakolwiek przeprowadzka, to nie będzie ona miała żadnego związku z Turcją. No, tylko taki, że z Turcji ucieknę. Że się na Turcję nieodwołalnie obrażę. A potem zemszczę… (i tu wątek zakończę, żeby wyobraźnia moja nie zaczęła szaleć…)


Morgane

Podejrzewałam Caroline o posiadanie Nowego-Tureckiego, tymczasem okazuje się, że mężczyznę zmieniła… Morgane. Właśnie rozstała się ze poprzednim, jest z jego następcą. W Izmicie do lutego włącznie, ma wpaść jutro do Stambułu.

Caroline

Spędziła kilka miesięcy w Ankarze, bo… robiła staż w Amnesty w ramach programu Leonardo. Obiecuję sobie od kilku dni, że do niej napiszę, bo mnie ciekawość zżera… Gdybym nie zawzięła się na Stambuł, pracowałybyśmy razem… Fascynujące, doprawdy.

Fascynujące.


ps. a już wkrótce... WY-BO-RY... temu tematowi poświęcę swój cenny czas bezrobotnej...

piątek, 13 lipca 2007

Yabancı Kızlar

Widok biurowy
Widok knajpowy (kicz, jaki lubię - nawet kolory się pięknie udały)
Widok pokojowy (tymczasowy powrót złej współlokatorki - salon Gökçe, klimat lat 80-tych na ścianie)


Idę któregoś wieczoru Nevizade (jak oryginalnie) po spotkaniu z byłą współlokatorką (Gökçe zerwała z Apo po raz drugi i – podobno – ostateczny – niech Allah wspiera ją w tym postanowieniu, inaczej zamorduję) i jej przyjaciółką Esrą. Zerkam w prawo, zerkam w lewo i… kogóż to oczy moje widzą? Margaret siedzi i pije (równie oryginalnie) piwo.

Wymieniłyśmy się telefonami i plotkami, postanawiając wkrótce spotkać. ‘Wkrótce’ zmieniło się w ‘dwa tygodnie później’, czyli dziś (przeprowadzka okazała się bardziej ekscytująca, niż przewidywałam…)

Zaraz po spotkaniu z parą wyspiarską (ta jedna z nielicznych tureckich dziewcząt, która ma szansę na to, że ją polubię i ten jej śliczny i miły archeolog, który – mam nadzieję – znalazł już pracę po powrocie z odbytej służby ojczyźnie… znaczy się po powrocie z wojska) spotykam Byłego Królika (Margaret pracowała jako animator w Antalyi, bawiąc dzieci turystów udając to nieciekawe stworzenie tańcząc na scenie… wspomniała o tym na samym wstępie, co bardzo wryło mi się w pamięć – nazywamy ją przez to z Hakanem ‘rabbit’ i tak już podejrzewam zostanie…)

Margaret to jedna z byłych wolontariuszek, spędziła ponad pół roku w Antalyi, próbując realizować swój projekt. Po wielu nieudanych próbach, gdy nadeszła wiosna, przychodziła do biura na dwie godziny dziennie, by, jak to mawiała – spędzać resztę dnia w przyplażowym barze, podziwiając zdrowe ciała młodych tureckich mężczyzn, czekając, aż jej chłopak (również turecki i również młody, a sądząc po fotografiach – także o zdrowym ciele) odbierze ją, wracając z pracy. Oczywiście była najbardziej opalona z nas wszystkich. Pustynny klimat Kayseri nie zachęcał do wygrzewania się na słońcu. A i oglądać też nie było za bardzo czego.

Margaret szuka mieszkania, ma za to pracę (wolałabym tak). Mieszka z turecką rodziną znajomego/znajomej. Owa gościnna rodzina stwierdziła, że Margaret może mieszkać ‘jak długo zechce’, co wzięła sobie dziewczyna (sprytnie czy też naiwnie) do serca. I mieszka z nimi, mieszka (nie zapytałam, jak długo), ale coś ją ostatnio tknęło (rodzina jakby mniej przyjazna) i zapytała znajomego/znajomą, czy to delikatne sugerowanie jej wyniesienia się z domu. Okazało się, że owszem.

Ja tymczasem dostaję kolejne maile i telefony w sprawie pracy, z których nic a nic nie wynika (to znaczy, wynika wiele, niestety, zwykle jest to związane z tym, że nie znam biegle tureckiego lub – co raduje mnie jeszcze bardziej – nie jestem Turczynką – wtedy nie byłoby całego potencjalnego bajzlu związanego z ubieganiem się o pozwolenie o pracę) Ostatnio miła ha-er-ówka zadzwoniła pięć minut po pierwszym telefonie (w ciągu tych pięciu minut rozmyślałam nad bezsensownością dopiero co ustalonego spotkania – spędzę pół dnia na dojazdy, by dowiedzieć się, że nie szprecham biegle po turecku – tak, jakbym nie wiedziała) by oznajmić mi, że może jednak niekoniecznie, bo do rozmów z klientami to mmm trzeba jednak mmm biegle mmm… i miłego dnia życzy tak w ogóle.

(tu króciutki apel do Turkologów – nie wahajcie się, przyjeżdżajcie, biegły angielski i turecki gwarantują sukces na tutejszym rynku pracy… a że nasz intermediate angielski będzie już dla nich biegły… żyć nie umierać)

A dlaczego o Margaret tyle było? Poza tym, że jest miła, ciekawa, a do tego szczera (czas tworzyć Listę Nowych Koleżanek, Sevil i Lena ewakuują się za miesiąc, zostanie tylko Jennifer, z którą i tak mam najsłabszy kontakt i która… planuje wkrótce pięciomiesięczną podróż po krajach sąsiadujących ze wschodnią granicą Turcji…), sprzedała mi jeszcze kilka informacji na temat byłych wolontariuszek.

Morgane. Z Danii. Cudowna dziewczyna. Pamiętam, jak w Antalyi jakiś turecki nastolatek, który katował nas swoimi historiami, gdy czekałyśmy na przystanku autobusowym, zapytał się, czy nie jest przypadkiem lesbijką, bo nie depiluje brwi (‘ a szkoda, bo masz ładną twarz’) Zachowała zimną krew, imponujące. Morgane wróciła do Turcji również, realizuje swój projekt w Izmicie (tym samym mieście, w którym robiła wolontariat… i w którym miała chłopaka… a zastrzegała, że do Turcji, a tymbardziej Izmitu, na pewno nie wróci… pamiętam jak dziś, bez emocji oceniała szanse przetrwania swojego związku… a tu mała niespodzianka).

Do Turcji wróciła też Caroline z Portugalii. To już inna historia… Dziewczyna zakochana w kurdyjskim chłopcu poznanym w Safranbolu, który chciał zabrać ją do swojej rodzinnej wioski na południowym wschodzie Turcji (to oczywiste, że z rodziną się chłopak nie rozstanie…) Pamiętam, jak zastanawiała się nad zmianą religii (‘tylko’ to uważała za potencjalny problem). Robi swój projekt w Ankarze, wkrótce wraca jednak do domu, co bardzo ją martwi, bo znów rozstanie się z chłopakiem (i tu mi coś nie pasuje, skąd Ankara po tej całej historii z kurdyjską wioską?! Chłopak nowy, albo nie taki znowu przywiązany do rodzinnych korzeni…)

Jak tak to wszystko piszę, to mi się aż wierzyć nie chce.

Czas zabrać się za pary mieszane, ale nie tylko polsko-tureckie.